Wall Street trochę niemrawo, ale jednak wspina się na kolejne szczyty. W piątek S&P500 osiągnął 1240 punktów, poziom najwyższy od września 2008 r. Niemal cały spadek od upadku Lehman Brothers został więc odrobiony. Grudniowy rajd przyniósł zwyżkę indeksu o 60 punktów, czyli o 5 proc. Żadnego entuzjazmu jednak nie widać. Ale nie widać też żadnych poważnych argumentów ani za kontynuacją wzrostu, ani za jego zakończeniem. Przynajmniej do końca roku. Prawdopodobnie więc w ciągu najbliższych tygodni na sensacyjne zwroty sytuacji nie ma co liczyć. 

Sprawdził się najbardziej radykalny ze scenariuszy, dotyczący inflacji w Chinach. W listopadzie ceny towarów konsumpcyjnych wzrosły o 5,1 proc., a ceny producentów o 6,1 proc. Ceny żywności skoczyły w porównaniu do listopada ubiegłego roku o 11,7 proc. Biorąc pod uwagę, że w tym roku cel inflacyjny Ludowego Banku Chin wynosi 3 proc., można spodziewać się bardziej zdecydowanych kroków, zmierzających do zmniejszenia inflacji. Wszystko wskazuje na to, że oprócz działań administracyjnych, niezbędna będzie podwyżka stóp procentowych. Dotychczasowe posunięcia, między innymi dokonane już sześciokrotnie podwyżki stopy rezerw obowiązkowych, nie dały rezultatu.

Wysoka inflacja i perspektywa podwyżki stóp powinna nieco zmrozić nastroje na rynku surowców, jednak w przeciwnym kierunku mogą zadziałać dane o niemal 25 proc. wzroście inwestycji, prawie 19 proc. zwyżce sprzedaży detalicznej, czy sięgającym 13,3 proc. skoku produkcji przemysłowej. Na chińskiej giełdzie euforia. Shanghai B-Share wzrósł o 2 proc. a Shanghai Composite o 2,9 proc. Na rynkach surowcowych także dziś rano notowano wzrosty. Ropa naftowa drożała o niecałe 1 proc., kontrakty terminowe na miedź szły w górę o 1,1 proc.

Kontrakty terminowe na indeksy zarówno europejskie, jak i amerykańskie wykazywały niezdecydowanie i znajdowały się w okolicach piątkowego zamknięcia. W Warszawie sygnalizują scenariusz zwyżkowy.