Podróż jedną z szybkich chińskich kolei to doświadczenie szybkiego rozwoju przemysłowego. Jechaliśmy z Nanjing do Szanghaju z prędkością, o której Amtrak kursujący z Nowego Jorku do Waszyngtonu mógłby tylko pomarzyć. Szybka kolej to lśniący symbol chińskich intencji, by z fabryki świata stać się wyspecjalizowaną, innowacyjną gospodarką. Ten pociąg jest symbolem chińskiej determinacji, by zyskać przewagę technologiczną wszystkimi możliwymi sposobami, w tym przez przejmowanie zachodnich technologii i przerabianie ich w ten sposób, by móc twierdzić, że jest to ich własne dzieło.

Zachodnie firmy muszą ujawniać szczegóły swoich technologii, by uzyskać kontrakty, a potem konkurują z państwowymi chińskimi przedsiębiorstwami, które sprzedają niemal identyczne produkty. Nic z tego nie jest przypadkiem. Jeden z raportów Rady Państwa wzywa do „absorpcji, asymilacji i przerabiania importowanych technologii”.

Jest jednak różnica pomiędzy nieformalnym piractwem, co do którego chiński rząd zgadza się, że stanowi problem, i stara się z nim walczyć, a akceptowanym przez państwo przejmowaniem technologii. To pierwsze to dziki wykwit prywatnej przedsiębiorczości. To drugie to oficjalna polityka państwa zmierzająca do skrócenia drogi rozwoju przemysłowego. Trudno w pojedynkę przeciwstawić się krajowi, który sprawuje kontrolę nad drugą co do wielkości gospodarką świata i jest największym rynkiem dla nowej infrastruktury. Jest też mistrzem w gnębieniu dysydentów i przekupywaniu tych, którzy chcą po cichu współpracować. Jeżeli jednak firmy nie przyjmą wspólnego frontu, razem z prywatnymi chińskim przedsiębiorstwami, które także cierpią z powodu dominacji państwowych molochów w sferze technologicznej, dalej będą dzielone i podbijane.