Ważą się losy Europy. I nie chodzi wcale o kryzys greckich finansów publicznych czy irlandzkiego systemu bankowego. Niedawna publikacja unijnej strategii energetycznej „Europa 2020” i planowany na luty pierwszy szczyt energetyczny UE zadecydują, z jakich źródeł będzie pochodził prąd dla Starego Kontynentu przez kilka najbliższych dekad. Ci, którzy dostosują się do trendu, będą mogli nieźle zarobić.

>>> Czytaj też: Polska wciąż raczkuje w zakresie wykorzystania energii odnawialnej

Pod wpływem Niemiec Unia Europejska idzie w kierunku energii odnawialnej. Atom i gaz pozostaną dobrym interesem, ale prawdziwe pieniądze pójdą w najbliższych latach przede wszystkim na zielony biznes. – W ciągu najbliższej dekady wydamy bilion euro na przestawianie europejskiej gospodarki na energię odnawialną – zapowiedział w połowie listopada unijny komisarz ds. energetycznych, Niemiec Guenther Oettinger. Bruksela będzie też naciskała na kraje członkowskie, by dawały zielonym technologiom priorytet przy rozdziale pieniędzy, które co roku płyną z Brukseli do europejskich stolic. To oznacza jedno: ekobiznes przestaje być ukochaną przez idealistów pieśnią przyszłości. Staje się realnym interesem, w którym stawką są poważne pieniądze. Walka o ich podział już się rozpoczęła. Także polscy przedsiębiorcy nie są bez szans w tej rozgrywce.

Polityka pomaga, gdzie tylko może

Zaordynowanie Europie zielonej rewolucji było decyzją polityczną. W marcu 2007 roku pod batutą pełniących wówczas unijną prezydencję Niemiec przywódcy Wspólnoty zobowiązali się, że do 2020 roku Stary Kontynent wprowadzi w życie zasadę „3 razy 20”: emisja dwutlenku węgla do atmosfery spadnie o 20 proc., a w tym samym czasie udział alternatywnych źródeł energii (wiatr, woda, słońce czy biomasa) skoczy z dzisiejszych 8,5 do 20 proc. O tyle samo zostanie zwiększona energooszczędność gospodarek Europy. To, co z początku było tylko polityczną deklaracją dobrych chęci przywódców w walce o uniknięcie klimatycznej katastrofy, szybko stało się przełomem. W grudniu 2008 roku liderzy UE przyjęli już prawnie wiążący pakiet klimatyczny. Sceptyków (zwłaszcza z krajów nowej Unii) Niemcy przekonali obietnicą wprowadzenia w życie energetycznej solidarności, zwłaszcza w kontekście gazowych szantaży ze strony Rosji. W ślad za pakietem poszły unijne dyrektywy i wreszcie zmiany w prawodawstwie państw członkowskich UE, w tym także Polski.

W ten sposób każdy kraj UE jest dziś zobowiązany do przestawiania swojej gospodarki na energię pochodzącą ze źródeł odnawialnych i promowanie zielonych czy energooszczędnych technologii. Oczywiście w różnym tempie: Polska na przykład obiecała, że do 2020 roku 15 proc. naszego prądu dostarczą turbiny wiatrowe, słoneczne panele czy spalanie biomasy. Niemcy ustawili sobie poprzeczkę na poziomie 18 proc., a rekordziści Szwedzi 49 proc. Maruderom grożą kary finansowe, ale to wcale nie najbardziej skuteczny bat. – Z energetyką jest dziś tak jak kiedyś z budową kolei czy sieci autostrad. Każdy będzie musiał iść w tym kierunku. Pociągną go własne firmy, dla których zielona rewolucja staje się obietnicą zysku takiego kalibru, że nikt na własne życzenie nie wyeliminuje się z tej gry – mówi nam Volker Quasching, niemiecki analityk rynku energetycznego. Ta przepowiednia już zaczyna się sprawdzać. W 2009 roku 62 proc. nowych instalacji energetycznych w Europie opartych było na źródłach odnawialnych.

Pierwsze w kolejce do czerpania zysków z przestawiania gospodarek na zasilanie z nowych źródeł są Niemcy. Trudno rozstrzygnąć, co było najpierw: czy berlińskie elity zaczęły promować zielone technologie na poziomie UE, bo ich firmy jako pierwsze zwietrzyły tkwiące w tym interesie szanse, czy odwrotnie, przedsiębiorcy potrafili szybko zareagować na rosnące od lat 80. wśród zachodnioeuropejskich wyborców proekologiczne tendencje. Fakty są jednak takie, że nasz zachodni sąsiad jest dziś zdecydowanym liderem ekologicznego biznesu. Aż 16 proc. światowego obrotu przyjaznymi środowisku technologiami przypada na niemieckie firmy. Na dodatek w szeroko rozumianym zielonym sektorze jest zatrudnionych za Odrą 1,8 mln ludzi, a więc 3,5 proc. tamtejszej siły roboczej, czyli więcej niż np. w całym rolnictwie. Efekt ich pracy to dziś około 8 proc. wartości PKB największej europejskiej gospodarki.

Polityka oczywiście pomaga, gdzie tylko może. To ustawa o zasilaniu w energię z 1991 roku zmusiła operatorów sieci przesyłowych do wpuszczenia na rynek energii wiatrowej. Z kolei ułatwienia dla firm inwestujących na terenie byłej NRD zostały wykorzystane przez wiele przedsiębiorstw z branży słonecznej. Zakupy drogich kolektorów słonecznych są zresztą za Odrą (w Polce także) nadal subwencjonowane przez państwo (choć z powodu oszczędności w coraz mniejszym stopniu). Według niemieckich ośrodków analitycznych energia z paneli ma być konkurencyjna cenowo dopiero po 2016 roku. Niemieckim producentom energii odnawialnej bardzo pomogły też moratorium na budowę nowych reaktorów atomowych i zapowiedź stopniowego zamykania istniejących, uchwalone przez lewicową koalicję SPD – Zieloni w roku 2000. Dzięki takiemu uderzeniu w nuklearną konkurencję przez całą następną dekadę producenci technologii wiatrowych czy słonecznych mogli się przedstawiać jako jedyna przyjazna środowisku alternatywa wobec węgla czy ropy. Zwłaszcza że po kilku latach fascynacji wizją importu taniego gazu z Rosji również do Niemców dotarło, iż Moskwa wykorzystuje błękitny surowiec jako narzędzie realizacji interesów politycznych.

Z kursu na zielone technologie nie zeszła także bynajmniej chadeczka Angela Merkel, skutecznie wprowadzając kwestie klimatyczne do unijnej agendy. W czasie obecnego kryzysu musiała wykonać jednak kilka taktycznych ustępstw na rzecz energochłonnego przemysłu ciężkiego. Ukłonem w ich stronę jest na przykład niedawna zgoda na przedłużenie czasu pracy reaktorów atomowych i zapowiedzi ministra gospodarki Reinera Bruederlego, że „biznes nie może zawsze ustępować ekologii”. – Jednak dla wszystkich stało się jasne, że to tylko objazdy prowadzące w kierunku przestawienia niemieckiej, a co za tym idzie całej unijnej gospodarki, na energię odnawialną – mówi nam Susanne Droege z berlińskiej Fundacji Nauki i Polityki. Widać to doskonale w przyjętej pod koniec października długofalowej niemieckiej strategii energetycznej. Stanowi ona, że w 2030 roku wiatr, słońce i biomasa mają tworzyć 30 proc., a w 2050 roku 80 proc. niemieckiego miksu energetycznego (według pierwotnych planów miało to nawet być 100 proc.). Węgiel, ropa z Bliskiego Wschodu i gaz z Rosji będą stopniowo szły w odstawkę, a los atomu zostanie rozstrzygnięty w przyszłości.

Branża wychodzi z kryzysu

Strategiczne decyzje i pomoc polityków to nie wszystko. Niemieckie firmy potrafią korzystać z dobrego klimatu stworzonego wokół zielonych technologii. Od lat 80. są na przykład czołowym graczem na globalnym rynku energii wiatrowej, który już dziś wart jest blisko 45 mld euro. W czerwcu 2010 r. nasi zachodni sąsiedzi produkowali prawie 15 proc. wytwarzanego w ten sposób światowego prądu. Tylko w ubiegłym roku w Niemczech powstało aż 950 takich elektrowni o sile 1,9 MW – tyle samo mogą wyprodukować dwie nowe siłownie atomowe. Więcej zbudowali tylko Chińczycy, Amerykanie i Hiszpanie (inny europejski potentat w branży wiatraków).

Niemcy są też pionierami na europejskim rynku nowych patentów w dziedzinie energii słonecznej i jej drugim producentem na świecie (po Chinach). Ponieważ technologia pozyskiwania energii słonecznej jest wciąż relatywnie droga i dlatego rzadziej stosowana, generuje ciągle mniejsze pieniądze niż wykorzystanie wiatru. Wartość globalna całego biznesu wynosi blisko 24 mld dol. Jednak i tu można nieźle zarobić. Wiedzą o tym firmy zajmujące się inwestowaniem w przedsięwzięcia wysokiego ryzyka (private equity lub venture capital). Tylko w 2008 roku wydały one w Niemczech 383 mln euro, najwięcej na całym Starym Kontynencie. Na przykład berlińskie przedsiębiorstwo Sulfurcell budujące cienkie panele słoneczne zostało wówczas dokapitalizowane rekordową sumą 85 mln euro. Z kolei Q-Cells z Bitterfeld-Wolfen we wschodnioniemieckiej Saksonii-Anhalt przez pierwsze cztery lata istnienia dostała 17 mln euro od amerykańskiego funduszu Apax Partners w zamian za udziały w przyszłych zyskach. W 2005 roku ten producent ogniw fotowoltaicznych wszedł na giełdę i jego wartość szybko skoczyła do 1,5 mld euro. Podobna była historia innych niemieckich gigantów nowych technologii, jak Schmack Biogas, Conenergy czy Ersol Solar. Ich produkty idą głównie na rynek wewnętrzny, bo w Niemczech jest dziś montowanych blisko 80 proc. dachowych baterii słonecznych w Europie, ale również – i to coraz więcej – na eksport, do Chin czy Stanów Zjednoczonych.

Niemcy nie są, rzecz jasna, monopolistami w dziedzinie zielonych technologii. W energetyce wiatrowej depczą im po piętach Hiszpanie, których Iberola Renevables mimo kryzysu jest wciąż największym na świecie prywatnym operatorem parków wiatrowych i tworzy prawie 0,6 proc. tamtejszego PKB. Z kolei Brytyjczycy na potęgę rozwijają technologie elektrowni wiatrowych ustawionych na pełnym morzu. We wrześniu oddali do użytku największą na świecie instalację tego typu na południowo-wschodnim wybrzeżu Albionu. Projekt Thanet kosztował 900 mln funtów. Niemal równie wielki jest otwarty w listopadzie 2009 roku Duński Horns Rev 2.

Z kolei w dziedzinie technologii opartych na energii geotermalnej prym wiodą Włosi. Ich najważniejszy operator Enel Green Power zaopatruje już w ten sposób 55 tys. gospodarstw domowych w Toskanii. Razem ze swoimi wiatrakami oraz turbinami wodnymi EGP zarobił w 2009 roku 1,2 mld euro. W połowie października firma weszła na giełdę i sprzedała 30 proc. swoich udziałów za 3,6 mld dol.

Zielonej rewolucji nie przesypiają także Francuzi, którzy jako jedyni z europejskich gigantów już dziś pokrywają 70 proc. zapotrzebowania energią atomową. GDF Suez jest bardzo aktywny w branży inwestycji w biomasę, a EDF Energies Nouvelles należy do czołowych graczy na rynku producentów energii wiatrowej. Branża zdaje się też już wychodzić z kryzysu 2008 roku, który na pewien czas odciął zielony biznes od kredytów potrzebnych do rozwoju nowych technologii. Brytyjski „The Economist” przewiduje na przykład, że w najbliższych dwóch latach sektor czeka wprawdzie wielka fala przejęć osłabionych drobnych graczy przez spragnionych świeżej krwi gigantów, jednak najgorsze branża ma już za sobą.

Polska szuka swojego miejsca

Właśnie na to liczą polskie zielone firmy, takie jak Neon z Poczesnej koło Częstochowy, producent autorskich kolektorów słonecznych Neosol 250. – Firma powstała w 2003 roku jako ściśle inżynierskie przedsięwzięcie tworzące projekty na zamówienie polskich i zagranicznych producentów. Szybko jednak zrozumieliśmy, że możemy sami produkować baterie, które będą z powodzeniem konkurować z zagranicznymi produktami – mówi nam Wojciech Norberciak, szef i założyciel Neonu. Dziś firma produkuje tysiące metrów kwadratowych kolektorów rocznie, które sprzedaje na rynek polski, zachodnioeuropejski, a ostatnio nawet na Ukrainę czy do Rosji.

Podobną drogą idzie bydgoski Promar, autor pionierskiego systemu optymalizacji zużycia energii w budynkach. Firma od lat skutecznie konkuruje na polskim rynku z potentatami: niemieckim Siemensem czy francuskim Schneider Electric. Z sukcesami. – Mamy dziś 250 – 300 klientów, m.in. władze miejskie Warszawy czy Poznania. Oferujemy im dostęp do programu monitorującego zużycie energii w budynkach komunalnych, takich jak szpitale czy szkoły. Jeśli klient sobie tego życzy, pomagamy mu obniżyć koszty nawet o 20 – 30 proc. Inwestycja zwraca się już po dwóch latach – mówi nam Bartosz Marciniak, członek zarządu Promaru. Ostatnie lata to dla ich przedsiębiorstwa prawdziwy wysyp zleceń. Firmy czy władze miejskie z powodu spowolnienia koniunktury na gwałt szukają oszczędności i odkrywają zalety rozsądnego zarządzania energią. Na dodatek pomaga im wdrażanie unijnych dyrektyw związanych z wchodzeniem w życie pakietu klimatycznego (np. ustawa o efektywności energetycznej), które nakazują jednostkom publicznym wykazanie się oszczędnościami prądu. Podobne historie do opowiedzenia: firma Asket z Poznania, twórca techniki pozyskiwania energii przez brykietowanie rolniczej biomasy, czy Energoinstal z Katowic zajmujący się wykorzystaniem ciepła odpadowego oraz energii chemicznej przy chłodzeniu koksu. Wszystkie te przedsiębiorstwa prezentowały nawet swoje produkty na Expo w Szanghaju i liczą na wejście na chłonny rynek chiński.

Na dodatek nasz kraj staje się coraz bardziej atrakcyjnym miejscem dla zielonych inwestycji. Z badania przeprowadzonego w sierpniu przez globalną firmę doradczą Ernst & Young wynika, że zajmujemy pod tym względem wysokie 16. miejsce na świecie. Ranking, który bierze pod uwagę takie kryteria jak otoczenie podatkowe, potencjał wzrostu, dostępność grantów i pożyczek oraz stan bazy surowcowej czy infrastrukturalnej, umieścił nas tuż za Australią, Szwecją i Holandią, na równi z Belgią i Brazylią, a przed Japonią czy Danią. Autorzy analizy radzą inwestorom zainteresować się Polską głównie z powodu relatywnie dużych unijnych i budżetowych środków przewidzianych na rozwój zielonych technologii. Na przykład Ministerstwo Rozwoju Regionalnego dało w tym roku na ten cel 310 mln zł. Z oferty skorzystało 60 firm. 50 mln zł na rozwój projektów poprawy energooszczędności pożyczył nam Europejski Bank Inwestycyjny. Dodatkowe 65 mln zł dorzuca polskie państwo z nadwyżek obrotu kredytami emisji CO2 według ustaleń protokołu z Kioto. Rozdzielanie 1,5 – 2 mld zł zacznie też wkrótce Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska. Inwestycje zapowiadają także sami operatorzy sieci przesyłowych. Tylko PSE Operator SA (część Polskiej Grupy Energetycznej) chce budować 2,2 tys. km nowych trakcji oraz modernizować 1,5 tys. już istniejących, tak by były gotowe na przyjęcie zielonej energii, której za dziesięć lat będzie w Polsce dwa razy więcej niż dotychczas. W sumie zostanie wydane na ten cel w najbliższych czterech latach 4,4 mld zł. Ernst & Young przewiduje też, że Polska siłą rzeczy zostanie wciągnięta do współpracy energetycznej i handlu nadwyżkami energii między Niemcami, Szwecją a Danią. – Szczególnie ciekawą branżą jest też polski sektor biomasy. Według polskiej strategii energetycznej przyjętej w listopadzie 2009 roku z tego źródła w 2013 roku ma pochodzić 30 proc. energii odnawialnej. „Już dziś polski rynek biomasy jest wart nawet 2 mld zł” – czytamy w raporcie.

Pierwsi zagraniczni inwestorzy zwietrzyli szanse na zrobienie nad Wisłą zielonego interesu. Francuski gigant Gas de France Suez buduje w Połańcu elektrownię termalną o mocy 190 MW, która ma być gotowa w 2012 roku. A Dalkia (część francuskiej grupy Veolia) wybrała w Polsce dwa miejsca (Łódź i Poznań) pod budowę swoich dwóch największych europejskich projektów opartych na kotłach do spalania biomasy. Projekt wart 70 mln zł ma być również gotowy w ciągu dwóch lat. Latem do przedsięwzięcia dołączył brytyjsko-australijski fundusz Industry Funds Management (IFM). Czy Polska pozostanie atrakcyjnym rynkiem inwestycji w nowe technologie także w następnych latach, zależy w dużej mierze od kształtu przygotowywanej właśnie ustawy o odnawialnych źródłach energii, która trafi do pierwszych społecznych konsultacji w pierwszym kwartale 2011 roku.

Bez względu na to, jak szybko Europa będzie wychodzić z kryzysu, moda na zielone nie minie. Dla wszystkich krajów starej Unii odnawialne źródła energii stały się zbyt intratnym biznesem, by cokolwiek mogło to w najbliższym czasie podważyć. Na dodatek cieszą się one większą akceptacją społeczną niż niebezpieczny zdaniem wielu atom czy niepewny politycznie gaz. W takich warunkach energetyka odnawialna w ciągu dwóch najbliższych dekad ma duże szanse stać się podstawowym sposobem uzyskiwania prądu, a więc i krwiobiegiem całej gospodarki.