Powrót General Motors na amerykańską giełdę został odtrąbiony jako sukces Białego Domu. Departament Skarbu chwali się ugraniem na transakcji 11,7 mld dol. Firma, która chce podtrzymać wokół siebie dobrą atmosferę, zapowiada, że zainwestuje 163 mln dol. w nowe linie produkcyjne w Michigan i Ohio.

Człowiek spoza branży

Steven Rattner przeżywa dni chwały. Do tego długo odwlekany powrót GM na giełdę zbiegł się z publikacją książki „Overhaul” (Remont), w której 58-letni Rattner odsłania nieznane dotąd kulisy największej akcji ratunkowej w historii przemysłu samochodowego USA.

Gdy w lutym 2009 r. Barack Obama wybrał go na nadzorcę planu wykupienia długów i restrukturyzacji GM, niemal nikt nie był zadowolony. Amerykański podatnik miał zapłacić za operację 50 mld dol. W Detroit otwarcie narzekano, że Rattner nie ma doświadczenia w branży motoryzacyjnej. „Ci, którzy mnie krytykowali, najwyraźniej kompletnie nie rozumieli, po co Biały Dom mnie zatrudnił” – pisze w swojej książce.

Ten były finansista przez lata działający na rynku private equity utrzymuje wręcz, że został wybrany właśnie ze względu na swój brak doświadczenia. „Moim zadaniem była restrukturyzacja. Czyli to, co robiłem całe życie: kupowanie podupadających przedsiębiorstw, stawianie ich na nogi i odsprzedawanie z dużym zyskiem” – pisze.

Samochodowa drużyna

Jedną z jego pierwszych decyzji było utworzenie tzw. samochodowej drużyny, czyli grupy kilkunastu młodych ambitnych analityków między 26. a 35. rokiem życia. To z nimi Rattner analizował kolejne kroki restrukturyzacyjne, zanim ostatecznie zanosił je do akceptacji przez głównego doradcę Obamy ds. ekonomicznych Larry’ego Summersa. To w tym gronie powstał m.in. pomysł na podzielenie upadłego giganta na starego i nowego GM. W tym pierwszym pozostawiono fabryki, długi i niechciane aktywa, które miały z czasem być stopniowo sprzedawane. Druga firma miała dostać to, co najlepsze (patenty, know-how), i stać się podstawą do odbudowy marki.

Rattner nie ukrywa, że szybki powrót GM na ścieżkę rentowności trzeba w dużej mierze zapisać na konto starego zarządu firmy, a zwłaszcza jej ostatniego przed bankructwem szefa Ricka Wagonera, który rządził firmą w latach 2000 – 2009.

>>> Polecamy: General Motors wróciło na giełdę z największym IPO w historii Wall Street

Paradoksalnie Wagoner przeprowadził w tym czasie wiele wewnętrznych reform w GM, które w ostatecznym rozrachunku wyszły firmie na dobre. Obniżył koszty, wprowadził nowe modele i rozwijał aktywność na najbardziej perspektywicznym rynku azjatyckim.

Miał jednak pecha – uderzenie kryzysu w 2008 r. doprowadziło do niewypłacalności GM. Gdyby recesja nadeszła nieco później, być może siedziałby w fotelu prezesa do dziś. Stało się jednak inaczej. Dlatego Rattnerowi nie pozostało nic innego jak tylko... zwolnić Wagonera. Jak przyznaje, zrobił to po jednym spotkaniu z prezesem. „W branży private equity jest jedna żelazna zasada: po trudnych czasach potrzebujesz nowego otwarcia. Jeśli go nie będzie, żaden bank nie da ci pieniędzy” – pisze Rattner.

W sierpniu 2009 r. Rattner uznał zadanie za zakończone. Pod koniec roku odrodzony GM zaczął przynosić zyski. – Gdy zaczynałem, wielu mówiło, że administracja wyrzuca pieniądze w błoto, inwestując w nierentownego dinozaura. Ja pokazałem, że GM może i jest dinozaurem, ale dinozaura też można naprawić – podsumowuje Rattner.

>>> Czytaj także: Gliwice chcą walczyć o produkcję Opla Astry V