Na giełdę weszła w końcu rosyjska firma, której wielki sukces nie opiera się na eksporcie surowców. Mail.ru jest globalnie konkurencyjna, działa od Chin aż po Dolinę Krzemową, a niewielki udział w Facebooku, największym portalu społecznościowym, to jeden z jej klejnotów w koronie. Są jednak obszary, w których pozostaje tradycyjnie rosyjska.

Mail.ru to nie zwykła firma, to cały internet w Rosji – jest ona właścicielem dwóch najpopularniejszych w kraju portali społecznościowych i największej darmowej poczty internetowej. Łącznie przypada na nią 70 proc. wyświetleń stron w języku rosyjskim.

Koncentrowanie własności surowców w kilku zaufanych rękach stało się dla Kremla skuteczną metodą zarządzania gospodarką. – Tak jak Gazprom dyktuje warunki w branży gazowej, tak Mail.ru w internecie – zauważa cierpko jeden z rosyjskich polityków. Rzecz nie w tym, że w Rosji nie istnieją inne firmy tego typu. Jest na przykład Yandex.ru, właściciel największej w kraju wyszukiwarki internetowej, i ProfMedia, który ma konkurencyjną wyszukiwarkę Rambler.ru. Ale Mail.ru pozostaje największy. A w państwie, w którym sieć jest postrzegana jako ostatni bastion swobodnej wymiany informacji, pozostawienie tak ogromnej firmy w rękach biznesmenów blisko związanych z Kremlem może stanowić zagrożenie dla wolności internetu w Rosji.

Wystarczy jeden telefon

Jak na razie Kreml zdaje się wybierać politykę miękkiej kontroli zamiast scenariusza chińskiego. – Po co budować w internecie wielki mur, skoro można podnieść słuchawkę telefonu i poradzić redakcjom najważniejszych stron, co powinny robić? – mówi Ilja Ponomariow, deputowany do Dumy i bloger. Zamknięcie przez Yandex.ru rankingu blogów, na którym strony politycznej opozycji plasowały się w czołówce, wzbudziło podejrzenia o cenzorskie zapędy urzędników. – Yandex prawdopodobnie dostał taki telefon. I zachował się uczciwie. Zamiast manipulować wynikami, po prostu zamknął stronę – mówi Ponomariow.

Mail.ru unika kontrowersji, trzymając się z daleka od polityki i wiadomości. – Strony informacyjne nie przynoszą pieniędzy – mówi przedstawiciel firmy DST, od którego Mail.ru odłączył się przed debiutem na londyńskiej giełdzie. Dodaje, że oba podmioty koncentrują się na handlu elektronicznym, sieciach społecznościowych oraz grach online, bo to one przynoszą zyski. Choć Mail.ru i firma DST przyznają, że mają dobre relacje z rządem, podkreślają za każdym razem, iż pozostają niezależne. Jednak Jurij Milner, założyciel oraz prezes DST, wciąż akcjonariusz Mail.ru, jest jedną z nielicznych osób prywatnych, które zasiadają w prestiżowej komisji do spraw modernizacji i rozwoju technologicznego przy Dmitriju Miedwiediewie. Jest on także nieoficjalnym przedstawicielem prezydenta, który zapragnął zbudowania pod Moskwą rosyjskiej Doliny Krzemowej. Borys Niemcow, polityk opozycji i były partner biznesowy, mówi, że znajomości Milnera z władzą pomogły DST w sukcesie, ale nie były jednymi jego sprawcami. – Tak, ma on bliskie relacje z Kremlem, ale to nie jest przyczyną jego sukcesu. Po prostu widzi dalej niż wszyscy inni – uważa Niemcow. – On nie jest venture kapitalistą w klasycznym tego słowa znaczeniu. Nie podejmuje ryzykownych decyzji. Lokuje pieniądze w sprawdzonych firmach, które już generują gotówkę – mówi zachodni bankier inwestycyjny w Moskwie.

O wyjątkowej pozycji DST świadczy też trwająca od 2008 roku gorączka zakupów. – Najbardziej mnie zadziwia, skąd mają na to wszystko pieniądze – mówi jeden z konkurentów firmy Milnera. Odpowiedzią na tak postawione pytanie jest postać właściciela konglomeratu Miettałoinvest Aliszera Usmanowa, magnata metalowego oraz współwłaściciela londyńskiego klubu piłkarskiego Arsenal, który w 2008 roku kupił 34-proc. udział w DST (obecnie ma 25 proc. Mail.ru i niesprecyzowany pakiet w DST Global).

Usmanow w czasach radzieckich spędził sześć lat w więzieniu z powodu oskarżeń o oszustwo, ale w latach 90., kiedy jego wyrok został unieważniony, został jednym z menedżerów Gazpromu. Ogromnego majątku dorobił się tuż po kryzysie finansowym 1998 roku, który o mało nie doprowadził do bankructwa Rosji. Żyje z Kremlem w tak dobrych stosunkach, że we wrześniu ubiegłego roku – kiedy ostatni kryzys zagroził jego imperium – otrzymał 30 mld rubli gwarancji w ramach wartego 61 mld rubli kredytu ratunkowego od kontrolowanego przez państwo banku VTB. – Taki układ ma swoją cenę. Kiedy matuszka Rosja wzywa, robisz, co każe – tłumaczy jeden z analityków.

Rok temu Usmanow sfinansował kupno przez DST 2 proc. akcji Facebooka za 200 mln dolarów, a w grudniu za 180 mln dolarów kupił udział w firmie Zynga produkującej gry społecznościowe m.in. dla Facebooka. W kwietniu tego roku za 188 mln dolarów przejął ICQ (jeden z najpopularniejszych komunikatorów internetowych) oraz za 135 mln kupił udziały w komercyjno-społecznościowej witrynie Groupon, która bije ostatnio rekordy popularności.

Relacje Usmanowa z Kremlem polegają na świadczeniu wzajemnych usług. On robi wszystko: od kupowania jajek Faberge i kolekcji sztuki wiolonczelisty Mścisława Rostopowicza, które następnie przekazuje państwu, po pośredniczenie w sporze, jaki w 2006 roku wybuchł pomiędzy firmą telekomunikacyjną Altimo i funduszami inwestycyjnymi powiązanymi z czołowymi politykami na temat akcji Megafonu, trzeciego co do wielkości operatora komórkowego w kraju. Oligarcha dzięki mediacji stał się jego największym akcjonariuszem i, jak mówi analityk banku inwestycyjnego Nomura Władimir Żukow, „odegrał rolę kogoś, kto rozwiązuje problemy”. – A nie każdy jest proszony o to, by wyświadczać Kremlowi takie przysługi. To wskazuje na charakter jego relacji z najważniejszymi osobami w państwie – dodaje.

Kontrola się zacieśnia

Wprawdzie prezydent Dmitrij Miedwiediew często deklaruje, że chce, by internet pozostał w jego kraju wolny, jednak wielu dostrzega powolne przykręcanie śruby. – Celem Kremla jest opanowanie infrastruktury, tak by mógł przeprowadzić operację przejęcia kontroli nad internetem w dogodnym dla siebie momencie. Z technicznego punktu widzenia, jeżeli zapadnie polityczna decyzja o przeprowadzeniu scenariusza chińskiego, będzie to można zrobić całkiem szybko i skutecznie – uważa Ilja Ponomariow.

Potrzebna do tego technologia już istnieje – każdy rosyjski dostawca usług internetowych jest prawnie zobowiązany, w ramach programu znanego jako Sorm-2, do zainstalowania sprzętu monitorującego ruch w sieci na własny koszt. W ministerstwie spraw wewnętrznych istnieje specjalny department E, który śledzi internetowy ekstremizm i może zalecić prokuratorom zamknięcie dowolnej strony.

– Internet pozostaje jedynym źródłem swobodnej wymiany informacji w Rosji – mówi Kimberly Zenz, moskiewska analityczka ds. cyberbezpieczeństwa w firmie VeriSign. Ale zaraz dodaje, że narastająca kontrola przechodzi niezauważona, bo nie przybiera formy bezpośredniej cenzury.