Dlatego można oczekiwać, że w przyszłym roku pojawią się bardzo ostre spory wokół pieniędzy w unijnym budżecie w nowej perspektywie finansowej i pieniędzy na ratowanie bankrutujących krajów. W uproszczeniu można dzisiaj zdefiniować trzy rodzaje poglądów na przyszłość pieniędzy w UE i w strefie euro. Wielka Brytania, która nie uroniłaby ani jednej łzy na pogrzebie strefy euro, nie planuje nikomu pomagać i najchętniej obcięłaby budżet unijny jak najgłębiej. Niemcy i kraje północy Europy, które chcą wymusić twardą politykę fiskalną na członkach UE, przy stopniowym, ale niezbyt radykalnym ograniczeniu przyszłego budżetu Unii. I kraje południa Europy oraz nowe kraje członkowskie, które chcą wielkich wspólnych projektów w Unii, finansowanych ze wspólnej kasy. Hiszpania czy Portugalia chcą tego, bo boją się, że dołączą do Grecji i Irlandii, a Polska, Rumunia czy Bułgaria marzą o kolejnych mostach, drogach i stadionach budowanych za pieniądze niemieckich podatników. Jednak w sumie te kraje chcą tego samego żeby Niemcy i inne bogate kraje dalej zrzucały się do wspólnej kasy, finansując różne potrzeby krajów w kłopotach.

>>> Czytaj też: Gdy rozpadnie się strefa euro

Jest bardzo prawdopodobne, że przyszłym roku rynki finansowe zaczną jeszcze wyraźniej różnicować sytuację w poszczególnych krajach Unii, dlatego Polska powinna przemyśleć, czy obecna polityka gospodarcza i stanowisko negocjacyjne plasuje nas w grupie krajów, które będą przeżywały poważne kłopoty, czy wśród krajów postrzeganych jako wiarygodne. W naszym interesie jest budowanie coraz silniejszych więzi z Niemcami, zarówno wizerunkowo, jak i gospodarczo. Na rynku pracy te więzi i tak się zacieśnią po maju 2011 roku, gdy Polacy zaczną masowo wyjeżdżać do pracy do Niemiec po otwarciu tamtejszego rynku pracy. Skala tych wyjazdów może być znacznie większa, niż obecnie się prognozuje. Po prostu Niemcy są w fazie boomu gospodarczego, ponieważ wspólna waluta jest słaba, co sztucznie zwiększa niemiecki eksport, a stopy procentowe EBC są dopasowane do kryzysowej sytuacji krajów PIIGS i są zdecydowanie za niskie dla Niemiec. Niemcy rozwijają się powyżej potencjału, bezrobocie silnie spada, do najniższego poziomu od unifikacji Niemiec, i będzie brakować rąk do pracy. Ponieważ Niemcy mają alergię na znaczące podwyżki wynagrodzeń, swoją konkurencyjność zbudowali między innymi dzięki kontrolowaniu wzrostu jednostkowych kosztów pracy, więc jedynym skutecznym sposobem ograniczenia presji płacowej będzie silny napływ siły roboczej z zewnątrz, szczególnie z Polski, gdzie ludzie są przyzwyczajeni do pracy za granicą.

Jest w interesie Unii, żeby dwa kraje, największy dawca środków do unijnego budżetu i największy biorca tych środków, zbudowały wspólne stanowisko i przekonały do tego innych. Zamiast próbować dogadać się z kilkoma małymi krajami naszego regionu, Polska powinna doprowadzić do powstania unii niemiecko-polskiej wokół kluczowych dla przyszłości Europy decyzji. Już widzę uśmiechy naszych dyplomatów, którzy spędzili w pokojach negocjacyjnych setki godzin, próbując uczynić z Polski lidera nowych członków Unii, reprezentanta ich interesów. Wielokrotnie przestrzegałem publicznie przed taką strategią. Bo strategia wyciągniętej ręki w czasach szalejącego po Europie kryzysu finansowego może okazać się niebezpieczna. Dzisiaj nie jest ważne, aby dostać z Unii jak najwięcej pieniędzy, tylko aby zbudować wizerunek kraju, który jest filarem stabilności Europy, drugim obok Niemiec. Potrzebna jest unia niemiecko-polska wokół najważniejszych dla Europy spraw.