Jesteśmy w euforii po ostatnich danych GUS. Indeks PMI dla polskiego przemysłu wyniósł 55,9 pkt i był o 0,9 pkt wyższy od oczekiwań analityków. Ale europejskie rynki finansowe wciąż drżą. To może oznaczać gwałtowne osłabianie się złotego, a dla finansów publicznych przekroczenie drugiego progu ostrożnościowego. Dlatego rząd już przygotowuje się do operacji wzmacniania naszej waluty – dowiedział się „DGP”. – Jeśli złoty do euro spadłby o 50 groszy, wartość zadłużenia Polski wzrośnie o 16 – 17 mld zł i jesteśmy po drugiej stronie – mówi jeden z wysoko postawionych urzędników państwowych.

Czekamy na Portugalię

Według ostatnich prognoz na koniec roku relacja długu do PKB ma wynieść 53,2 proc. 10-proc. spadek wartości złotego oznacza wzrost relacji długu do PKB o 1,3 pkt proc. – Realne zagrożenie przekroczenia progu 55 proc. zaistniałoby przy kursie 4,40 zł za euro – wylicza Jakub Borowski, główny ekonomista Invest-Banku. By do tego nie dopuścić, interwencja na rynku walutowym musiałaby nastąpić wcześniej, przy kursie 4,20 – 4,30 zł.

We wtorek prezes NBP uspokajał: „Złoty będzie się umacniał, gdy tylko ustąpią turbulencje na rynkach finansowych”. Pytanie tylko, kiedy ustąpią. Kurs euro przebił poziom 4 zł pod koniec listopada. Wczoraj, po lekkim osłabieniu, wynosił 4,02 zł.

Na osłabienie naszej waluty wpływ mają problemy Irlandii i niepokój o stan finansów Portugalii, która może zarazić Hiszpanię. – Banki Niemiec, Francji i Wielkiej Brytanii mają obligacje Hiszpanii za 400 mld euro, czyli tyle samo co Grecji, Irlandii i Portugalii razem. Problemy tego kraju miałyby dla Europy niewyobrażalne skutki – mówi Piotr Kuczyński, analityk Xelion Doradcy Finansowi.

Rynki czekają na ruch Portugalii – jeśli poprosi Unię i MFW o pomoc, euro obsunie się wobec dolara. Dla nas oznacza to gwałtowną przecenę złotego.

>>> Polecamy: Strefa euro przed wielką próbą. Przetrwa czy upadnie?

W razie załamania kursu rząd ma dwa rozwiązania: wystąpić do BGK o wymianę euro na złote z funduszów unijnych lub poprosić NBP o interwencję.

Już w poniedziałek, kiedy to na rynku walutowym panowało spore rozchwianie, wiceminister finansów Dominik Radziwiłł oświadczył, że resort posiada 5,6 mld zł euro i jest gotów je wymienić na złote. To uspokoiłoby rynki walutowe i równocześnie pozwoliło wymienić walutę przy wysokim kursie. A ponieważ większość z 5,6 mld euro stanowi zaliczka na projekty finansowane ze środków UE, to oznaczałoby też obdzielenie większej liczby beneficjatów.

– Zadłużenie walutowe przelicza się na złote ostatniego dnia roku. Dlatego sprzedaż euro powinna nastąpić po świętach. Do zbicia kursu o 7 groszy wystarczyłaby wyprzedaż w transzach ok. 1 mld euro – uważa Marek Rogalski, analityk DM BOŚ. Jego zdaniem tyle powinno powstrzymać spekulantów grających na osłabienie złotego.

Wystarczy telefon?

Gdyby jednak zagrożenie kursu było wysokie, rząd mógłby szukać pomocy w Radzie Polityki Pieniężnej. RPP zbiera się 21 – 22 grudnia i na ostatnim posiedzeniu w tym roku mogłaby podwyższyć stopy procentowe. To powinno złotego umocnić. W ostateczności NBP może sam zainterweniować na rynku.

W ostatnich miesiącach wystarczyły ostrzegawcze ruchy banku centralnego, by ostudzić spekulantów. – Tak stało się w czerwcu, gdy kurs przekroczył 4,16 zł z euro. Po telefonie z NBP do BGK po rynku rozeszła się wieść, że bank centralny chce interweniować. Kurs spadł – opisuje Rogalski. Uważa jednak, że ani rezerw walutowych, ani elastycznej linii kredytowej z MFW nie powinniśmy ruszać do obrony kursu w sytuacji, gdy nasza gospodarka ma silne fundamenty. Takie działania mogą rozjuszyć spekulantów, a przed ich atakiem nie obroni się żaden rząd.