Duże i szybkie pieniądze to z pewnością nie są, ale korzyści i tak mnóstwo – praca na własny rachunek, łącząca pasję i wiedzę, a na dodatek kręcąca się wokół własnego dziecka. Czy młoda matka, próbująca sił w biznesie, może chcieć więcej?

Linda Perlińska, szefowa sklepu Orlinkowo.pl, zaczyna o 8.05, gdy dzieci są już w szkole i przedszkolu. O 17 robi przerwę (dzieci wracają) i około 22 (dzieci śpią) znowu zasiada przed komputerem, bo stara się wyrobić z pracą do północy. Za dnia sprawdza, czy nadeszły wpłaty za towar, pakuje go, uaktualnia ofertę, zamawia produkty. Wtedy też przyjeżdża kurier po paczki, potem sama idzie na pocztę, by nadać resztę przesyłek dla klientów. W nocy odpowiada na e-maile, których jest zawsze sporo.

Przed świętami pracy jest więcej, ludzie zostawiają zakupy na ostatnią chwilę i chcą dostać towar natychmiast. Właścicielce sklepu zdarza się zarywać noce i realizować dodatkowe zamówienia, bo klient nazajutrz wyjeżdża w góry, a jego dziecko nie ma porządnych rękawiczek. Więc czasem już po północy sporządza dobowy raport fiskalny i porządkuje faktury, by pod koniec miesiąca nie było kłopotów z raportem miesięcznym.

Młode matki wolą internet

Specjaliści mają kłopot z oszacowaniem skali tego zjawiska, ale jest już zauważalne – na internetowy rynek z impetem wkraczają firmy oferujące produkty dla dzieci i sporą część z nich zakładają młode matki. Frank Zitarosa, dystrybutor żyraf Sophie, który ze sztandarową francuską zabawką objeżdżał ostatnio targi z produktami dla dzieci, mówi nawet: – Wygląda to tak, jakby każda mama z Warszawy czy Wrocławia, która urodzi dziecko, postanowiła otworzyć sklep w internecie – opowiada.

Własna firma to przede wszystkim dobry pomysł na odnalezienie się na rynku pracy. Znam dwie mamy, które założyły internetowy sklep, bo po kolejnym dziecku zwalniano je z pracy – dodaje Katarzyna Gliwińska, która w miesięczniku „Dziecko” opisuje wyszukiwane w sieci wyjątkowe produkty dla najmłodszych.

Profesjonalne słuchawki dla maluchów w trzech kolorach, niezbędne w czasie rockowego koncertu albo przynajmniej wtedy, gdy mama włącza odkurzacz? Organiczne chusteczki ulegające biodegradacji? Naszyjniki dla przyszłych mam z dzwoneczkiem wiszącym na wysokości brzucha (z informacją „dziecko zaczyna odbierać otaczające dźwięki od 20 tygodnia życia”)? A może chodzik stylizowany na biedronkę, który zgarnia wszystkie nagrody na designerskich festiwalach? W sklepach młodych mam kupić można wszystko, o czym rodzice marzyli, ale też rzeczy, których istnienia nawet nie podejrzewali.

Dzięki temu, jak tłumaczy Katarzyna Gliwińska, internetowe sklepy próbują wypełnić lukę na polskim rynku. – Na świecie wybór zabawek i produktów dla dzieci jest ogromny. Tymczasem nasze sieci handlowe bazują wciąż na stałej, sprawdzonej i tradycyjnej linii. Sklepiki w internecie oferują wyjątkowe produkty wysokiej jakości, designerskie, które odpowiadają wielkomiejskim gustom. I mają też odpowiednią cenę – zauważa dziennikarka magazynu „Dziecko”.

Towar jest raczej niszowy, obroty stosunkowo niewielkie, więc zarobki nie oszałamiają. – Starcza mi na ZUS i pensję. Mogę też dołożyć się do rodzinnych wakacji – podsumowuje właścicielka Orlinkowo.pl. – Mogłabym zająć się czymś innym i sprowadzić na przykład kontener akumulatorów, ale czy sprawiałoby mi to taką przyjemność? Nie sądzę.

Młode matki na czele internetowych sklepów? Nie ma w tym nic dziwnego – zauważa Agnieszka Górnicka, szefowa agencji badającej rynek Inquiry. Wskaźnik przedsiębiorczości kobiet jest u nas bardzo wysoki: niemal co trzecia Polka prowadzi własny biznes (27 proc. właścicieli firm to kobiety), podczas gdy europejska średnia wynosi 20 proc. – To element kulturowo zakorzenionej zaradności. Polka zawsze dbała o to, by w domu było dobrze, może nie tyle finansowo, ale organizacyjnie na pewno – ciągnie Górnicka. I powołuje się na kolejne badania: głównymi motywami zakładania firm przez kobiety nie są pieniądze, wysoka pozycja czy prestiż, ale niezależność i samodzielność.

Jest na czym zarobić – e-sklepy to rynek rosnący rocznie przynajmniej o kilkanaście procent. Tylko w zeszłym roku Polacy wydali w sieci 13,5 mld złotych. Sklepów oferujących produkty dla dzieci nie było wtedy jeszcze wiele (580 według raportu „E-handel Polska 2009” sporządzonego przez Sklepy24.pl), udział w całkowitej sprzedaży maleńki (1,30 proc. w porównaniu do 27,60 proc. sprzedaży produktów foto i RTV – AGD), ale wskaźnik wzrostu – imponujący. Liczba sklepów internetowych z artykułami dziecięcymi rosła szybciej niż inne.

Jest podaż, bo pojawił się popyt, i to całkiem pokaźny. Od sześciu lat wzrasta liczba urodzeń, a prognozy GUS mówią, że będzie tak jeszcze przynajmniej przez pół dekady. To wynik wchodzenia w tzw. okres rozrodczy wyżu demograficznego z lat 80. oraz odroczone decyzje o macierzyństwie pokolenia lat 70. Młody rodzic wyruszający dziś na zakupy to człowiek w okolicach trzydziestki, często dobrze wykształcony, a co za tym idzie, nieźle zarabiający.

Piotr Jarosz z portalu Sklepy24.pl zastrzega, że mimo sprzyjających czasów sklepy internetowe to wciąż raczej efemeryczny biznes. – Ludziom wydaje się, że wystarczy założyć stronę i łatwo na tym zarobić, a tymczasem jest spora konkurencja i potrzebne są własne środki. W ciągu dwóch lat nadchodzi weryfikacja planów i połowa sklepów znika z rynku – ostrzega.

By przeżyć, trzeba się naprawdę przyłożyć, ale Katarzyna Watkowska, właścicielka sklepu Chusty.com.pl, od początku miała tego świadomość. Z wykształcenia hotelarka, zanim urodziła syna, obsługiwała wnioski w jednej z firm ubezpieczeniowych. Pomysł na sklep w sieci przyszedł jej do głowy, gdy sama kupiła chustę do noszenia dziecka na niemieckim eBayu, a potem – na fali chuścianej mody – zaczęła sprowadzać podobne dla koleżanek. – Założyłam od początku, że wszystko, co oferuję w sklepie, mam u siebie w domu, bo zawsze złościło mnie, że w czasie internetowych zakupów długo muszę czekać na zamówiony towar – opowiada. Podobnie jak większość właścicielek takich sklepów nie inwestowała w reklamę, bo nie było jej na to stać. Wieści o sklepie rozchodziły się drogą pantoflową, głównie na forach i blogach propagujących noszenie dzieci w chustach, ale wystarczyło pół roku, by zwróciło się wyłożone 30 tys. zł. Wtedy postanowiła iść dalej – otworzyć w Warszawie tradycyjny sklep, bo internetowe ograniczenia zaczęły coraz mocniej doskwierać – klienci chcieli oglądać towar, a w tradycyjnych sklepach nie mogli go znaleźć. Ona sama zresztą czuła się mocno odpowiedzialna za oferowane produkty i chciała zadbać, żeby chusty, które sprzedaje świeżo upieczonym rodzicom, były profesjonalnie wiązane, by nie zrobić krzywdy dziecku. A instruktaż najlepiej przeprowadzić na żywo.

Kiedy jej syn wyrósł z chusty, poszerzyła ofertę o ubranka i zabawki. Po dwóch latach zaczęła osiągać zyski, w sklepie stacjonarnym zatrudniła sprzedawczynię. Tej jesieni otworzyła drugi odział, w centrum stolicy. – Ciężko pracuję, ale mam to, o czym marzyłam: satysfakcję, spełnienie zawodowe i bliski kontakt z dzieckiem – opowiada.

Poczucie misji

To też jedna z przyczyn sukcesu – całkowite zaangażowanie, a czasem nawet poczucie misji. Stąd w ofercie młodych mam ubranka i zabawki wyprodukowane na zasadach fair trade, czyli tworzone w godziwych warunkach, za uczciwe pieniądze. Beata Blizińska, właścicielka sklepu Tuliluli.pl, poszła jeszcze dalej – jej ambicją jest oferowanie produktów dla dzieci niewyprodukowanych w Chinach.

Własny biznes zakładała według takiego samego schematu – urodziła dziecko, szukała dla niego odpowiednich produktów, a ponieważ na naszym rynku ich nie było, postanowiła wypełnić lukę i otworzyć sklep w sieci. Jako wegetarianka i instruktorka jogi wiedziała od razu, że projekt nie będzie wyłącznie komercyjny. Jej sklep jest etyczny i ekologiczny, jak ogłasza na stronie, pełen organicznych produktów, biodegradowalnych pieluch wielorazowych i szczoteczek bez bisfenolu A (szkodliwego składnika chemicznego, który używany jest m.in. w produkcji butelek dla niemowląt). – Nasze zabawki nie tylko nie pochodzą z Chin, ale są wyrabiane z produktów zdrowszych i bezpieczniejszych, niż przewiduje prawo – tłumaczy Blizińska. Na Akademii Sztuk Pięknych skończyła niedawno konserwację malarstwa, więc temat zna od podszewki.

Jako prawdziwa artystka nawet nie sporządziła biznesplanu, w zasadzie w ciemno włożyła w sklepik 50 tys. zł. Kolejne 20 tys. zł wydała na reklamę, ale tylko raz, bo okazało się to stratą pieniędzy. Klientów w sklepie ma dzięki blogom i internetowym forom. – Myślałam, że będzie to dużo prostsze, a roboty jest tyle, że nie mam nawet czasu na manicure – opowiada. Zaangażowanie zaprocentowało, bo jej sklep, otwarty na fali ekologicznej mody, przyniósł zyski już po roku.

Wielkie sieci przyglądają się internetowemu biznesowi ze spokojem, przynajmniej na razie. – Nie ma sklepów, które sprzedają wszystko. Na rynku jest miejsce i dla mniejszych, i dla większych, dla tańszych i droższych. Naszą siła jest duża oferta popularnych produktów i wysoka jakość obsługi – ocenia rzecznik sieci Smyk Marek Łebek. O profesjonalnej obsłudze, jaką oferują młode mamy, wielkie sieci handlowe mogą jednak tylko marzyć.

– Wszystko, może oprócz czapek dla noworodków, sprawdzałam na synku. Nie sprowadzam niczego, czego nie kupiłabym własnemu dziecku – zastrzega Linda Perlińska. – I jeśli oferuję ubranka z włóknami bambusa, by maluch się nie pocił, wiem, że się nie spoci. A jeśli rajstopki z wełną, to tylko taką, która nie gryzie. Może produkty są droższe, ale sprawdzone. I dodaje: – Nawet najbardziej profesjonalny sprzedawca w tradycyjnym sklepie nie powie nam: „Testowałem to na własnym dziecku”.