Dla inwestorów z warszawskiego parkietu dzisiejsza sesja była doskonałym przykładem na to, jak duże znaczenie na zachowanie indeksów ma ich konstrukcja. WIG20 przez cały dzień zyskiwał na wartości, ale jego wzrost był wynikiem dużego popytu wyłącznie na akcje spółek surowcowych. Ponad sześcioprocentowy wzrost ceny akcji KGHM i ponad czteroprocentowe zwyżki PKN Orlen i Lotos sprawiły, że bez względu na to, co działo się z kursami papierów spółek z branży finansowej, indeks WIG20 szedł w górę o blisko 1 proc. Jest to o tyle warte odnotowania, że przez dużą część sesji inne ważne indeksy (mWIG40 i WIG) poruszały się poniżej poziomów z wczorajszego zamknięcia, a na całym rynku ponad połowa wszystkich notowanych na GPW spółek było wycenianych niżej niż dzień wcześniej. WIG20 napotkał opór w okolicy 2770-2780 pkt., ale stosunkowo wysokie obroty (przed godz. 16 zbliżały się do 2 mld PLN) mogą sugerować, że inwestorzy w ciągu wtorkowej sesji akumulowali akcje.

Za granicą inwestorzy oczekiwali na ważne polityczne decyzje zarówno w USA, jak i w strefie euro. Amerykańska Izba Reprezentantów we wtorek pod naciskiem Barack’a Obamy prawdopodobnie zgodzi się na przedłużenie ulg podatkowych wprowadzonych jeszcze za urzędowania administracji G.W. Bush’a, natomiast w Irlandii głosowano nad kształtem przyszłorocznego budżetu, który ma przynieść ok. 6 mld euro oszczędności. Pozytywnym bodźcem okazała się również informacja, iż na początku przyszłego roku europejskie banki mają ponownie zostać poddane testowi odporności na skrajne okoliczności, chociaż mając w pamięci poprzedni stress test, w którym irlandzkie banki nie wypadły najgorzej, entuzjazm wywołany wyłącznie tą wiadomością może być zniknąć równie szybko, jak się pojawił.

Na rynku surowców o ponad 2 proc. drożała miedź i srebro (co w dużej mierze wyjaśnia wzrost cen akcji KGHM), cena ropy naftowej zmagała się z okrągłą barierą 90 USD za baryłkę, a na rynkach walutowych kapitał przepływał w kierunku walut kojarzonych z wyższym ryzykiem, co oznacza, że na wartości tracił dolar i jen. Względem złotego dolar potaniał do 3,00 PLN, za franka płacono 3,06 PLN, a euro kosztowało 4,01 PLN. Potwierdzenie wyższej skłonności inwestorów do ryzyka przyniósł również rynek długu, gdzie najdynamiczniej pozbywano się dziesięcio- i trzydziestoletnich obligacji USA.