Trudno powiedzieć, ile smaku, a ile marketingu jest w puszce napoju energetycznego, ale bez dobrej nazwy i chwytliwej kampanii Tiger pewnie nie smakowałby rynkowi tak jak smakuje. Imponująca, kariera FoodCare, producenta napoju, któremu udało się przejąć od Red Bulla większość polskiego rynku, została zachwiana decyzją gdańskiego sądu. Zgodnie z wyrokiem produkcję Tigera komornik zabezpieczył na wypadek roszczeń Dariusza Michalczewskiego (Tigera). Mistrz świata wagi półciężkiej w boksie, który swego czasu dał twarz i rozgłos napojowi, twierdzi, że czuje się oszukany.

– Nie pozwolę się traktować jak zwierzak w klatce. Prawo jest po mojej stronie – mówi „DGP” Dariusz Michalczewski.

Michalczewski był związany z FoodCare od 2003 r. Swój pseudonim Tiger wcześniej zastrzegł w urzędzie patentowym. Od trzech miesięcy spółka nie płaci mu jednak za licencję. Według wyliczeń Tomasza Wolsztynka z Fundacji Darka Michalczewskiego „Równe Szanse”, FoodCare zalega bokserowi 12 mln zł.

Konflikt zaczął się w 2008 r. kiedy, to firma próbowała przerejestrować na siebie znak „Tiger” w urzędzie patentowym, wydobywając, jak twierdzi Wolsztynek, podstępem pełnomocnictwo od Dariusza Michalczewskiego.

Gdy sprawa wyszła na jaw, Michalczewski zażądał wydania dokumentów złożonych w urzędzie patentowym. FoodCare odmówił i w 2010 r. przestał płacić fundacji Michalczewskiego. Mało tego, mówi Wolsztynek, zażądała zwrotu należności za rok, tłumacząc, że od 2009 nie posługuje się już tym znakiem. Nowy znak to „Black Tiger”. Michalczewski oprotestował jednak nową markę, twierdząc, że łamie ona zasady uczciwej konkurencji. Sąd uznał rację boksera.

>>> Czytaj też: Energy shot - sposób producentów napojów energetyzujących na walkę z kryzysem

Dziś Tiger ma ponad 30 proc. udziału w rynku napojów energetycznych, wartym 800 mln zł. Oznacza to sprzedaż 100 mln sztuk rocznie. To plasuje go na pozycji niekwestionowanego lidera na polskim rynku. Przedstawiciele firmy FoodCare byli wczoraj nieuchwytni.