Za studia z powszechnym czesnym w uczelniach publicznych, które docelowo wynosiłoby 25 proc. średnich kosztów kształcenia w sektorze publicznym, czyli ok. 2,5 tys. zł rocznie dla studenta studiów stacjonarnych. Warunkiem czesnego ma być uprzednie wdrożenie powszechnie dostępnego kredytu studenckiego i systemu stypendialnego, z możliwościami odłożonej spłaty i regułami uwalniania od tego obowiązku. Pozostałe koszty kształcenia w ramach studiów stacjonarnych ponosiłby budżet państwa. Reguły finansowania studiów niestacjonarnych nie uległyby zmianom.

Czytaj też: Studia w Anglii uderzą żaków po kieszeniach. Będzie duża podwyżka czesnego

O detalach tego programu w rozmowie z PAP opowiada prof. Jerzy Woźnicki prezes Fundacji Rektorów Polskich: "Wprowadzenie czesnego nie od razu musi zaczynać się od poziomu 25 proc. średnich kosztów kształcenia. Możliwe są różne rozwiązania kroczące: np. 5 proc. w pierwszym okresie, potem 10 proc., 15 proc., aż do jednej czwartej kosztów. Wówczas opłaty wynosiłyby w pierwszym okresie po 2015 r., np. ok. 500-1000 zł rocznie i absolwent wychodziłby z uczelni z długiem maksymalnie ok. 2,5-5 tys. zł plus oprocentowanie, który spłacałby dopiero po osiągnięciu ustalonego minimum zarobków. Zakładamy, że państwo byłoby gwarantem tego kredytu. Trudno byłoby twierdzić, że absolwent nie będzie w stanie go spłacić - a mówimy tu o osobach zarabiających nie mniej niż średnią krajową. Zauważmy, że niektórzy będą brali mniejszy kredyt, np. tylko na studia magisterskie".

Prof. Woźnicki wyjaśnia też ideę wprowadzenia takiego programu: "Czesne przynosi wiele korzyści. Z punktu widzenia jakości studiów i relacji student-uczelnia pozwala ono studentowi znaleźć się w pozycji podmiotu, który może wyrażać uprawnione roszczenia jakościowe wobec uczelni. Współpłatność pobudza potrzebę i poszerza możliwości prezentowania tych roszczeń, co zapewnia pozytywne, silniejsze sprzężenie zwrotne pomiędzy studentem a uczelnią. Takie rozwiązanie sprzyja zatem poprawie jakości kształcenia na uczelniach.  Już obecnie zresztą większość studentów w Polsce ponosi w jakiejś formie koszty swych studiów. Ale niektórzy, często ci bogatsi, nie. Takie rozumienie bezpłatności studiów, jakie jest obecnie stosowane w Polsce, jest więc niesprawiedliwe i w pewnym sensie demoralizujące".