Te ostatnie wpadły w kłopoty częściowo dlatego, że niektóre banki są zbyt duże, by upaść, i zbyt duże, by je uratować.

Pytanie brzmi, czy te kraje mogą uniknąć restrukturyzacji swojego zadłużenia. W tej kwestii prof. Rogoff, były główny ekonomista Międzynarodowego Funduszu Walutowego, nie ma dobrych wiadomości. Argumentuje, że „znacząca restrukturyzacja długu będzie prawdopodobnie potrzebna we wszystkich przygniecionych długiem krajach. Portugalii, Irlandii, Grecji i Hiszpanii grozi perspektywa straconej dekady, takiej, jakiej Ameryka Łacińska doświadczyła w latach 80. Dynamiczny wzrost Ameryki Łacińskiej rozpoczął się dopiero po wprowadzeniu w 1987 roku planu Brady’ego, który pozwolił na masowe umorzenie długów w regionie”.

To prowadzi nas do drugiego pytania: czy strefa euro dokona zmian potrzebnych do zapobieżenia upadłości? Zapewne nie. Fundusze oferowane obecnie nie wystarczą do sfinansowania potrzeb wszystkich słabych krajów przez czas na tyle długi, by uniknąć upadłości, szczególnie że wymagałaby ona restrukturyzacji, by kraje mogły powrócić na ścieżkę wzrostu.

To prowadzi do mojego ostatniego pytania: czy strefa euro może przetrwać falę restrukturyzacji długów? Jedna restrukturyzacja pociągnie kolejne. Dodatkowo system bankowy może zostać dotkliwie naruszony: na koniec 2009 roku konsolidowane roszczenia francuskich i niemieckich banków wobec czterech najsłabszych członków strefy euro wynosiły odpowiednio 16 i 15 procent ich PKB. Prawdopodobieństwo restrukturyzacji zadłużenia rządowego groziłoby paniką wśród wierzycieli, kolejną falą globalnego kryzysu.

Jednak nawet taki kryzys nie musi oznaczać rozwiązania unii monetarnej. Przeciwnie, bardzo możliwe, że przetrwa ona kryzys finansowy i publiczne upadłości. Pozostaje pytanie o wolę polityczną. Czy strefa euro jest w stanie uzgodnić środki, które pozwolą zachować jej spójność? Nie wiem. Ale pewne jest, że w całkiem niedalekiej przyszłości wszyscy się tego dowiemy.