"Wybuch przemocy w następstwie czwartego "zwycięstwa" Alaksandra Łukaszenki w wyborach prezydenckich" jest zdaniem publicystki oznaką słabości i porażki białoruskiego reżimu.

Applebaum przypomina, że według oficjalnych wyników Łukaszenka zdobył niemal 80 proc. głosów. "Jednak politycy, cieszący się taką popularnością nie muszą bić, aresztować, zastraszać swoich przeciwników, wysyłać prowokatorów w tłum ani zamykać stron internetowych" - stwierdza.

>>> Czytaj też: Wikileaks: Łukaszenka najbogatszym człowiekiem na Białorusi. Ma majątek wart 9 mld dol.

Przytacza dane telewizji Biełsat oraz innych niezależnych źródeł, z których wynika, że prawdziwe poparcia dla obecnego prezydenta wynosi ok. 30 proc. To stąd, zdaniem Applebaum, bierze się tak wiele raportów o oszustwach wyborczych, niedopuszczenie obserwatorów do liczenia głosów oraz poświęcenie Łukaszence 90 proc. uwagi przez państwowe media (...). Wyjaśnia to także, według publicystki, dlaczego ciężarówki wypełnione milicjantami wysłano do centrum Mińska jeszcze przed przybyciem demonstrantów na miejsce.

Anne Applebaum pisze dalej: "W tych okolicznościach "zwycięstwo" Łukaszenki oznacza, że po długim flircie z liberalnym Zachodem i autorytarnym Wschodem białoruski dyktator podjął decyzję. W zeszłym miesiącu ministrowie spraw zagranicznych Niemiec i Polski (tak, ten drugi jest moim mężem) pojechali do Mińska i w zamian za wolne wybory w imieniu UE zaproponowali Białorusi pakiet pomocowy, bardziej otwarte granice oraz pogłębienie związków ekonomicznych i politycznych. Jednak od tego czasu Łukaszenka poprawił swoje kokieteryjne stosunki z Kremlem i podpisał kontrakt naftowy z Moskwą, upewniając się, że stary model ekonomiczny pozostanie przynajmniej częściowo niezmieniony".

"I to by było na tyle. Wydane zostaną oświadczenia, może ogłoszone zostaną sankcje. Łukaszenka może mieć trudności z dostaniem wizy do Berlina lub Londynu. Ale prawda jest taka, że Zachód ma już niewiele marchewek do zaoferowania niepopularnym dyktatorom - nawet tym, z którymi dzieli granice - oprócz wolnego handlu i długoterminowych możliwości integracji i wzrostu gospodarczego. Europejscy ministrowie spraw zagranicznych nie mogą zagwarantować Łukaszence majątku ani zaproponować mu nieuczciwych umów naftowych. Mogą rozmawiać o "wolności", co już robili, ale muszą rywalizować z innymi, którzy mówią o "modelu chińskim", oferującym bardziej przewidywalne formy bezpieczeństwa zatrudnienia i którym nie przeszkadza kilka aresztowań" - kontynuuje publicystka.

Applebaum przypomina, że dzień po stłumieniu demonstracji białoruskiej opozycji rosyjski prezydent Dmitrij Miedwiediew powiedział, że wybory na Białorusi są "sprawą wewnętrzną kraju".

Zdaniem dziennikarki, "tak właśnie wygląda "upadek Zachodu" we wschodniej części Europy. Z braku pieniędzy i pomysłów USA i Europa w małym stopniu finansują białoruską opozycję. Opływająca w pieniądze z ropy Rosja znowu zgodziła się wspierać Łukaszenkę i finansować jego reżim. Miejmy nadzieję, że będzie on ją kosztował o wiele więcej niż oczekuje".