W poniedziałek prezydent Dmitrij Miedwiediew odwiedzi Polskę, przywiezie ofertę współpracy ekonomicznej i – kto wie – może nawet dokumenty katyńskie, by przypieczętować reset wzajemnych stosunków. To dobra wizyta, jednak relacje między państwami w mniejszym stopniu zależą od gestów i słów, w znacznie większym od układu sił, stałych interesów oraz geopolityki. Tych zaś ani rosyjska otwartość, ani polskie warunkowe zaufanie nie zmienią.

Rosja jest wielkim krajem, który może pójść co najmniej dwiema drogami – stopniowego upadku i nawet rozkawałkowania albo odbudowania siły z pomocą Zachodu. Trzecia droga, preferowana przez Kreml, czyli samodzielne wydźwignięcie się do pozycji potęgi, jest mało prawdopodobna. Moskwie brakuje bowiem do tego know-how, technologii i energii, którą skądinąd Rosjanin Lew Gumilow trafnie określił mianem pasjonarności.

Obecnie Federacja Rosyjska jest na arenie międzynarodowej krajem przeszacowanym. Ani jej siła gospodarcza, ani militarna, ani perspektywy rozwojowe nie tłumaczą wpływów politycznych Moskwy. PKB Rosji to ledwie 3 proc. PKB świata, dla porównania amerykański to ponad 20 proc., chiński 12,5 proc. Polski- 1 proc. Rosja wydaje na zbrojenia ledwie dziesiątą część tego co Ameryka, o 30 proc. mniej niż Chiny i sześć razy więcej niż Polska. Wielkość gospodarki rosyjskiej ma się do gospodarki Unii Europejskiej jak 1 do 13, a siła armii – 1 do 5 (gdyby armie europejskie potraktować łącznie). Szczytem owego przeszacowania było zaproszenie Moskwy do grupy G8, chociaż nie spełniała parametrów członkostwa w tym elitarnym klubie.

>>> Czytaj też: Rosja - największa potęga gazowo-naftowa na świecie

Rozdęta pozycja Rosji jest wynikiem trzech czynników. Pierwszy to jej siła nuklearna, nie można ignorować państwa, które ma tysiące głowic atomowych. Drugi – dziedzictwo po ZSRR. Rosja płynnie weszła w buty Związku Radzieckiego, który był supermocarstwem, przejęła po nim choćby stałe miejsce w Radzie Bezpieczeństwa ONZ. Trzeci wreszcie – propaganda samej Rosji. Od czasów przejęcia władzy przez Władimira Putina Moskwa zaczęła się zachowywać jak mocarstwo, groziła krajom zachodnim, choć w sferze twardych realiów nie miała narzędzi do zrealizowania pogróżek. Mimo iż jawnie brakowało jej potęgi, mówiła o niej na prawo i lewo tak długo, że – zgodnie z zasadą propagandy, iż kłamstwo powtarzane do znudzenia staje się prawda – wielu w to uwierzyło.

Rosja, choć osłabiona, przydaje się jednak. Nie tyle Polsce, co większym i silniejszym od nas państwom Zachodu. Poza oczywistą zaletą, że jest zapleczem energetycznym Europy, ma także korzystne położenie geopolityczne. W kręgach dyplomatycznych i analitycznych od lat krąży koncepcja ujęta nieco brutalnie jako „sojusz białego człowieka”, czyli konsolidacja państw kultury zachodniej (i pokrewnych) przeciwko Chinom. Rosja wybornie pasuje do tej układanki jako trzeci element obok Stanów Zjednoczonych i Unii Europejskiej. Gdyby powstał taki nieformalny – a może w dalekiej przyszłości także formalny – sojusz, obejmowałby całą północną hemisferę. Dawny podział geopolityczny Wschód – Zachód zostałby zastąpiony przez nowy: Północ – Południe. Północ to „my”, Południe – „oni”, czyli strategiczni konkurenci do surowców, zasobów finansowych i władzy.

Położenie to geopolityczny potencjał, który Rosja dostała za nic i teraz może go rzucić na stół jako swój silny atut. Tym bardziej, że w Europie Zachodniej współpraca, nie tylko ekonomiczna, lecz także polityczna i wojskowa, z Moskwą ma wpływowych zwolenników. W takim ujęciu Rosja nie musi być silna gospodarczo i militarnie, by stać się partnerem, wystarczy, że leży pomiędzy Europą a Chinami i łączy Stary Kontynent z Ameryką.

Do zbudowania „sojuszu białego człowieka” potrzebna jest jednak głęboka zmiana polityki samej Rosji i to najsłabszy punkt tej wizji. Musiałaby wycofać się z doktryny wojennej wskazującej NATO jako potencjalnego przeciwnika oraz przynajmniej rozpocząć przesuwanie swoich najlepszych jednostek bojowych z okręgów wojskowych moskiewskiego i leningradzkiego do okręgu dalekowschodniego. I co najważniejsze – przeprowadzić zapowiadaną przez prezydenta Miedwiediewa modernizację, nie tylko gospodarczą, lecz także administracyjno-legislacyjną. Słowem, stać się normalniejszym i bardziej przewidywalnym krajem ze stabilnym, opartym na prawie systemem politycznym. A to niezwykle trudne zadanie.

>>> Czytaj też: Bieriezowski: w Rosji gospodarka wciąż jest centralnie zarządzana

Gdyby opcja sojuszu w przyszłości zwyciężyła, Polska znajdzie się pomiędzy Niemcami – najpotężniejszym państwem UE – a Rosją – trzecim filarem aliansu. Nie do pomyślenia będą wówczas jakiekolwiek agresywne poczynania Moskwy wobec nas, ponieważ rozbijałyby cały układ, ale też mielibyśmy niewiele argumentów, gdyby Moskwa i Berlin (Bruksela) zechciały porozumieć się nad naszymi głowami w sprawach niegodzących w to globalne porozumienie, na przykład jeszcze ściślejszej współpracy energetycznej.

Możliwy jest jednak zupełnie inny rozwój wypadków. Sojusz zostanie zbudowany, ale tylko w oparciu o dwa człony: Rosję i Niemcy, ewentualnie z udziałem Francji lub całej UE. W ten sposób będzie wymierzony nie tylko w Chiny, lecz także w Stany Zjednoczone. Oba państwa są żywo zainteresowane zmniejszeniem roli Amerykanów w Eurazji. Przykłady z ostatnich miesięcy – Moskwa wciąż kontestuje budowę amerykańskiej tarczy antyrakietowej, Berlin z kolei domaga się wycofania z Bundesrepubliki amerykańskich głowic nuklearnych.

W takiej sytuacji pozycja Polski zmienia się radykalnie. Nie jesteśmy już pośrodku wielkiej koalicji, ale pomiędzy dwoma sojusznikami, którzy w przeszłości byli naszymi wrogami. Prawdopodobieństwo agresji wzrasta, maleje za to ryzyko dogadywania się wielkich ponad naszymi głowami. Warszawa staje się bowiem atrakcyjna dla Stanów Zjednoczonych. Bylibyśmy im potrzebni z prostego powodu – jedną ze strategicznych zasad bezpieczeństwa USA jest niedopuszczenie do zdominowania Eurazji przez jedną siłę, a mógłby się nią stać właśnie sojusz niemiecko-rosyjski. Według George’a Friedmana, założyciela i szefa ośrodka analitycznego Stratfor, związek taki mógłby w przyszłości rzucić Ameryce wyzwanie nie tylko ekonomiczne, lecz także militarne. A stałby się on bardziej prawdopodobny, gdyby osłabły więzi wewnątrz Unii Europejskiej, na przykład wskutek pogłębienia się kryzysu i pierwszych bankructw unijnych państw. Jeśli sprawy w Unii pójdą źle, Rosja jest dla Niemiec naturalnym geopolitycznym sojusznikiem, alternatywą wobec Unii, co wcale nie musi się podobać Waszyngtonowi.

Miedwiediew nie będzie jednak rozmawiał w Warszawie ani o wielkim sojuszu północnej hemisfery, ani o aliansie z Niemcami. Przyjeżdża tu, by uprawiać bieżącą politykę. Warto jednak pamiętać przy okazji wizyty, że jest dla nas wyzwaniem na przyszłość. Po co właściwie jej potrzebujemy? Żeby się samookreślić. Bez niej bylibyśmy w pozycji Belgii czy Portugalii, bogatych, acz peryferyjnych krajów skazanych na geopolityczną stagnację. Dzięki Rosji musimy dokonywać wyborów, lawirować. Dzięki niej, choć bez jej zasługi, możemy rozkwitnąć albo podupaść.