W jednym z wywiadów Padoan stwierdza wprost: „Uważamy, że przewidywane przez rząd na 2011 r. zacieśnienie fiskalne rzędu 1 pkt proc. nie wystarczy, by uniknąć przekroczenia poziomu 55 proc. długu publicznego w relacji do PKB. Potrzebne są większe zmiany w finansach publicznych”. I dalej: „Widzimy, że rząd rozważa zmiany w systemie emerytalnym. Naszym zdaniem to nie jest droga, by poradzić sobie z problemami fiskalnymi i by wprowadzić finanse publiczne na stabilną ścieżkę. Osłabienie drugiego filara systemu emerytalnego w średnim terminie może okazać się przeciwskuteczne. Polski rząd powinien przemyśleć pomysł osłabienia go i raczej poszukać innych rozwiązań. Podniesienie wieku emerytalnego czy obcięcie prowizji za zarządzanie funduszami emerytalnymi to dobre pomysły. Ale obniżenie składki przekazywanej OFE to niedobre rozwiązanie”.

>>> Raport: Pomysły na OFE

Wiceszef OECD uważa zatem, że nie należy zmieniać statystyk długu publicznego i że powinny być takie same dla wszystkich. Innymi słowy, jeżeli rząd emituje obligację, to jest to dług rządu, niezależenie od tego, na co poszły środki z tej pożyczki (na wynagrodzenia dla nauczycieli, na budowę dróg czy na inwestycje w instrumenty finansowe za pośrednictwem OFE). Ten dług jest oprocentowany i odsetki trzeba spłacić, ten dług trzeba zrolować. Dlatego powinien być liczony w statystykach w pełnej wysokości.

Żeby zrozumieć strategię działania polskiego rządu w Brukseli w sprawie OFE, trzeba wyobrazić sobie pewną scenę. Do warzywniaka przychodzi wariat z brzytwą i krzyczy, że albo dostanie banana za darmo, albo potnie sobie ciało brzytwą (czyli zniszczy system emerytalny). Właściciel warzywniaka tłumaczy, że za banana trzeba zapłacić, wariat głuchy na te argumenty wrzeszczy coraz głośniej: „Dawaj banana!” I przeciąga brzytwą po policzku, zostawiając krwawy ślad. Właściciel warzywniaka ma dylemat. Jeżeli nie da banana, to wariat może sobie zrobić krzywdę i ucierpi na tym wizerunek jego warzywniaka. Jeżeli da banana, wieści się rozejdą i za chwilę może przyjść inny wariat z tasakiem i powie, że albo dostanie pomarańczę za darmo, albo odrąbie sobie stopę (czyli na przykład jakiś kraj Unii, który też ma problemy ze swoim długiem publicznym, zażąda odliczenia od deficytu wydatków na pomarańcze albo odliczenia od deficytu składki do budżetu Unii w przypadku płatnika netto). Na koniec warzywniak rozda wszystkie owoce za darmo, po czym zbankrutuje (co może oznaczać, że cały Pakt Stabilności i Wzrostu przestanie mieć jakikolwiek sens).

Propozycje odliczeń wydatków od deficytu były zgłaszane już w 2005 roku podczas dyskusji o zmianie kryteriów procedury nadmiernego deficytu. Teraz ten temat powraca i być może dojdzie do jakiś zmian. Jedno jest pewne, nie będzie zmiany metodologii liczenia deficytu i długu publicznego przez Unię. Natomiast ostrzegam, że rząd może wykorzystać to zamieszanie i zmienić polską definicję długu, żeby oddalić się od granicy 55 proc. PKB (już jeden ruch wykonał, nie doliczając pożyczek KFD do długu publicznego). Wtedy Eurostat będzie raportował wysokość naszego długu w wysokości 57 proc. PKB, a polskie Ministerstwo Finansów w wysokości np. 40 proc. PKB (albo inną liczbę, według uznania ministra finansów). Pytanie, które dane będą traktowane przez rynki finansowe jako wiarygodne.

Proponuję więc przestać wymachiwać brzytwą i wziąć się za prawdziwe reformy.