Jednak, jeżeli zostawimy życie publiczne na boku i zajmiemy się naszym życiem prywatnym, to okaże się, że dla tych, którzy chcą i potrafią, święta stanowią okazję do uspokojenia, do skupienia, do pobycia ze sobą samym i z najbliższymi, dłużej i poważniej.

Nie jest to wcale takie proste, bo trzeba nagle zahamować. Skończyć z prezentami, zaniechać karpia (wystarczy łatwa do przygotowania inna smażona ryba) i spowodować, żeby najbliżsi nie siadali do kolacji wigilijnej kompletnie wykończeni przygotowaniami. Trzeba wziąć sprawy w swoje ręce, pamiętając, że w domu najważniejsze są kolędy śpiewane – w miarę oczywiście umiejętności – przez wszystkich zebranych. Trzeba też na moment zapomnieć, że wujek jest ponurym idiotą, a szwagier pije na umór. Nie dawać mu za dużo, niech się upije, jak wróci do swojego domu. My nie pozwolimy zakłócić naszego uspokojenia.

Kiedy już wszystkie wydarzenia się przetoczą, jest tylko jedno wyjście: zgasić telewizor i albo być gotowym do wspólnej rozmowy, albo – jak rozmowa nie idzie – wziąć do ręki książkę. Zawsze można, spoglądając znad okularów, wrócić do konwersacji. Nie ma gier komputerowych, nie ma zajęć osobnych, obowiązkowo siedzimy razem, w jednym pokoju. Dzieci, zależnie od wieku, niech się bawią nowymi prezentami lub czytają albo niech raz one nam coś ciekawego opowiedzą. My trwamy niewzruszeni na pozycjach spokoju.

A skąd wziąć książkę? Jak ktoś nie ma w domu, powinien dostać jako prezent, tym bardziej że trwa jedna z nielicznych rozumnych akcji w Polsce, akcja upowszechniania czytelnictwa, jednego procentu na kulturę i rehabilitacji bibliotek publicznych. Za oknami śnieg, na pasterkę pójdą ci, którzy mają jeszcze siłę, a warto. Jeżeli musimy odpocząć, to odłóżmy na chwilę książkę i wspomnijmy – tak żeby dzieci słuchały – rodziców i dziadków, dawne czasy PRL, czasem z autopsji, a czasem z wiedzy, i opowiadajmy, opowiadajmy. Kultura słowa żywego, rodzinnych opowieści zanika w Polsce i na całym świecie, ale to nie powód, by jej nie ratować lub chociażby czasem uprawiać. A zatem przykazanie najważniejsze na wieczór wigilijny to zamknąć telewizor. Wbrew pozorom, wszyscy lubią powspominać, a tak zwane poszukiwanie korzeni już od kilku dekad stało się powszechnie modne aż do tego stopnia, że niektórzy uczynili z tego manię, jakbyśmy wszyscy mieli rozbudowane szlacheckie genealogie. Ale nic w tym złego, a wiele ciekawego.

W pierwszy dzień świąt spacer łącznie ze wszystkimi zwierzętami, one też według św. Franciszka – chociaż toczy się o to spór – mają duszę . A potem, wprawdzie pracować nie należy, ale wolno – dla uspokojenia – zrobić porządek na biurku. Zajmuje to kilkanaście minut, zwłaszcza jeżeli chętnie wyrzucamy papierzyska, a satysfakcja to kolosalna. Teraz wolno popatrzeć przez okno i się zagapić na to, co kto widzi, a jeżeli umie patrzeć, to zawsze coś ciekawego dostrzeże. Godzina zatem samotności i świąteczny obiad. Wino warto wypić, pod warunkiem że się potem uda przespać. I znowu kolędy, opowieści, telewizor można otworzyć, ale nie warto, bo z tajemniczych powodów wszystkie stacje w święta dbają o nasz spokój, nadając wyjątkowo marne programy lub powtarzając filmy, które znamy na pamięć.

Uspokojenie niestety nie trwa długo, ale jeżeli potrafimy, potem w trakcie roku możemy sobie robić co pewien czas takie prywatne święta właśnie w celu porzucenia tego, co bieżące i – jak nam się wydaje – konieczne do zrobienia. Zapewniam, że jak sobie czasem pozwolimy na uspokojenie, które jest czynną formą lenistwa, to świat się nie zawali. A wszystkich tych, którzy w jakikolwiek sposób będą nam utrudniać czas spokoju, należy potraktować z należytą surowością, czyli po prostu się do nich nie odzywać. Albowiem uspokojenie to inaczej – święty spokój.