Polscy producenci bombek dotkliwie odczuli kryzys w Ameryce: od trzech lat spadają zamówienia z rynku, który był największym odbiorcą ręcznie robionych ozdób choinkowych. Na dodatek muszą zmagać się z chińską konkurencją, która nie ma żadnych oporów przed kradzieżą wzorów. Jednak nie poddają się: szukają niszy, w którą nie mogą wejść producenci z Państwa Środka – produkują bombki luksusowe kosztujące nawet 2 tys. złotych.

>>> Czytaj też: Producentów ręcznie malowanych bombek także dotknął kryzys

W zakładzie Tadeusza Dorożko z Kętrzyna w złotych czasach, pracowało 50 osób. Teraz pozostało 20. Samych dmuchaczy szkła było sześciu, jest dwóch. Trzy lata temu jego pracownicy zapełniali w sezonie ręcznie wykonanymi bombkami 5 – 6 kontenerów, które zabierali amerykańscy klienci. Zawartość jednego to 50 tys. dolarów. Teraz odbiorcy z USA nie przysyłają już kontenerów. – Mówią mi: Bądź gotowy. Jak rynek się uzdrowi, wrócimy – opowiada „DGP”.

Tadeusz Dorożko sprzedawał Amerykanom 95 proc. produkcji i nie był wyjątkiem. Ręcznie zdobione, szklane bombki rozchwytywano, producenci nie byli w stanie wypełnić gigantycznych zamówień. Jednak kryzys sprawił, że Amerykanie skupili się bardziej na tym, co będą jeść, w co się ubiorą, gdzie się tanio leczyć i gdzie kształcić swoje dzieci. A dopiero w ostatniej kolejności na tym, co powieszą na bożonarodzeniowych choinkach.

Chińczycy podrabiają Polaków

– I co ja mam robić? – pyta retorycznie Dorożko. Bo amerykańska zapaść to niejedyny cios, który spadł na polskich królów bombek. Druga plaga przyszła ze Wschodu. Opowiada, że jeszcze kilka lat temu na międzynarodowych targach ozdób świątecznych we Frankfurcie, jednych z największych i najbardziej liczących się na świecie w tej branży, wystawiało się po sześćdziesięciu polskich producentów. W ubiegłym roku było ich najwyżej dwudziestu, za to całe piętro zajmowali Chińczycy.

Tadeusz Dorożko poszedł tam z żoną, która prowadzi z nim firmę, obejrzeć, co takiego mają w ofercie. Okazało się, że niebrzydkie, porządne ozdoby. Jedna szczególnie przykuła ich uwagę. – Żona poznała bombkę Baśki, jednej z naszej pracownic, po wzorze – opowiada Dorożko. Krótkie śledztwo wykazało, że producenci z Państwa Środka kupili w amerykańskich sklepach po jednej sztuce ozdób, wystawili na targach, nazbierali zamówień, potem wyprodukowali takie same i sprzedawali cztery razy taniej. Bo jedna bombka od Dorożki kosztuje około 8 zł. A od Chińczyków, gdzie wszystko, od cen materiałów przez koszty pracy po podatki, jest niższe – 2,20 zł.

Polskich producentów pogrążyła nie tyle nawet kradzież pomysłów, ile to, z czym zmagają się wszelkie inne branże: konkurencja podobnych, ale tańszych wyrobów z Chin. Nawet jeśli Amerykanie podniosą się z kryzysu na tyle, by znów pokochać ręcznie zdobione bombki, Polacy będą musieli się zmierzyć z otrzaskanymi już w branży Chińczykami.

Czekając na powrót dobrych czasów w Ameryce, polskie firmy szukają nowych rynków zbytu. Przyglądają się Polsce, kierują ofertę do Norwegii, Szwecji, tam, gdzie szklane, dobrej jakości, ale droższe od plastikowej tandety ozdoby zostaną docenione i, jako dobre, a więc drogie, kupione.

Inni zmieniają profil, szukają niszy. Paweł Kryczało z Częstochowy robi to nie pierwszy raz. Zaczynał od produkcji zabawek. Kiedy z rynku wyparli go Chińczycy, przekwalifikował się na bombki. Nie eksportował ich do Ameryki, kierował towar do marketów w Polsce. Jednak i tam pojawili się Chińczycy, tym razem z ozdobami świątecznymi. Kryczało znowu przekwalifikował się i sprzedaje bombki do dekoracji obiektów, głównie wielkopowierzchniowych sklepów, wielkich galerii handlowych. I ma nadzieję, że tu już Chińczycy go nie złapią. Bo żeby uzgodnić projekt świątecznej dekoracji i wykonać zamówienie, trzeba czasu. W czerwcu, kiedy klienci przypominają sobie, że w grudniu będą święta, takiego zamówienia w Chinach nie da się już złożyć – nie zdąży dojechać. – I wtedy wszyscy idą do mnie, ja zbieram zamówienia jeszcze w sierpniu – mówi „DGP” Kryczało.

Zauważył przy okazji, że uzgadniając projekt dekoracji, zamawiające ją osoby zawsze chcą mieć coś niebanalnego, nowoczesnego, w nietypowych kolorach. Zastanawiają się głośno – może czerń ze srebrnymi zdobieniami? Sięgają do trendów prezentowanych co roku we Frankfurcie. Jednak na koniec i tak najlepiej sprzeda się czerwień i złoto. I bałwanki oraz chatki przykryte śniegiem. Żadna moda, nawet ta na fiolet, z masowej sprzedaży nie wyparła jeszcze tradycji.

Szklane dzieła sztuki

Dekoracja obiektów to główna, ale niejedyna dziedzina działalności firmy Pawła Kryczały. Nadal część produkcji kieruje do sprzedaży detalicznej, część eksportuje. Bo główne zasady bezpieczeństwa w tej i chyba każdej innej branży to elastyczność i różnicowanie. – Kryzys w USA położył kilka firm częstochowskich – opowiada Kryczało. – Zlekceważyły polski rynek. Bo po co starać się tu o klienta, jak Amerykanie dają przedpłaty i sami przychodzą? Jednak sielanka się skończyła i przedsiębiorcy muszą się teraz odnaleźć na ciężkim rynku polskim.

Choć główną przyczyną problemów producentów bombek jest to, że klienci przestali je kupować, bo koncentrują się na produktach pierwszej potrzeby, paradoksalnie kryzys nie dotknął tych, którzy w branży są najdrożsi – wykonawców luksusowych, kosztownych szklanych minidzieł sztuki.

Jędrzej Wasiak-Poniatowski jest menedżerem firmy, w której produkcja jednej bombki trwa kilka dni. Wykonuje się ją specjalną techniką „look inside” opatentowaną, a więc teoretycznie niepowtarzalną. Polega ona na tym, że na każdej bombce są namalowane dwa obrazy. Jeden na powierzchni kuli, drugi w środku, w ten sposób, żeby było go widać przez niezamalowane powierzchnie zewnętrzne. Ceny za jedno takie dzieło zaczynają się od 500 zł. Górnej granicy nie ma: Wasiak-Poniatowski sprzedał bombkę wykonaną w tej technologii za 2 tys. zł. Na cenę wpływa poziom trudności wykonania wizerunku na powierzchni, bo technikę malowania na kuli niezwykle trudno opanować. Nie każdy absolwent szkoły plastycznej potrafi zachować odpowiednie proporcje domu, drzewa czy człowieka.

Bombki od tego producenta nie podlegają wahaniom rynku przemysłu ozdób świątecznych, bo nie trafiają do masowego odbiorcy. Kupuje się je zazwyczaj jako prezenty, prywatnie albo dla ważnych klientów, aby obdarowani mogli je postawić w specjalnym stylizowanym stojaczku, na świątecznym stole lub w innym godnym miejscu. – To bombki ekskluzywne, kolekcjonerskie, na specjalne zamówienie – mówi nam Wasiak-Poniatowski.

Ręcznie malowane bombki, które dotknął kryzys amerykański, są inne. Klientom Wasiaka by się nie spodobały. Na tamtych obrazkach pojawia się flaga amerykańska albo Biały Dom. Na jego – obrazy o wysokim poziomie artystycznym. Tam jeden przeciętny przedsiębiorca dąży do produkcji sięgającej kilkudziesięciu tysięcy sztuk rocznie, tu nie przekracza się założonego celowo limitu 500 sztuk, dochód przynosi cena, a nie liczba sprzedanych ozdób.

Jednak mimo że eksport do Ameryki spadł o ponad połowę, Polacy, pomijając Chińczyków, są nadal światowymi królami bombek. Widać to chociażby po prezencie, który Bronisław Komorowski przywiózł Barackowi Obamie podczas niedawnej wizyty w Stanach Zjednoczonych – białą kulę z ręcznie malowanym motywem łowickim. A Obama powiesił ten polski symbol na choince w Gabinecie Owalnym.