Eksperci nie mają wątpliwości, że za kilka lat nasz rynek chemikaliów będzie wyglądał podobnie jak w innych, zachodnioeuropejskich krajach. To kwestia 5, może 10 lat. Zmiany są konieczne, bo to być albo nie być sektora. Patrząc jednak na rynkowe statystyki, widać, że będzie to trudne zadanie.

>>> Czytaj też: Europejskie koncerny chemiczne podejmują walkę z rywalami ze Wschodu

Wymagania Brukseli

O skali wyzwań świadczą liczby. Szacuje się, że europejski przemysł chemiczny odpowiada zaledwie za 24 proc. globalnej produkcji całej branży. Aż jedna czwarta tej puli przypada na Niemcy. Polska ma tylko 2 proc. Inne wskaźniki potwierdzają, że jeszcze wiele jest do zrobienia. O ile wartość średniego zużycia chemikaliów w Europie szacuje się na ponad 1 tys. euro na osobę, o tyle w Polsce jest ona na poziomie poniżej 400 euro. W dodatku – jak informuje Polska Izba Przemysłu Chemicznego – polska chemia co roku generuje deficyt handlowy rzędu 7 – 8 mld euro. A to ponad połowa naszego deficytu handlowego.

Według Jerzego Majchrzaka, dyrektora PIPC, dane te pokazują, że branża chemiczna w naszym kraju ma spore możliwości rozwoju. – Udział chemii w polskim przemyśle wynosi tylko 10 – 11 proc., podczas gdy w wielu krajach jest on na poziomie 15 – 25 proc. Mamy zatem duży potencjał rozwoju – tłumaczy.

Dotąd możliwości te nie były wykorzystywane, ponieważ firmy praktycznie nie realizowały inwestycji rozwojowych. Wyjątkiem są budowa tzw. BOP-u (zakład Basell Orlen Polyolefins, jedyny polski producent poliolefin) w 2005 roku, inwestycja ZA Puławy w zwiększenie produkcji mocznika oraz program inwestycyjny Ciechu, który za ponad 0,5 mld zł zwiększył m.in. moce wytwórcze sody, TDI i żywic. Za inwestycję rozwojową trudno jednak uznać nową instalację kwasu azotowego w Kędzierzynie, ponieważ zastąpiła ona starą. To zbyt mało, by dogonić Europę.

Dlaczego nie inwestowano w rozwój? Odpowiedź jest prosta. Przedsiębiorstwa po prostu nie miały pieniędzy. – Po wejściu Polski do UE każdy zakład dostał dość krótki okres na dostosowanie się do unijnych wymogów. Te inwestycje, związane z ochroną środowiska, pochłonęły 70 – 80 proc. potencjalnych środków inwestycyjnych – mówi Jerzy Majchrzak.

Jak podkreśla, jeżeli branża chemiczna sfinalizuje wymuszone inwestycje ekologiczne, będzie mogła zacząć wydawać na rozwój.

Trudna konkurencja

O tym, jak sprostanie środowiskowym wymogom jest bardzo kapitałochłonne, świadczy przykład Ciechu i ZA Puławy. Spółki od czasu debiutu giełdowego, czyli 2005 roku, na inwestycje wydały odpowiednio ponad 1 mld zł i 800 mln zł. Inwestycje środowiskowe przynoszą jednak efekty. – Przez 25 lat produkcja w zakładzie wzrosła o 40 proc., a emisję gazów cieplarnianych zmniejszyliśmy o 70 – 80 proc. – wyjaśnia Zenon Pokojski, członek zarządu ZA Puławy.

– Dbałość o środowisko nie musi być tylko hasłem i kosztem, to także wymierne zyski. Zwiększenie efektywności energetyki w ostatnich latach w samej tylko Sodzie Polskiej podniosło wydajność energetyczną elektrociepłowni o jedną czwartą – dodaje Ryszard Kunicki, prezes Ciechu.

ZA Puławy, by sprostać unijnym normom, muszą wyłożyć 250 mln zł na odsiarczanie spalin. Ale i taka inwestycja może też przynieść wymierne efekty. Siarczan amonu (produkt uboczny) znajdzie bowiem zastosowanie w produkcji nowych nawozów z siarką.

Problem tkwi w tym, że kraje tzw. starej UE tę drogę przeszły kilka lat temu i dziś są już przystosowane w dużej mierze do zaostrzonych norm emisyjnych. Najbardziej emisyjną część produkcji przeniosły one poza granice UE. Dla polskich przedsiębiorstw to spore wyzwanie.

– Ograniczamy emisję, a zaraz za miedzą, na Ukrainie czy Białorusi, będą najtańsze elektrownie, oparte na węglu. W efekcie konkurowanie z tamtymi rynkami będzie trudne – mówi Maciej Stańczuk, prezes banku WestLB. A efekt ekologiczny? Też żaden, bo emisje granic nie znają. – Co z tego, że Unia zmniejszy emisję, skoro wzrośnie ona globalnie? – dodaje Stańczuk.

Według PIPC polski rząd musi skoncentrować się więc na tym, by unijne regulacje nie pogarszały istotnie warunków konkurencyjności firm z krajów unijnych. Jak zaznacza Jerzy Majchrzak, nie możemy mieć gorszych warunków niż konkurenci. – Dyrektywa energetyczna dawała możliwości rządowi, by zlikwidował lub chociaż ograniczył akcyzę od energii elektrycznej dla energochłonnej części przemysłu. Inne kraje, np. Niemcy, tak zrobiły. Polska nie – tłumaczy dyrektor PIPC.

Łączyć czy prywatyzować?

Jak zatem może wyglądać polski sektor chemiczny za kilka lat? W ostatnich dniach Puławy poinformowały o planach przejęcia 33 proc. akcji Polic. Wcześniej rozpoczęto proces przejęcia Kędzierzyna przez Tarnów. Zdaniem prezesa WestLB decyzje o kierunkach konsolidacji trzeba zostawić rynkowi i samym firmom.

Eksperci uważają, że za 5 lat na polskim rynku będą trzy duże firmy chemiczne – Ciech, Puławy, Tarnów. Niewykluczone, że może dojść do konsolidacji między nimi.

W tym czasie potencjał produkcji chemicznej w przemyśle powinien wzrosnąć z 10 do 15 – 20 proc. – Nasze spółki w efekcie w skali Europy Środkowej będą dużymi koncernami, zaś w skali ogólnoeuropejskiej średnimi – prognozuje Jerzy Majchrzak.

Zenon Pokojski wierzy jednak, że pojawią się też znaczący inwestorzy zewnętrzni. – Mówiąc o nawozach, musimy pamiętać, że to nie tylko zakłady chemiczne, ale również gospodarstwa rolne w Polsce. To trzeci areał ziem uprawnych w Europie. Pytanie, czy inwestor będzie chciał kupić firmę, czy rynek – dodaje.