Przechwycenie ponad tony czystej kokainy, zatrzymanie na gorącym uczynku sześciu handlarzy powiązanych z meksykańskimi kartelami – to jeden z największych sukcesów w historii polskich służb specjalnych. Jednak w świecie tajnych agentów też obowiązuje żelazna biznesowa zasada: aby zarobić, należy zaryzykować i zainwestować. Kilkuletnia operacja pochłonęła ok. 2 mln złotych z budżetu ABW i warszawskiej prokuratury apelacyjnej. Na razie ostatnim wydatkiem był rachunek za spalenie narkotyku.

Tajemnice niezwykłej operacji skrywają sejfy Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, amerykańskiej DEA – rządowej agencji ds. walki z narkotykami – oraz kolumbijskiej policji antynarkotykowej. W niewielkim stopniu odsłania je akt oskarżenia, który właśnie trafił z warszawskiej prokuratury apelacyjnej do sądu. Ale daje on wyobrażenie o skali przedsięwzięcia oraz kosztach, które poniosły służby trzech krajów.

Wpływowy generał z SB

– Tylko my wydaliśmy na tę operację prawdopodobnie około miliona złotych – mówi „DGP” jeden z wysokich rangą oficerów ABW. Kosztowne było wysłanie na cztery lata oficera do Ameryki Południowej, który wcielił się w podatnego na korupcję konsula. Kolejną niebanalną pozycją była inwestycja w najnowocześniejszy sprzęt szpiegowski, którym utrwalano w Warszawie każdy krok handlarzy i ich kontrahentów. Podobnie wysoka była cena wynajęcia magazynu, w którym była trzymana kokaina. Do tego trzeba także doliczyć koszt wzmocnionej ochrony.

Kto podjął decyzję o uruchomieniu całej machiny? – Szef ABW zdecydował o wysłaniu agenta do Kolumbii. Gdy rozpoczynała się ta gra, nie było żadnej gwarancji powodzenia, pewne były jedynie związane z nią potężne koszty – ujawnia jeden z naszych rozmówców.

Operacja zakończyła się wieczorem 18 lutego 2009 roku, w barze McDonald’s w al. Krakowskiej w Warszawie. Przy stoliku usiadło pięciu Latynosów, Holender oraz Polak, w rzeczywistości oficer ABW. – On załatwił busa, którym wjechaliśmy na teren lotniska Okęcie do jednego z hangarów. Towarzyszyło nam trzech funkcjonariuszy w zielonych mundurach – relacjonował później prokuratorowi jeden z zatrzymanych Kolumbijczyków. Nie niepokoiła go obecność mundurowych. Wraz z kolegami był przekonany, że transport kokainy od kilku tygodni znajduje się pod opieką niezwykle wpływowego generała specsłużb, który miał się wywodzić jeszcze z SB. Kolumbijczycy uwierzyli w tę postać, bo polskie media, które dla własnego bezpieczeństwa sprawdzali, często donosiły o potężnych wpływach PRL-owskich służb bezpieczeństwa.

Z akt wynika, że dwóch Kolumbijczyków reprezentowało właściciela przesyłki – meksykański kartel Carlosa Ayora. Czterech zaproszonych przez nich mężczyzn było kupcami. – Kokaina miała być plastrem miodu, do którego zlecą się z całej Europy handlarze. Chcieliśmy poznać kanały dystrybucji, sprawdzić, jak się krzyżują powiązania między gangami – tłumaczy jeden z rozmówców „DGP”.

Kupcy wynegocjowali cenę: za kilogram kokainy zgodzili się zapłacić ok. 25 tys. euro. Cały transport był więc wart 25 mln. Jedna z partii najprawdopodobniej miała zostać przerzucona do Niemiec i Austrii, druga do Holandii. Narkotyki nie opuściły jednak hangaru, bo chwilę później wszyscy uczestnicy transakcji zostali zatrzymani.

Transport pomagał zorganizować konsul w polskiej ambasadzie w Bogocie, którego skorumpowaliśmy. Teraz wiem, że był podstawionym agentem. Żądam oddania 100 tys. dol., które mu zapłaciliśmy – mówił przed sądem jeden z zatrzymanych. Taki przebieg operacji potwierdza jeden z byłych, wysokich rangą oficerów ABW. – Około 2006 roku wysłaliśmy naszego człowieka do Kolumbii. Pracował jako dyplomata, w rzeczywistości miał rozpracowywać tamtejsze kartele – przyznaje nasz rozmówca.

Nie wiadomo, jak Kolumbijczycy weryfikowali jego wiarygodność – ale pewne jest, że odegrał swoją rolę z wielkim talentem. Dowodzą tego zeznania agenta amerykańskiej DEA składane przed polskimi prokuratorami. Wynika z nich także, że Carlos Ayor zainwestował w kupno kokainy oraz organizację transportu do Polski 7 mln dol. Przechwycona przez ABW tona miała być zaledwie pierwszą partią. W sumie na Okęciu miało wylądować, a później trafić do europejskich odbiorców, kolejne 9 ton. – Z tych 7 mln dol. zamierzał wyciągnąć 250 mln euro. Taki jest zysk na handlu narkotykami – tłumaczy nasz rozmówca ze służb specjalnych.

Co więcej – w momencie zatrzymania handlarzy i kupców nie skończyły się rachunki, które regulował budżet państwa. Nadzorujący jej przebieg od początku dopuszczali możliwość, że sygnał o tonie kokainy dotrze do rodzimych gangów, które mogły zechcieć ją przejąć. Dlatego wyposażeni w długą broń funkcjonariusze ABW nie spuszczali jej z oczu przez całą dobę – choć została przewieziona do ich budynku. Ostatecznie sąd zgodził się na komisyjne spalenie narkotyku jeszcze przed rozpoczęciem procesu. Rachunek znajduje się w aktach sprawy: opiewa na kilkanaście tysięcy złotych.

Później przyszedł czas na prokuraturę. – Koszty, które ponieśliśmy w związku z tą sprawą z własnego budżetu, wynoszą grubo ponad 100 tys. zł – przyznaje jeden z prokuratorów z pionu przestępczości zorganizowanej i korupcyjnej Prokuratury Apelacyjnej w Warszawie.

>>> Czytaj też: Narkotyki utrzymują Meksyk

Większość tej sumy przeznaczono na opłacenie tłumaczy przysięgłych języka hiszpańskiego, niemieckiego i holenderskiego. Zgodnie z kodeksem postępowania karnego prawo do tłumacza na koszt Skarbu Państwa ma każdy zatrzymany obcokrajowiec. – Każdy z sześciu podejrzanych musiał dostać w swoim ojczystym języku akt oskarżenia. Dodatkowo mieli do dyspozycji tłumacza przez wiele godzin, gdy zapoznawali się z całością akt – tłumaczy nasz rozmówca. Cena jednej godziny to ok. 50 – 60 zł.

Interes wart 40 mld dol.

W aktach sprawy znajdują się materiały amerykańskich służb specjalnych i skarbowych, z których wynika, że dokładnie śledziły, dokąd ostatecznie trafiły miliony dolarów zainwestowane przez meksykański kartel. Okazało się, że na rachunki bankowe w... Dallas. Stamtąd zaś na rachunki maklerskie na całym świecie. Nie jest wykluczone, że zostały one zarekwirowane. Nikt nam również nie chciał powiedzieć, co się stało ze 100 tys. dol. łapówki, którą przyjął rzekomo skorumpowany polski konsul. – To słodka tajemnica ABW. Jestem jednak przekonany, że nie wydali tej kasy na zabawę w Rio, lecz zainwestowali w inną operację tego typu. Ale pewności nigdy nie będziemy mieć – mówi nam doświadczony prokurator.

Amerykanie oceniają, że wraz z Polakami nie zadali śmiertelnego ciosu meksykańskiemu kartelowi. Z ich analiz wynika, że miesięcznie różnymi szlakami do Europy Ayor wysyła 15 ton czystej kokainy. Cały czas testuje nowe szlaki i szuka dojść do dyplomatów. Bo obrót narkotykami to jeden z najbardziej opłacalnych nielegalnych interesów. Według szacunków DEA wartość handlu tylko samą kokainą rocznie sięga 40 mld dol. Cena kilograma rośnie wraz z odległością od Ameryki Południowej – w samej Kolumbii i Meksyku spada daleko poniżej 1000 dol., a w Europie sięga już nawet 50 tys. euro.

Jaki jest ostateczny bilans kosztów operacji? Polskie służby specjalne nie są w stanie udzielić prostej odpowiedzi. Ich przedstawiciele tłumaczą, że nie da się wpiąć do akt wszystkich rachunków i po prostu sumiennie ich zliczyć. Jeszcze gorzej jest z próbą odpowiedzi na pytanie – ile zyskali. – Ta operacja pokazała, że kokaina nie była przeznaczona na polski rynek, bo dla nas jest zwyczajnie za droga. Ale nasz kraj jest traktowany przez przemytników jako hub, baza przerzutowa, z której narkotyki rozprowadza się po całej Europie – wyjaśnia jeden z naszych rozmówców.

Wydając 2 mln zł, chroniliśmy więc raczej reputację państwa polskiego niż nasze społeczeństwo. Opłacało się? Na to pytanie nie ma odpowiedzi.