Telegraph Media Group, wydawca Daily Telegraph i strony internetowej Telegraph.co.uk, postanowił pójść w ślady konkurencji i zamknąć dostęp do treści publikownych na swojej stronie internetowej. Pierwsze efekty tej decyzji, czyli płatny dostęp do części artykułów i materiałów multimedialnych, mają pojawić się na początku przyszłego roku. Szczegóły nie są na razie znane.

Tym samym wydawca jednego z największych brytyjskich dzienników poszedł w ślady Ruperta Murdocha. Medialny magnat, jako pierwszy wydawca dzienników ogólnotematycznych, zamknął dostęp do ich stron internetowych w zamian za opłaty. Postąpił tak najpierw w przypadku The Times i Sunday Times. Czytanie ich w sieci kosztuje funta dziennie lub dwa funty tygodniowe. Potem Murdoch zrobił kolejny krok, zamykając też za opłatami dostęp do artykułów tabloidu News of The World.

Jednak w przeciwieństwie do News Corp., wydawca Daily Telegraph podkreśla, że nie zamierza zamknąć za opłatami wszystkich treści. Obawia się bowiem znaczącego odpływu internautów i spadku ruchu na swoich stronach, który dotknął serwisy internetowe dzienników Murdocha. Według firmy badawczej Hitwise liczba użytkowników odwiedzających stronę spadła o ponad 93 proc.

>>> Czytaj też: Mobilna rewolucja w mediach: Wydawcy zaczynają nowe życie w cyfrowym świecie

— Nie zamierzamy postawić ściany w postaci płatności do wszystkich treści. Jak każdy wydawca analizujemy po prostu każdy sposób, dzięki któremu możemy zwiększyć przychody — powiedział dziennikowi Guardian przedstawiciel wydawcy Daily Telegraph, proszący o anonimowość.

Eksperyment w postaci zamykania dostępu do artykułów w internecie — które dotychczas w większości były darmowe — to konieczny sposób poszukiwania przez wydawców nowych modeli biznesowych w internecie. Przychody z samej reklamy są bowiem w większości przypadków zbyt niskie, by pokryć wszystkie koszty funkcjonowania. Stanowią zaledwie 10—15 proc. wszystkich przychodów wydawców.

>>> Polecamy: iPad: Wydawcy prasy powinni się uczyć od Steve’a Jobsa, jak sprzedawać gazety w internecie

Analitycy zwracają uwagę, że najskuteczniej w tym modelu radzą sobie globalne dzienniki biznesowe takie, jak należący do Ruperta Murdocha amerykański The Wall Street Journal i brytyjski, drukowany na charakterystycznym łososiowym papierze, Financial Times. Wydawca WSJ.com nie podaje szczegółów, zapewniając jedynie ze sprzedaż cyfrowych treści jest zyskowna. Znacznie chętniej o swoich wynikach mówi natomiast wydawca FT. John Ridding, prezes wydawnictwa, przyznał wczoraj, że wersja dziennika na iPada została ściągnięta na amerykańskim rynku 430 tys. od kwietnia, kiedy pojawiła się na rynku. Każdy z użytkowników ma prawo do przeczytania za darmo 10 artykułów miesięcznie, za więcej musi zapłacić. Roczny abonament kosztuje 200 funtów, ale wydawca nie ujawnia, ile osób się na to decyduje. Podczas wystąpienia na Reuters Global Media Summit w Londynie, w tym tygodniu, John Ridding przyznał jedynie, że średnio płaci za dostęp 500 osób w tygodniu. W sumie FT ma 189 tys. prenumeratorów tylko cyfrowych treści, dostarczanych na różnych nośnikach. Według wyliczeń dziennika The Guardian, pełny roczny kontrakt z wydawcą FT opłaca 30 tys. prenumeratorów, z czego około 3 tys. robi to w wersji na iPada.

Analitycy i inni wydawcy podkreślają jednak, że WSJ i FT jest dużo łatwiej niż innym gazetom. Po pierwsze, to marki globalne, które w zasadzie nie mają konkurencji. Po drugie, ich klientami są w dużym stopniu firmy, które opłacają abonament dla swoich pracowników.

Specjaliści spekulują, że Daily Telegraph zastosuje model zbliżony właśnie do Financial Times. — Pewna liczba artykułow, kto wie — może dwa, a może trzy artykuły — mogłyby być oferowane za darmo — zastanawia się przedstawiciel TMG w rozmowie z Guardianem.

Nie wiadomo jak wydawca postąpi z wersjami na iPhone i iPada. Obecnie obie są darmowe.

Zarówno menedżerowie Daily Telegraph, jak i innych wydawców przyznają, że ich oczy zwrócone są teraz na The New York Timesa. Wydawca zapowiedział, że w przyszłym roku wprowadzi własny system płatności za dostęp do treści w internecie, przy którym zastosowany zostanie system „pomiaru” dostępu do treści. Czytelnicy dostaną możliwość przeczytania konkretnej liczby artykułów za darmo, a potem będą musieli zapłacić kwotę wynikijąca z tego, jak często korzystają z samej strony. Do tego służyć ma właśnie „system pomiarowy”.