Ministerstwo Zdrowia ogłosiło wczoraj konkurs na budowę polskiego laboratorium frakcjonowania osocza. Z decyzją zwlekano od trzech lat. Teraz mamy kłopot z nadmiarem osocza, które sprzedajemy za granicę, a potem za 155 mln zł kupujemy wytworzone z niego drogie leki. Dzięki własnej fabryce ma być taniej i bezpieczniej. Nowoczesny zakład zbudować ma prywatny inwestor, bez rządowych gwarancji kredytu ani dofinansowania. Zdaniem wiceministra zdrowia Jakuba Szulca produkcja mogłaby ruszyć za 4 – 5 lat.

Koncerny się zastanawiają

Koszt budowy fabryki szacowany jest na 100 – 150 mln euro. Warunki będą negocjowane w czteroetapowym konkursie. Eksperci twierdzą, że może do niego się zgłosić światowa czołówka firm: międzynarodowe koncerny CSL Plasma, Octapharma, Baxter, a z polskich firm Biomed lub Bioton.

Rząd od początku 2008 roku zapowiadał, że lada chwila zostanie ogłoszony konkurs na LFO, ale ogłoszenia o jego rozpisaniu przed samymi świętami nikt się nie spodziewał. Inna sprawa, że potencjalni inwestorzy dostali niewiele czasu. Muszą zadeklarować swój udział oraz złożyć dokumenty poświadczające dostęp do odpowiednich technologii i potencjał finansowy do 21 stycznia.

– To mało czasu na przeanalizowanie szczegółowych zapisów ogłoszenia, zebranie certyfikatów, licencji – zwraca uwagę Artur Nowicki, doradca do spraw inwestycji w polskim oddziale firmy Octapharma. Jednak dodaje, że udziałem w konkursie są zainteresowani, choć ostateczną decyzję podejmie zarząd. Koncern jest jednym z największych na świecie producentów leków z osocza i dostawcą ich m.in. na polski rynek.

Z pobieranego od honorowych dawców osocza w formie nieprzetworzonej wykorzystywane jest ok. 30 proc. z blisko 250 tys. pozyskanych litrów. Nadwyżki nie mieszczą się już w magazynach, więc musimy je sprzedawać za granicę. W tym miesiącu podpisaliśmy umowę z niemiecką firmą CSL Plasma – na trzy lata (warunki finansowe są tajemnicą handlową).

>>> Czytaj także: Nawet z rabatem lek innowacyjny jest droższy od generycznego

Jednak zgodnie z zaleceniami Unii każde państwo członkowskie powinno być samowystarczalne w tym względzie i samo produkować niezbędne leki.

Korzyść dla pacjentów

Według wymogów konkursu firmy, które wezmą w nim udział, muszą się zobowiązać, że będą wytwarzały m.in. czynniki krzepnięcia, albuminy (stosowane m.in. w leczeniu oparzeń) i immunoglobuliny (stosowane m.in. w chorobach nowotworowych). W tym roku Ministerstwo Zdrowia i NFZ zapłaciły za nie zagranicznym firmom 155 mln zł.

– Potencjalny inwestor będzie kupował osocze w Polsce po cenach rynkowych – mówi Mateusz Kuczabski, wicedyrektor Narodowego Centrum Krwi. Firma będzie musiała wykorzystać przynajmniej 120 tys. litrów rocznie. Ale by fabryka zarabiała, przetwarzać powinna kilka razy więcej.

W pierwszej kolejności leki z polskiego osocza mają trafiać na nasz rynek, a ceny nie będą mogły być wyższe niż oferowane przez innych producentów używających osocza z zagranicy. Jednak według ekspertów ceny leków będą niższe, bo odpadną koszty transportu między krajami.

>>> Zobacz też: Bioton wypływa na szerokie wody

Ale to niejedyny powód tego, że chcemy mieć własne laboratorium. – Polskie osocze jest jednym z najlepszych na świecie – mówi Nowicki. Mamy dokładne badania dawców, mniej chorób zakaźnych w populacji oraz, co podkreśla doktor Ewa Mądra z Regionalnego Centrum Krwiodawstwa w Poznaniu, procedurę pobierania i zamrażania osocza zapewniające wyprodukowanie z tej samej dawki większej liczby leków.

Budowa poprzedniego laboratorium skończyła się aferą

Unia Europejska rekomenduje, by państwa członkowskie pod względem krwi, osocza i produkowanych z niego leków były samowystarczalne. Dzięki temu mają większą kontrolę i spada ryzyko przenoszenia chorób zakaźnych.

Polska miała takie ambicje już kilkanaście lat temu, ale skończyły się aferą z mieleckim Laboratorium Frakcjonowania Osocza, którą od ponad 10 lat badają sądy i prokuratura.

Przez wiele lat (1993 – 2006) polskie osocze było przetwarzane na leki w Laboratorium Szwajcarskiego Czerwonego Krzyża (obecnie CSL Behring). Ponieważ chcieliśmy uniezależnić kraj od eksportowania leków, powołano spółkę o nazwie Laboratorium Frakcjonowania Osocza. W 1997 r. zaciągnęła ona 32 mln dolarów kredytu na budowę fabryki, a rząd Włodzimierza Cimoszewicza udzielił gwarancji na 60 proc. pożyczki. Fabryka nie powstała, a pożyczkę w zakresie gwarancji musiał spłacić Skarb Państwa. Sprawą, w którą zamieszani byli politycy SLD, zajmowały się prokuratura, ABW i CBŚ.

Okazało się także, że umowy na przetwarzanie osocza w Szwajcarii również były niekorzystne. Laboratorium zatrzymywało sporą część osocza i sprzedawało produkty komercyjnie. Teoretycznie w zamian dawało Polsce zniżkę, ale i tak resort zdrowia oszacował, że w ciągu tylko czterech lat na umowie straciliśmy ok. 300 mln zł.