Po raz już nie wiadomo który, jak mantrę Fed powtórzył formułkę o pozostawieniu stóp procentowych na niskim poziomie przez wydłużony okres czasu, po raz kolejny usłyszeliśmy, że ożywienie jest, ale postępuje powoli i nie gwarantuje poprawy na rynku pracy. Wysokie bezrobocie i niewielka dynamika dochodów Amerykanów oraz niechęć banków do udzielania kredytów nie wróżą zaś najlepiej. Ale to widzą i wiedzą wszyscy, bez komunikatów Fed. Zamiast więc czekać, lepiej było wziąć się do działania. Tyle tylko, że jeśli to działanie miałoby być racjonalne, polegałoby na sprzedawaniu akcji.

Ale wielkiej chęci do sprzedawania nie było, podobnie zresztą jak i do ich kupowania. Stąd też mamy kontynuację marazmu i ruchu indeksów w bok. W końcu jednak na szczęście Fed nie odwołał akcji skupowania obligacji, potwierdzając swoją głęboką wiarę w skuteczność i efektywność tego mechanizmu. W tym przekonaniu jest jednak coraz bardziej osamotniony.

W każdym razie entuzjazm amerykańskich inwestorów przejawiał się jednopunktowym wzrostem indeksu S&P500, a i to tylko dzięki wysiłkowi byków w ostatnich minutach sesji. Przez większą część dnia wskaźnik pozostawał na niewielkim plusie, to jednak tuż po ogłoszeniu komunikatu Fed wyraźnie słabł, spadając nieznacznie pod kreskę. Mieliśmy więc do czynienia z autoplagiatem scenariusza z sesji poniedziałkowej.

Trudno uwierzyć, że jakiekolwiek informacje, poza upadkiem dużego banku za oceanem lub wysłaniem emisariuszy po pomoc finansową przez rząd któregoś z europejskich państw, będą w stanie rozruszać inwestorów. Prawdopodobnie więc ze spokojem będziemy czekać na serię danych ze Stanów Zjednoczonych, ale bez nadziei na to, że ich publikacja cokolwiek zmieni.

Przewaga spadków dziś rano na parkietach azjatyckich oraz informacja Moody's o wzięciu pod obserwację ratingu Hiszpanii z możliwością jego obniżenia nie będą dziś bykom sprzyjały. Na kiepski początek sesji wskazują kontrakty na europejskie indeksy.