Gdyby pokusić się o opisanie UE w kategoriach biologicznych, terminem najlepiej oddającym jej stan obecny byłoby: przepoczwarzanie się. Wspólnota tkwi wciąż w starej wylince, ale już widać rozsadzające ją ruchy, właśnie obserwujemy je na czwartkowo-piątkowym szczycie przywódców UE. Niedługo poczwarka przestanie istnieć, ale co z niej powstanie? To jedna z największych zagadek geopolityki.

Jeszcze cztery lata temu Robert Cooper, wzięty brytyjski dyplomata i politolog, dowodził, że Unia Europejska jest postpolitycznym modelem, w którym zapanowały niekonfrontacyjne reguły rozwiązywania sporów i uzgadniania interesów. W takiej formule niepotrzebne było ani silne przywództwo, ani armia. Z czasem także reszta globu mogłaby pójść śladem Europy i pewnego dnia obudzilibyśmy się w lepszym świecie bez polityki w ścisłym słowa tego znaczeniu. Nie inaczej zresztą prorokowali piewcy globalizacji. Światowy obieg handlowy, za którym poszłoby krążenie ludzi, idei i w efekcie rozwiązań ustrojowych, miał być grą na zasadzie win-win. Nie ma przegranych, są tylko zwycięzcy.

Kryzys ekonomiczny, który w Europie przerodził się w kryzys całego projektu unijnego, posłał te mrzonki na śmietnik. Europejscy przywódcy przestali bawić się w naprawiaczy świata i wrócili do zasad brutalnych, acz skutecznych. Na wojnie, w polityce, a nawet w gospodarce nie ma samych wygranych; aby zwyciężył jeden, drugi musi przegrać. Proces ten na pierwszy rzut oka wygląda groźnie dla przetrwania zjednoczonej Europy, ale – paradoksalnie – może okazać się dla niej zbawienny, UE rozsadzają bowiem sprzeczności nie do pogodzenia. Dotychczas upychano je po kątach, by nie przeszkadzały w radosnym przyjmowaniu kolejnych traktatów europejskich. UE ma zresztą dopiero 17 lat (powołał ją w 1993 roku traktat z Maastricht) i nigdy w historii ludzkości nie było podobnego tworu. To eksperyment w bardzo początkowej fazie, choć poprzedzony dekadami istnienia wspólnot europejskich z EWG na czele. Dopiero jednak od Maastricht, a na dobre od traktatu lizbońskiego, sprzeczności zaczęły podminowywać całą konstrukcję. Spory wokół bailoutu dla Grecji i Irlandii oraz kontroli wydawania środków z pakietu stymulacyjnego są w gruncie rzeczy surogatami fundamentalnych problemów: czym powinna być UE, kto ma nią rządzić, kto na nią łożyć.

Główna sprzeczność tkwi w formule Unii. Nie jest państwem ani federacją państw, a ma ich atrybuty: parlament, osobowość prawną z mocą zawierania traktatów międzynarodowych, budżet, administrację, walutę, bank centralny, a nawet tzw. prezydenta i ministra spraw zagranicznych. Brakuje jej jednak centralnego rządu, armii i polityki fiskalnej, a co najważniejsze – narodu (czy to w sensie etnicznym, czy politycznym), czyli suwerena i źródła władzy. To półpaństwo, które jest bezradne wobec prawdziwych państw, kiedy zechcą mu się przeciwstawić. Aby dalej się rozwijać, UE powinna coraz bardziej stawać się państwem, to jednak nie podoba się jej podmiotom. W dodatku ostatni kryzys pokazał, że interesy Unii jako całości i jej członków są rozbieżne.

Podczas debaty nad wyjściem z kłopotów politycy państw UE mniej lub bardziej świadomie zarysowują możliwe rozwiązania dylematu, czyli kształt owada, który wyłoni się z unijnej poczwarki. Pierwsze – odwrót z dotychczasowej drogi, czyli osłabienie Unii, pozbawienie jej decyzyjności na rzecz państw. Nie musi to wcale oznaczać zrywania traktatów z Maastricht i Lizbony, formy pozostaną, ale nie będą ich wypełniały żadne treści. Unia stanie się wydmuszką. Już teraz widać, jak traktaty są poniewierane, choć wszyscy wokół głoszą ich wagę. Pokazał to ostatnio przewodniczący parlamentu Słowacji Richard Sulik w artykule dla „Hospodarskich Novin”, wzywając swój kraj do przygotowania planu wyjścia z euro. Jak wyliczył, Unia łamie bezkarnie kryteria konwergencji z Maastricht (limit 3 proc. deficytu i 60 proc. długu publicznego), art. 125 traktatu lizbońskiego zakazujący bailoutów dla zadłużonych państw oraz przepisy Europejskiego Banku Centralnego zabraniające wykupywania przez niego obligacji państw członkowskich. I co się dzieje? Nic. Wszystkie te decyzje podjęto z woli największych państw UE, prawo unijne już nie działa. Padło przygniecione przez twardą politykę. Cooper mylił się, Europa nie da światu nowego porządku, bo sama wraca do starych zasad. W tym wariancie każdy będzie grał dla swojego zysku, nie oglądając się na innych, UE zaś ze wspólnoty stanie się polem konfrontacji państw budujących zmienne koalicje przeciw konkurentom. To i tak nie najgorsze rozwiązanie, bowiem jedno – jak się wydaje – udało się Unii osiągnąć trwale: nie chwycimy przeciwko sobie po broń, choćby nawet doszło do najostrzejszych sporów.

Drugą możliwością jest krok naprzód, a więc zwiększenie prerogatyw państwowych UE. Nie bez przyczyny minister finansów Niemiec Wolfgang Schaeuble prorokował, że za 10 lat strefa euro będzie „o wiele bardziej przypominała to, co dziś nazywamy unią polityczną”. Podobnie można powiedzieć o całej UE. To z kolei – znów paradoksalnie – wcale nie musi oznaczać wzmocnienia Brukseli. Rząd Angeli Merkel wzywa do wspólnej polityki fiskalnej i mechanizmów kontroli budżetów krajów łamiących zasady z Maastricht. Oba pomysły dadzą Unii nową władzę, przynależną do tej pory państwom, lecz nie popłynie ona do Komisji Europejskiej, a raczej do Europejskiego Banku Centralnego lub nowego ciała kontrolnego. Tak czy inaczej, głos decydujący będzie miał Berlin, główny donator pomocy dla europejskich bankrutów. Gdyby plan się nie powiódł, Niemcy są gotowe stworzyć strefę euro-1, czyli skupionych wokół nich krajów niełamiących zasad finansowych. Byłaby to bardziej upaństwowiona, ale mniejsza terytorialnie Unia, która zresztą szybko zdominowałaby gospodarczo i zapewne politycznie pozostałą część UE ze słabą walutą (euro-2) oraz niestabilnymi rządami. To nic innego jak powrót, w nowej odsłonie, do pomysłu twardego jądra Unii z czasów sporów o traktat lizboński.

Najbardziej prawdopodobne wydaje się jednak miotanie między wariantem pierwszym i drugim. Niemcy będą parły do integracji pod swoim przewodem, Wielka Brytania do osłabienia UE, choćby ograniczając jej przyszły budżet. Realne jest także powstanie nieformalnej koalicji północnej zrzeszającej Niemcy, Beneluks, Austrię, Skandynawię, może także Grupę Wyszehradzką, która przedstawi własne pomysły integracyjne. Echa tej koncepcji pobrzmiewały w pomyśle utworzenia dwóch stref euro, jednej – bardzie zdyscyplinowanej – pod wodzą Niemiec, drugiej – luźniejszej w strukturze – Francji.

Konia z rzędem temu, kto odgadnie co dalej. Najwięksi gracze europejscy zdecydowali jednak, że Unia w obecnej formule wyczerpuje się i wymaga nie liftingu, ale przebudowy. Reforma może trwać latami, jeśli jednak dojdzie do załamania w Hiszpanii, runie pakiet stabilizacyjny, bo Berlin zapowiedział już, że nie da więcej pieniędzy na wspomaganie bankrutów, a przemiany nabiorą tempa. Dziś decyduje się, w jakiej Europie będziemy żyć. Bezpieczna powłoka Unii, w której schroniliśmy się przed sześcioma laty, pęka.