„Strzeżcie się drobnych wydatków, mała dziurka bywa często przyczyną zatonięcia wielkiego statku” – mawiał amerykański filozof Benjamin Franklin. Nie miał racji. Najdrożej kosztują nas – pozornie najbardziej ekonomiczne – wielkie zakupy. Kupując dużo produktów na święta, wyjeżdżamy z hipermarketów obciążonymi do granic możliwości wózkami. I przeświadczeniem, że udało nam się sporo zaoszczędzić. Niestety, jedna trzecia żywności się zepsuje, co potwierdzają dane instytutu Millward Brown SMG/KRC odnośnie do polskiego marnotrawstwa. W dodatku część kupionych towarów straci ważność, zanim jeszcze zdążymy otworzyć opakowanie. Ale jak tu nie wziąć więcej, skoro w promocji można mieć trzy butelki w cenie dwóch? Gdy podliczymy wszystko po świętach i uwzględnimy to, co się zmarnowało, może się okazać, że zamiast poszaleć na promocjach, powinniśmy byli zrobić przedświąteczne sprawunki w osiedlowym sklepiku. Może ceny poszczególnych produktów są tam nieco wyższe, ale na pewno włożylibyśmy do koszyka mniej. Zresztą nie łudźmy się, że to my mamy zaoszczędzić. Wiele akcji promocyjnych opiera się na starym, wypróbowanym triku: produkty są tańsze o 30, a nawet 50 proc., ale od ceny 30 czy 50 proc. wyższej niż zwykle. Czyli na jedno wychodzi.

Niedawno kupiłem swoje ulubione michałki. Tanio, okazja, a w środku opakowania dużo wolnej przestrzeni i pusta tekturowa wkładka. Choć pudełko nie jest wypełnione słodkościami po brzegi, formalnie wszystko jest w porządku, bo producent podał wagę na opakowaniu. Prawdziwy podstęp to tzw. downsizing. Producent oferuje towar w nieznacznie mniejszym opakowaniu niż zwykle i o mniejszej wadze, ale też za niższą cenę. Klient na ogół nie zwraca uwagi na parametry i myśli, że ma do czynienia z tym samym pudełkiem co zwykle. A więc okazja i do koszyka. Chcę oszczędzić, a zostaję nabrany.

Jesteśmy zbyt biedni, by oszczędzać – to już truizm. Wicepremier Waldemar Pawlak chciał nas ująć swym oszczędnym stylem życia i w latach 90. jeździł polonezem. Auto okazało się jednak zbyt kosztowne w utrzymaniu i zawodne. Z tego ostatniego powodu porażką okazała się sprzedaż najtańszego samochodu świata, indyjskiego Taty Nano (2,5 tys. dolarów). Nie chcą go kupować nawet biedni Hindusi. Boją się wad konstrukcyjnych skutkujących m.in. licznymi pożarami. Dlatego warto zapłacić kilka razy więcej za markowy samochód. Podobnie jak daje się dwa razy więcej za buty, ubranie czy baterie, ale można z nich zwykle korzystać trzy razy dłużej.

Czasem jednak nawet kupno droższego produktu nie daje spodziewanego efektu. Ostatnio głośno było o wymianie żarówek na energooszczędne, czyli świetlówki. Od 1 września w Unii Europejskiej znikają ze sklepów te tradycyjne, które pobierają o 80 proc. więcej energii. Czy tyle oszczędzasz, kupując świetlówki? Wielu ekspertów kwestionuje finansowe korzyści wynikające z tej rewolucji. Świetlówki kosztują dwudziestokrotnie więcej i zaraz po włączeniu pobierają więcej prądu. Jeśli ktoś często włącza i gasi światło, o dużej oszczędności powinien zapomnieć. I drobiazg – utylizacja zużytych świetlówek jest zdecydowanie droższa.

Podobnie pozorne oszczędności może dać kupno samochodu hybrydowego, zwłaszcza jeśli jeździsz głównie na długich trasach poza miastem, gdzie nie możesz wykorzystać walorów silnika elektrycznego. Auta te są średnio o 35 – 40 tys. zł droższe w porównaniu z modelem benzynowym. Toyota Prius kosztuje 100 tys. zł i spala poza miastem 3,7 l na 100 km. Porównywalna klasą Toyota Corolla z silnikiem benzynowym kosztuje niecałe 65 tys. zł i spala 5,2 l na 100 km. Oznacza to, że różnica w wydatku zwróci się po przejechaniu 500 tys. km. Do tego należy doliczyć koszt dwukrotnej wymiany baterii w priusie za łącznie kilkanaście tysięcy złotych.

A co ma zrobić człowiek, który odłożył trochę grosza? Może zainwestować w lokatę? Broń Boże. Zanosi się na to, że w najbliższym roku większość przyniesie realnie straty. Inflacja będzie rosnąć, a podatek Belki jak był, tak będzie. Po raz kolejny zarobisz więc tylko pozornie.