Profesor Youngson zaczynał swój pierwszy wykład z ekonomii o dziewiątej rano. Szedłem na niego w ciemnościach. Moje czasy studenckie zbiegły się z eksperymentem, w ramach którego brytyjski czas letni rozciągnięto na cały rok.

Kiedy wracałem do domu, serwisy informacyjne regularnie zaczynały się od wieści o rannych dzieciach: jatki na szkockich drogach wyludniały szkoły, za to zapełniały szpitale. Dopiero po kilku miesiącach dane na temat wypadków drogowych stały się dostępne i wynik był jednoznaczny: ich liczba spadła. W tych latach nauczyłem się nie tylko ekonomii. Nauczyłem się również, że fragmentaryczne dane mają większą siłę rażenia niż statystyka. Dowiedziałem się również, że opinia jest często odporna na kontrargumenty, szczególnie jeżeli jest oparta na silnym uprzedzeniu. Dzieci giną na drogach, bo Angol woli przestawić zegarek, niż wcześniej wstać.

Zapewne mało polityczne jest wspominanie, że Wielka Brytania mogłaby odnieść korzyści, przyjmując czas brukselski zamiast czasu Greenwich. Dzielimy naszą strefę czasową z dwoma krajami o łącznej populacji 15 milionów ludzi. Tak się składa, że są to Irlandia i Portugalia. Czas środkowoeuropejski obowiązuje od Warszawy po Madryt. Wspólny standard przynosi pewne korzyści ekonomiczne.

>>> Polecamy: Dmitrij Miedwiediew zlikwidował dwie rosyjskie strefy czasowe, aby pomóc w rozwoju gospodarczym Rosji

Są jednak ważniejsze kwestie niż niezmienianie godziny, kiedy spieszymy się na pociąg Eurostar. Jesteśmy na nogach około 16 godzin dziennie, ale światłem dziennym możemy się cieszyć średnio przez 13 godzin dziennie. Bez względu więc na to, gdzie mieszkamy, jak ustawiamy czas i o której wstajemy, przynajmniej tysiąc godzin rocznie spędzamy w ciemnościach. Jednak poza najdalej wysuniętymi na północ regionami kraju nie potrzebujemy doświadczać tysiąca ponurych godzin. Oszczędność światła dziennego przynosiłaby również inne korzyści. Byłoby mniej wypadków w pracy i na drodze.