Największa gospodarka Europy ma za sobą zaskakująco dobry rok. W ciągu ostatnich miesięcy niemiecki PKB urósł o 3,4 – 3,7 proc., czego nie notowano za Odrą od czasu zjednoczenia. Rekordowo niskie było też bezrobocie, a optymizm przedsiębiorców pobił nawet najbardziej pozytywne prognozy. Błyskawiczne wychodzenie Niemców z kryzysu wyszło na dobre Polsce, która z powodu swojej struktury handlowej jest dziś związana z niemiecką gospodarką na dobre i na złe.

>>> Czytaj też: Niemcy - gospodarczy łącznik Wschodu z Zachodem

Centrum Klima to czołowy polski producent i dystrybutor systemów wentylacyjno-klimatyzacyjnych. Firma zatrudnia 200 osób i w pierwszych trzech kwartałach 2010 r. wygenerowała 5,4 mln zł zysku. Jej szef Marek Perendyk nie ukrywa, że kilkunastoprocentowa poprawa wyników w porównaniu z trudnym ubiegłym rokiem to efekt dynamicznego rozwoju eksportu. – Głównie na rynek niemiecki. Niemcy to najważniejszy dla nas partner handlowy – mówi w rozmowie z „DGP”. Dlatego ten kierunek będzie rozwijany. – Docelowo udział eksportu w naszych obrotach ma sięgnąć 45 proc. – mówi nam Perendyk.

Zarobić na sąsiedzie

W podobnej sytuacji jest kilkaset innych polskich firm. Sprzedają na największy europejski rynek niemal wszystko. Najwięcej, bo aż jedna czwarta naszego eksportu, to branża maszynowa. Zarabiają tam firmy takie jak na przykład bydgoski Markum, który oferuje Niemcom prasy i dźwigi. Aby być bliżej tamtejszych odbiorców, w 2009 roku bydgoszczanie przejęli nawet niemieckiego producenta pras przemysłowych Heilbronn Pressen.

>>> Czytaj też: Polska rozwija się dzięki ożywieniu w Niemczech

Do Niemiec trafia też lwia część polskiej produkcji pojazdów i części samochodowych. Nasi samochodziarze znakomicie radzili sobie nawet w czasie kryzysu. W 2009 r., gdy rząd Angeli Merkel dopłacał do wymieniania starych aut na nowe, sprzedawaliśmy Niemcom głównie produkowane w Polsce samochody. W 2010 roku nasz eksport za Odrę zdominowały części do końcowego montażu, takie jak fotele, silniki czy inne podzespoły.

Od lat Niemcy to również główny rynek sprzedaży polskich mebli. Na przykład Forte z Ostrowi Mazowieckiej wysyła za zachodnią granicę aż połowę swojego eksportu. Niemiec kupujący meble nie wie nawet, że sięga po polski produkt: meblościanki, sofy, szafy i krzesła można znaleźć między innymi w sklepach sieci meblowych Poco i Porta.

Nasi zachodni sąsiedzi są też głównym odbiorcą polskiego mięsa drobiowego (43,5 tys. ton w pierwszych trzech kwartałach). Nie mówiąc już o tak nieszablonowych produktach jak... ekologiczne trumny. – Niemcy nie dostają zasiłku pogrzebowego i potrzebują tanich, dobrych jakościowo trumien. W kulturze luterańskiej nie przywiązuje się tak wielkiej wagi do oprawy ostatniego pożegnania jak u nas. A jako zielony naród chcą z kolei, by wszystko odbywało się możliwe w największej zgodzie ze środowiskiem. Dlatego oferujemy im proste kremacyjne trumny: wiklinowe lub sosnowe – mówił w jednym z branżowych pism Bartłomiej Lindner, szef firmy Lindner Wągrowiec, która była jedną z pierwszych polskich firm na tym nietypowym rynku. Od tamtej pory już kilka innych zakładów poszło w jego ślady.

Dla wszystkich tych przedsiębiorców znad Wisły niemiecki cykl koniunkturalny ostatnich dwunastu miesięcy to sytuacja wręcz wymarzona. – Kryzys 2009 roku, gdy niemieckie PKB skurczył się o 5 proc., mocno Niemców przestraszył. Dlatego ich firmy i gospodarstwa domowe zaczęły częściej sięgać po tańsze i konkurencyjne produkty z Polski – mówi nam Ireneusz Jabłoński, ekonomista z warszawskiego Centrum im. Adama Smitha. Resztę zrobiły zaordynowane przez rząd Angeli Merkel dwa duże pakiety stymulacyjne, które pobudziły popyt wewnętrzny oraz rosnąca globalna konkurencyjność niemieckiego eksportu. I jedno, i drugie zadziałało także na naszą korzyść. – W uproszczeniu można oszacować, że polepszenie niemieckiej koniunktury w granicach 1 proc. PKB generuje dodatkowe 0,3 proc. wzrostu PKB w krajach, które tak jak Polska utrzymują rozbudowane kontakty z zachodnim sąsiadem – mówi „DGP” Maciej Krzak, ekonomista z Uczelni Łazarskiego i Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych w Warszawie. Informacja, że niemiecka gospodarka urośnie w tym roku o ponad 3 proc., to dobre wieści.

Dlatego publikowane co miesiąc przez renomowany monachijski instytut IFO prognozy niemieckiej koniunktury są miodem na dusze polskich biznesmenów. Według najnowszego raportu (za listopad) optymizm niemieckich przedsiębiorców jest na najwyższym poziomie od zjednoczenia (to o 16 proc. więcej niż rok temu). Oznacza to przynajmniej sześć najbliższych tłustych miesięcy także dla naszych handlujących z Niemcami firm. Przynajmniej do czasu ponownego wahnięcia koniunktury za Odrą.

Niemiecki krach byłby katastrofą

Dzieje się tak dlatego, że rozmiar polsko-niemieckich powiązań gospodarczych jest rzeczywiście imponujący. W bieżącym roku równo co czwarty polski produkt eksportowy trafiał do Niemiec. Z kolei jedna piąta (21,6 proc) polskiego importu była opatrzona metką „made in Germany”. Nikt na świecie nie sprzedaje ani nie kupuje od nas więcej. Niemcy od lat dominują też polski pejzaż bezpośrednich inwestycji. Tylko w latach 2007 – 2009 nad Wisłę przypłynęło 6,7 mld euro z Niemiec, czyli prawie jedna piąta wszystkich zagranicznych inwestycji na terenie RP. Bywały lata, gdy rzucał im wyzwanie kapitał z Holandii czy Francji, to jednak ledwie epizody w historii niepodzielnej niemieckiej hegemonii.

Dostrzegalny zaczyna być też udział Polski w niemieckiej strukturze handlowej. W ubiegłym roku zajmowaliśmy 12. miejsce na liście niemieckich importerów. Tuż po Rosji, a przed Hiszpanią, Japonią czy Norwegią. I dziewiątą pozycję wśród destynacji niemieckiego eksportu (między Szwajcarią a Hiszpanią). – Można założyć, że od kontaktów handlowych z Niemcami zależy jakieś 10 proc. polskiego PKB – ocenia w rozmowie z „DGP” Juergen Jerger, dyrektor Instytutu Badań nad Gospodarkami Europy Środkowej na uniwersytecie w Ratyzbonie. Co to oznacza w praktyce? – Załóżmy bardzo mało prawdopodobny scenariusz załamania się niemieckiej gospodarki, a co za tym idzie ograniczenia obrotów handlowych, powiedzmy, o połowę. Na dzień dobry polski PKB kurczy się w skali roku o 5 proc. Do tego dochodzą tzw. efekty ciągnione, czyli na przykład konsekwencje bankructw handlujących z Niemcami przedsiębiorstw. Nie mówiąc już o negatywnym wpływie tąpnięcia za Odrą na innych naszych partnerów handlowych w UE, gdzie ogniskuje się 80 proc. polskiego eksportu. To byłaby prawdziwa katastrofa – dodaje Maciej Krzak. Jego zdaniem dużo głębsza niż załamanie się obrotów handlowych z Rosją po kryzysie bankowym z 1998 roku. W wyniku tamtego krachu po roku 2000 polska gospodarka rozwijała się w tempie 1,2 – 1,4 proc., zamiast 4 – 5 proc. notowanych w latach poprzednich.

Wyobrażenie o ewentualnych turbulencjach, jakie przyniosłaby Polsce ostra recesja w Niemczech, daje właściwie tylko porównanie z załamaniem gospodarki i rozpadem ZSRR w latach 1990 – 1991. Wówczas tylko z powodu odcięcia od sowieckiego rynku polski PKB skurczył się o 3,5 do 5 proc. W tej sytuacji trudno nie powtórzyć za klasykami: co dobre dla niemieckiej gospodarki, dobre i dla jej wschodniego sąsiada.

Było tak właściwie od samego początku naszego kapitalizmu. Po stronie polskiej pojawiało się oczywiście sporo obaw, bo spotkanie obu gospodarek w latach 90. było strukturalnym szokiem. W 1990 roku polski PKB na głowę mieszkańca (uwzględniając parytet siły nabywczej) wynosił 30 proc. tego co w Niemczech. Jeszcze w sześć lat później polska produktywność sięgała 25 proc. niemieckiej. Na szczęście zadziałało jedno z podstawowych praw liberalnej ekonomii, tzw. korzyści przewag komparatywnych. W Polsce było wówczas mało kapitału, ale za to dużo taniej siły roboczej. W Niemczech odwrotnie.

Dlatego zaczęliśmy się specjalizować w eksporcie tych towarów, które są pracochłonne, i w ten sposób pompowaliśmy nasz PKB. Natomiast Niemcy znaleźli idealny rynek zbytu dla swoich kapitałochłonnych produktów. Tą samą drogą poszły zresztą wszystkie państwa regionu. Według Eurostatu między rokiem 1988 a 1998 eksport dóbr pracochłonnych z byłych demoludów do Niemiec wzrósł z 28 do 39 proc. całego eksportu. Ten swoisty podział zadań jest też przyczyną dosyć zrównoważonego bilansu polsko-niemieckich obrotów handlowych, zwłaszcza na przestrzeni ostatnich 10 lat. Polska czasem jest z Niemcami na lekkim minusie, by rok później zaliczyć nadwyżkę.

Oczywiście nie obyło się bez ofiar. Po niemieckiej stronie wysoką cenę zapłaciła zwłaszcza gorzej wykwalifikowana siła robocza, której tańsi Polacy po prostu odebrali chleb. W tym sensie przyłożyliśmy niemałą cegiełkę do gwałtownego wzrostu niemieckiego bezrobocia po 1989 roku. Okresowo sięgało ono 13 proc., a we wschodnich landach nawet 18,5 proc. Trudno się więc dziwić, że w traktacie o akcesji Polski do UE Berlin dla zachowania spokoju społecznego zagwarantował sobie najdłuższy na Starym Kontynencie (wygasający dopiero w maju 2011 roku) okres przejściowy na podejmowanie pracy przez robotników ze Wschodu.

W Polsce negatywne skutki otwarcia na niemiecką gospodarkę nie były aż tak mocno odczuwalne, głównie z powodu wielkiego pozytywnego impulsu dla PKB, jaki handel z Niemcami dał naszym firmom. Uderzały one w relatywnie lepiej wykształconą część społeczeństwa (np. informatyków czy elektroników) zdolną wytwarzać kapitałochłonne dobra „made in Poland”. Na szczęście jednak ta grupa jest z założenia bardziej mobilna i przedsiębiorcza. Najlepsi założyli więc własne konkurencyjne firmy (jak np. krakowski Comarch), a reszta skorzystała z otwarcia się dla nich rynków pracy na Zachodzie.

Jak zachować niezależność

Najlepiej na zbliżeniu z Niemcami wyszli przedsiębiorcy. Nic dziwnego. Od upadku komunizmu poziom obrotów handlowych między krajami po obu stronach Odry wzrósł sześciokrotnie. Z 8 mld euro w 1990 roku do 48,5 mld euro w 2010 roku. Największa dynamika dotyczy zwłaszcza okresu po wstąpieniu Polski do UE, gdy obroty rosły w skokowym tempie kilkunastu procent rocznie, z przerwą na kryzysowy 2009 rok. Z najnowszych danych wynika jednak, że w kończących się 12 miesiącach znów podniosą się mniej więcej jedną piątą. W tej sytuacji trudno się dziwić, że i w Niemczech, i w Polsce przedsiębiorcy należeli do największych zwolenników polskiej akcesji do UE.

W dobrych czasach taki stopień gospodarczego powiązania jest oczywiście korzystny. Ale można wyobrazić sobie sytuację, w której staje się on sporym ryzykiem. Zwłaszcza dla partnera o słabszym potencjale, którym w tym wypadku jest Polska. Współzależność i uzależnienie to przecież często dwie strony tego samego medalu.

Próbkę takiej sytuacji dał na przykład ostatni kryzys finansowy. Niemcy należały do krajów najciężej doświadczonych przez recesję (minus 5 proc. PKB w 2009 roku). Ponieważ zachodni sąsiedzi przestali od nas kupować, obroty handlowe spadły o jedną piątą, a w ślad za nim również polskie prognozy wzrostu PKB. Zatrzymały się powyżej zera (1,7 proc.), co w skali UE i tak było ewenementem. Ekonomiści do dziś spierają się o to, dlaczego Polsce udało się przejść przez ogólnoeuropejski kryzys względnie suchą stopą. – Kluczowe okazało się niższe niż u sąsiadów z regionu uzależnienie od eksportu – uważa na przykład Juergen Jerger. Rzeczywiście, w przypadku Polski tylko niecałe 40 proc. PKB zależy od sprzedaży towarów za granicę. Na Słowacji ten współczynnik sięga 75 proc., a w Czechach czy na Węgrzech 70 proc. Trzeba jednak dodać, że eksportowy składnik polskiego PKB bynajmniej nie maleje (w 1997 roku wynosił tylko 15 proc.) i w miarę coraz śmielszego wchodzenia naszych przedsiębiorców na rynki unijne za kilka lat będzie pewnie na jeszcze wyższym poziomie. A wtedy ewentualna powtórka niemieckiej recesji siłą rzeczy uderzy w nas mocniej niż w 2009 roku.

Nie można też zapominać, że na czas kryzysu przypadł szczytowy okres napływu nad Wisłę środków unijnych, które podziałały na gospodarkę jak pakiety stymulacyjne, bez znaczącego zwiększania deficytu i zadłużenia. Nie wiadomo jednak, jak zmieni się strumień unijnych pieniędzy po wynegocjowaniu nowej kryzysowej perspektywy budżetowej, o której już dziś wiadomo, że może być dla nas mniej hojna niż poprzednia.

Wielki test euro

Pozostaje wreszcie pytanie, czy polsko-niemieckie relacje handlowe będą się nadal pogłębiać według dotychczasowego skokowego modelu. Większość ekspertów odpowiada na nie twierdząco. – Polscy przedsiębiorcy będą coraz lepsi w obsługiwaniu wielkiego niemieckiego rynku. Byliby naiwni, gdyby nie wykorzystali szansy, którą mają pod nosem – mówi nam Ireneusz Jabłoński. Ale jeśli tak się rzeczywiście stanie, w pewnym momencie pojawi się nieuchronne pytanie o polskie członkostwo w strefie euro. Biznes będzie parł w tym kierunku. Wspólna waluta to dla nich to duże ułatwienie. – Wejście do Eurolandu otworzy też Polskę na nową falę inwestycji ze strony tzw. niemieckiego Mittelstand, czyli bardziej konserwatywnych niemieckich firm średniej wielkości, które dotąd nie odkryły jeszcze kraju nad Wisłą – mówi nam Maciej Krzak z warszawskiego ośrodka analitycznego CASE. Takiego argumentu nie można lekceważyć, bo przedsiębiorstwa z tego sektora mają nierzadko więcej pieniędzy niż polscy giganci, lepiej niż wielkie koncerny traktują swoich pracowników i tworzą prawie 40 proc. zysków wszystkich niemieckich firm. Problem polega jednak na tym, że Polska przetrwała kryzys również dzięki słabej (zdaniem wielu ekonomistów niedoszacownej nawet o 20 proc.) złotówce, więc na razie nikt w Polsce nie ma zamiaru się jej pozbywać.

Odwrotnie Niemcy, którzy na rozszerzeniu strefy euro wyszli najlepiej ze wszystkich krajów starej UE, bo ich bardzo dobrej jakości produkty mogły w warunkach jednolitego pieniądza łatwiej konkurować na rynkach greckim, hiszpańskim czy portugalskim. W ciągu najbliższych pięciu lat temat bez wątpienia wróci na agendę i może być jedną z kości niezgody pomiędzy Polską i Niemcami. Dużo poważniejszą niż wejście do UE czy NATO, gdzie obie strony miały dokładnie ten sam interes.

Lekcje historii gospodarczej, czyli jak uciec spod niemieckiej dominacji

W gospodarczej historii Polski zależność naszego dobrobytu od niemieckiej koniunktury nie zawsze była taka oczywista. Przez cały XIX wiek granica celna między zaborem pruskim i rosyjskim odgradzała korpus późniejszej polskiej państwowości np. od tanich tekstyliów z Wysp Brytyjskich. W ciągu pół wieku doprowadziło to do gwałtownego rozwoju przemysłu włókienniczego w regionie Łodzi i Żyrardowa, który produkował na niewyobrażalny rynek rozciągający się od Warty po Mongolię. Tę sytuację zmienił dopiero wybuch rewolucji bolszewickiej i załamanie stosunków handlowych, co z konieczności odwróciło Polskę w kierunku zachodnim.

Reszty dopełniły naturalne powiązania gospodarcze Poznańskiego i Galicji z niemieckim obszarem ekonomicznym. Dość powiedzieć, że w pierwszych latach polskiej niepodległości (1924 – 1925) do Niemiec i Austrii docierało ok. 50 proc. polskiego eksportu, a nad Wisłę trafiało stamtąd 40 proc. wszystkich towarów importowanych. Niemiecki kapitał dominował też w kluczowych dziedzinach gospodarki, np. w bankowości, przemyśle ciężkim i wydobywczym. Dopiero po zamachu majowym sanacja podjęła próbę wyzwolenia spod niemieckich wpływów: zwłaszcza w miarę pogłębiania się konfrontacyjnych deklaracji wobec Polski („bękarta traktatu wersalskiego”), z której istnieniem nie potrafiła pogodzić się duża część elit politycznych Republiki Weimarskiej, nie mówiąc już o nazistach. Piłsudczycy wielkie nadzieje wiązali zwłaszcza z Francją. – Proszę wysondować gotowość do zastąpienia osłabionego kryzysem bankowym niemieckiego kapitału w Polsce przez kapitał francuski – instruował w 1931 roku swoją paryską ambasadę ówczesny szef polskiej dyplomacji August Zaleski. Paryż nie chciał jednak ryzykować. W tej sytuacji Polska podjęła desperacką próbę wyzwolenia się spod gospodarczych wpływów potężnego sąsiada, stawiając na usamodzielnienie: rozbudowę portu w Gdyni oraz Centralnego Okręgu Przemysłowego. – To było sedno ówczesnej polskiej tragedii. Albo wolny rynek i niechybne poddanie się niemieckim wpływom gospodarczym, albo eksperyment z centralnym planowaniem i kapitalizmem państwowym – uważa Nikolaus Wolff, niemiecki ekonomista z angielskiego uniwersytetu w Warwick, badacz polsko-niemieckich stosunków gospodarczych. Dopiero wybuch wojny i przymusowe wpadnięcie Polski w orbitę Związku Radzieckiego na pół wieku zawiesiły te dylematy.

Na szczęście dla Polski niemieckie elity polityczno-biznesowe nie przypominały już wówczas tych z okresu międzywojnia. Niebywały powojenny sukces ekonomiczny Republiki Federalnej był skutecznym lekiem na powrót upiorów przeszłości: Niemcy po raz pierwszy od dwustu lat widzieli większy sens w kooperacji gospodarczej z sąsiadami niż w ich podbijaniu. Dla Polski, która najczęściej padała ofiarą tamtych zapędów, była to znakomita wiadomość.