Wspólnota walutowa przeżywa wyjątkowo trudne chwile. W ostatnich tygodniach do rekordowo wysokiego poziomu urosło oprocentowanie obligacji Portugalii i Hiszpanii, a nawet Włoch i Belgii. Inwestorzy domagają się coraz większej premii za ryzyko kupowania zobowiązań państw, które ich zdaniem mogą po prostu zbankrutować.

Próba uspokojenia rynków finansowych poprzez pomoc finansową Unii i MFW najpierw dla Grecji, a potem dla Irlandii wyglądają na mało skuteczne. Tym bardziej że jak obliczył bank HSBC, jeśli pomocy potrzebowałyby już nie tylko małe, peryferyjne kraje unii walutowej, ale także Hiszpania, pieniędzy mogłoby zwyczajnie nie wystarczyć. Sytuacja w Europie jest tak niejednoznaczna, że reszta świata nabiera coraz większego dystansu do unijnych gospodarek. Jak podaje agencja analityczna Dealogic, w tym roku w UE przeprowadzono zaledwie 26 proc. wszystkich fuzji świata, podczas gdy od lat udział ten oscylował wokół 40 proc.

Scenariusz 1: nieuchronny koniec Eurolandu

Czy strefa euro rzeczywiście zmierza do rozpadu? W czarnym scenariuszu, kiedy do Grecji i Irlandii dołączają co chwila kolejne kraje, wspólną walutę mogłyby uratować tylko radykalne posunięcia. Takie jak emisja wspólnych euroobligacji. Ponieważ ich wiarygodności broniłyby już nie tylko rządy Portugalii czy Hiszpanii, ale także Niemiec i Francji, pozwoliłoby to krajom o wysokim zadłużeniu na pozyskanie na rynkach świeżego kapitału po stosunkowo niskiej cenie. I na zdobycie w ten sposób chwili wytchnienia, by uporządkować własne finanse. Taki plan jest jednak mało realny.

Emisja wspólnych obligacji wymaga powołania czegoś na kształt unijnego Skarbu Państwa, a co za tym idzie unijnego budżetu z prawdziwego zdarzenia (a nie jak to jest obecnie, jego namiastki wartej ok. 1 proc. PKB Wspólnoty) i unijnego systemu podatkowego. Jednym słowem: utworzenia zalążku europejskiego państwa. Na to nie zgodzi się większość krajów Unii, na czele z Wielką Brytanią, Niemcami i Polską.

Inni analitycy uważają, że jedynym wyjściem jest wyrzucenie z unii walutowej krajów, które notorycznie łamią reguły gry – przede wszystkim Grecji. Ale i ten scenariusz wydaje się mało realny. Kraj outsider musiałby się sam zgodzić na takie rozwiązanie. Tymczasem ekonomiści zgodnie twierdzą, że oznaczałoby to dla niego katastrofę. Spodziewając się, że nowa waluta będzie o wiele słabsza niż euro, inwestorzy natychmiast wycofaliby swoje aktywa z państwa, które zamierza opuścić Euroland. Kraj taki w mgnieniu oka stałby się bankrutem.

Scenariusz 2: optymistyczne rozwiązanie

Bardziej prawdopodobne jest więc uratowanie unii walutowej. Jeżeli kłopoty strefy euro ograniczą się do Grecji, Irlandii i ewentualnie Portugalii, Euroland przeżyje traumę, ale przetrwa. O tym, że może być to scenariusz realny, świadczą najnowsze informacje z unijnych gospodarek.

Wczoraj po raz pierwszy od wielu dni oprocentowanie obligacji Portugalii, Hiszpanii czy Włoch nieco zmalało, choć wciąż pozostaje wysokie. Odbił się także kurs euro do dolara. Być może było to efektem wtorkowej wypowiedzi prezesa Europejskiego Banku Centralnego Jeana-Claude’a Tricheta. Zapowiedział on, że mimo nacisków Angeli Merkel prywatni inwestorzy nie poniosą kosztów ewentualnego ratowania państw o wysokim zadłużeniu, jak Hiszpania czy Włochy. A EBC będzie nadal wspierał kredytami banki portugalskie i irlandzkie. Do tego niemal wszystkie kraje strefy euro zaczęły wdrażać drastyczne plany oszczędnościowe.

Tygodnik „Der Spiegel” obliczył, że gdyby program zaciskania pasa uchwalony kilka dni temu przez parlament Portugalii przenieść na realia Niemiec, oznaczałoby to cięcia warte 100 mld euro.

Strefy euro powinny twardo bronić nie tylko rządy, ale również inwestorzy kapitałowi. Powód: euro jest dla nich alternatywą dla dwóch pozostałych gigantów – jena i dolara. Ponieważ kondycja Ameryki i Japonii nie jest wcale najlepsza, Europa – nawet ze swoimi wadami – nie musi być złym rozwiązaniem. Japonia, z długiem przekraczającym 200 proc. PKB i drepczącą od 20 lat w miejscu gospodarką, to nie miejsce, gdzie można liczyć na duże zyski. Ameryka też nie bije Europy, gdy idzie o stabilność finansową i prognozy wzrostu. Podczas gdy średni deficyt budżetowy w unii walutowej wynosi w tym roku 6 proc., to w USA sięgnął 11 proc. Także dług publiczny w Eurolandzie (84 proc. PKB) jest niższy niż w Stanach Zjednoczonych (92 proc.). A poziom bezrobocia po jednej i po drugiej stronie Atlantyku niewiele się od siebie różni.

Scenariusz 3: duży margines bezpieczeństwa

Unia walutowa powinna przetrwać nawet wówczas, gdy grupa krajów potrzebujących pomocy poszerzy się o Portugalię, Belgię czy nawet Hiszpanię. Do tej pory kraje, które otrzymały pomoc Brukseli i MFW, stanowią zaledwie 5 proc. dochodu narodowego unii walutowej. Nawet gdyby dołączyła do nich Portugalia, ich udział w gospodarce Eurolandu nadal byłby marginalny (7 proc.). Wielkich problemów nie powinna również sprawić Belgia, chociaż w tym przypadku jej potrzeby pożyczkowe mogą być spore. Większy kłopot byłby z Hiszpanią. Według HSBC akcja ratunkowa dla tego kraju kosztowałaby ponad 350 mld euro. Nouriel Roubini, ekonomista nazywany „Profesorem Zagłada”, ponieważ przewidział ostatni kryzys finansowy, twierdzi wprawdzie, że pieniędzy na ratowanie Hiszpanii zabraknie, ale zdania w tej sprawie są podzielone. Axel Weber, prezes Budesbanku, wyliczył, że wszystkie fundusze pomocowe wynoszą obecnie 925 mld euro. To powinno wystarczyć na Grecję, Irlandię, Portugalię, Belgię i Hiszpanię. Być może kryzys rozejdzie się po kościach i euro nadal będzie mocną walutą, rywalizującą z dolarem. Jedno jednak jest pewne: strach przed bankructwem zajrzał Europie w oczy i nauczył ją oszczędzać.

Jorge Nuniez, ekspert Centrum Europejskich Analiz Politycznych: W obecnej sytuacji nie zalecałbym Polsce wchodzenia do strefy euro

Grecja, Irlandia czy Portugalia muszą wdrażać plany oszczędnościowe. Przynależność do strefy euro ma wciąż dla nich sens?

Kłopoty tych krajów nie wynikają z przynależności do strefy euro, tylko z problemów strukturalnych: słabego systemu edukacji, niekonkurencyjnego przemysłu, zbytniego zadłużenia państwa. Gdyby dziś były poza strefą euro, ich waluty załamałyby się, a inflacja gwałtownie skoczyła w górę. Musiałyby szukać pomocy u MFW. A fundusz z pewnością nie udzieliłby im wsparcia na łagodniejszych warunkach niż Bruksela. Dla Hiszpanii czy Portugalii opuszczenie dziś strefy euro oznaczałoby katastrofę. Nowe peseta czy eskudo gwałtownie straciłyby na wartości.

Niemcom opłaca się przynależność do strefy euro?

Dla niemieckiego rządu ratowanie przed bankructwem Irlandii czy Portugalii jest politycznie kłopotliwe. Ale trzeba pamiętać, że to Berlin kontroluje dziś strefę euro i z pewnością nie traci na pożyczkach udzielonych irlandzkiemu i portugalskiemu rządowi. Istnienie unii walutowej bardzo ułatwiło zaś niemieckim przedsiębiorstwom podbój całego europejskiego rynku. Ze względu na bardzo silny sektor przemysłowy Niemcy dziś przeżywają niespotykany boom swojej gospodarki.

Polska powinna się spieszyć z wchodzeniem do strefy euro?

Tego bym nie zalecał. Najpierw powinno się wyklarować, jak będzie działać unia walutowa. Bez tego nie da się choćby ustalić prawidłowego parytetu wymiany złotego na euro, od czego będzie przecież zależała konkurencyjność polskiej gospodarki.