Estonia uwierzyła, że całe państwo może żyć na kredyt, a produkcja jest niepotrzebna, bo wszystko da się sprowadzić z zagranicy. Grecja nie interesowała sie tym, że jej obywatele nie płacą podatków i oszukują, sama też okłamywała swoich unijnych partnerów. Irlandia wierzyła z kolei, że tanie pożyczki bez zabezpieczeń będą wiecznie finansować nie tylko handel transatlantycki, lecz także boom na rynku nieruchomości. Trzy kraje położone w skrajnych rogach Europy upadły z podobnych, acz różnych przyczyn. Teraz spinają Stary Kontynent złowrogą klamrą. Ku przestrodze.

Grecja, czyli koniec dobrej zabawy

W luksusowym klubie buzuki Thalassa na przedmieściach Aten pozornie nie widać kryzysu, jaki spustoszył Grecję. Parking przed budynkiem szczelnie zastawiony przez limuzyny, a stolik wraz z obowiązkową butelką whisky kosztuje około 200 euro. Na estradzie wciąż występują lokalne gwiazdy pop, jak Despina Vandi czy Giorgos Marinis.

>>> Polecamy: Irlandia i Grecja: dwie drogi wiodące do bankructwa

Przez ostatnie pięćdziesiąt lat Grecy tłumnie odwiedzali kluby buzuki co wieczór, by uciec przed przaśną rzeczywistością, chwalić się pieniędzmi i markowymi ciuchami, dobijać interesów. W setkach takich miejsc – od gigantycznych hal na wzór dyskotek po niewielkie lokale wciśnięte w podwórka i piwnice – swobodnie przepuszczano zyski z obrotów na czarnym rynku. – Buzuki to centralny element greckiej duszy – podkreśla Marinis. Jednak stali bywalcy są w stanie dostrzec symptomy kryzysu: niegdyś otwarta przez cały tydzień Thalassa dziś gości klientów tylko w weekendy. Jeszcze dwa lata temu osoba rezerwująca stolik brała rachunek na siebie, dziś goście albo go dzielą, albo przesiadają się do baru, gdzie za stołek płaci się jedynie 20 euro. Wielka narodowa biesiada dobiegła końca, choć klienci udają jeszcze, że przyjęcie wciąż trwa.

Na dodatek na zewnątrz, najczęściej w okolicach parkingu, może czaić się prawdziwe niebezpieczeństwo: ludzie Ioannisa Kapelerisa czujnie obserwujący podjeżdżające limuzyny i spisujący ich numery. W ten sposób stworzona w grudniu 2009 r. i kierowana przez Kapelerisa specjalna jednostka do zwalczania przestępstw podatkowych (SDOE) namierzyła już 6 tysięcy właścicieli aut o wartości powyżej 100 tys. euro, deklarujących fiskusowi dochody rzędu 10 tysięcy euro rocznie.

To niejedyny sukces SDOE, bo inspektorzy stali się wszechobecni. Ich najsłynniejszą akcją było filmowanie bogatych willi na przedmieściach z pokładu policyjnych helikopterów. W ten sposób badano liczbę basenów. Ateńczycy zgłosili fiskusowi 324, z powietrza wykryto jednak 16 974. Sam Kapeleris – niewypuszczający z rąk kubka z kawą i papierosa – lubi podkreślać osiągnięcia swojej jednostki: w maju 2009 r. wykryto 24 przestępstwa podatkowe popełnione przez ateńskich lekarzy; w maju 2010 r. SDOE doszukała się 4357 oszustw. Identyczna sytuacja panuje w sektorze turystycznym. Nic więc dziwnego, że w pierwszym półroczu 2010 r. SDOE odzyskała dla budżetu 1,8 miliarda euro – z zaległych podatków i wlepionych nieuczciwym przedsiębiorcom mandatów.

Nie ma litości ani dla maluczkich, ani dla potentatów. Inspektorzy sprawdzają auta, bezwzględnie karząc za prywatne przejazdy służbowym samochodem. Z kolei nocny nalot na jeden z najsłynniejszych na Bałkanach klubów nocnych – Nammos, przyciągający na wyspę Mykonos śródziemnomorskich nuworyszy – był prawdziwą demonstracją siły. Ludzie z SDOE weszli do lokalu w trakcie koncertu dla trzech tysięcy gości. Kontrola ksiąg wykazała, że nie ma w nich ani jednego rachunku czy paragonu. Za to doszukano się 4 milionów euro nie zadeklarowanych zysków. Mandat opiewał więc na 3,972 miliona euro.

Ale kryzys finansowy to dla Greków znacznie więcej niż koniec tradycyjnych zabaw w ciuciubabkę z fiskusem. Bezrobocie już na początku roku przekroczyło 10 proc., a z końcem roku sięgnie zapewne – według ostrożnych szacunków – 12 proc. (niektórzy twierdzą, że w 2011 r. dobije 20 proc.). Od początku kryzysu Grecy masowo wycofują pieniądze z banków, do tej pory zniknęły wkłady o wartości 10 miliardów euro. Nikt nie jeździ już do niegdyś popularnych Tajlandii czy Maroka. 768-tysięczna rzesza urzędników państwowych z żalem wspomina obcięte trzynastki i czternastki.

Teraz do portfela sięga się znacznie rzadziej. Jeszcze dwa lata temu z badań agencji Nielsen wynikało, że Grecy są narodem najczulszym w Europie na punkcie markowych towarów. Dziś 17 proc. sklepów w Atenach ogłosiło bankructwo, a czołowe pasaże handlowe w stolicy – na ulicach Stadiou czy Emou – świecą pustkami, co i rusz na witrynach widzi się przylepioną kartkę „do wynajęcia”. Obroty w handlu spadły o 15 – 20 proc. Podwyżki akcyzy na alkohol, papierosy i benzynę sprawiły, że Grecy zaczęli przesiadać się do autobusów, a rodzinne obiady na mieście straciły rutynowy charakter i stały się świętem.

– Ludzie są jak wulkan – komentuje społeczne nastroje Georgios Trangas, popularny prezenter radiowy. Są wściekli zarówno na rząd, jak i na skąpych Niemców, którzy z ociąganiem pospieszyli rządowi w Atenach z pomocą. Nic dziwnego, że masowo wychodzą na ulice – nowością jest jednak przebieg demonstracji: maski przeciwgazowe, w rękach kije i koktajle Mołotowa oraz tragedie – takie jak przebieg protestu w maju, kiedy to w podpalonym budynku JPMorgan Chase spłonęły trzy uwięzione w środku osoby.

Nie ma też nic zaskakującego, że na czele protestów idą ludzie młodzi. Co czwarty wśród 20-latków nie ma szans na pracę. Siedmiu na dziesięciu rozmyśla o wyjechaniu z kraju, czterech na dziesięciu – już jej szuka za granicą. Pokolenie ich ojców może już jedynie pomstować. – Odkładałem na fundusz emerytalny przez 37 lat, a teraz oni wyliczyli mi emeryturę rzędu 617 euro – mówi gorzko 65-letni Ilias Lestaris. Nieliczni zachowują stoicką postawę. – To dla nas pestka – podsumowuje kryzys 72-letni Stavros Mikos. – Bywało przecież, że chodziliśmy boso – dodaje.

Irlandia, czyli bezpańskie konie

Biedne dzieci sprzątające ulice do niedawna kwitnącego Kilkenny. Niewidoma słuchaczka dzwoniąca do popularnej audycji radiowej, by poskarżyć się, że obcięcie z jej renty 8 euro tygodniowo zmusi ją do pozbycia się psa przewodnika. Nagłówki gazet krzyczące: „Wstyd”, „Pognębienie” czy „Republika MFW” – w takiej rzeczywistości obudzili się Irlandczycy dwa lata temu. Co gorsza, z miesiąca na miesiąc kraj pogrąża się coraz bardziej.

Upadek celtyckiego tygrysa jest tym boleśniejszy, że przychodzi po ponad dekadzie bajkowego rozwoju. W 1990 roku Irlandia była na samym dole listy krajów UE pod względem wielkości PKB per capita. Piętnaście lat później znalazła się na drugim miejscu w tym zestawieniu. Kraj był wręcz wzorcowym beneficjentem europejskiej integracji – od 1973 r. dostał przeszło 17 mld euro z unijnych funduszy wszelkiego rodzaju. Pieniądze te wpompowano przede wszystkim w nowoczesną infrastrukturę, a przy okazji w inwestycje edukacyjne, przyjazny system podatkowy, nowe technologie.

Jeszcze kilka lat temu biznesmeni z branży budowlanej potrafili latać między poszczególnymi placami budowy helikopterami. Irlandzka klasa średnia wahała się między restaurowaniem średniowiecznych zamczysk, których nie brak na wrzosowiskach Zielonej Wyspy, a zakupem apartamentu w Hiszpanii. Irlandzcy politycy i urzędnicy zaczęli wypłacać sobie pensje należące do najwyższych na kontynencie. Hojną ręką rozdawali też zasiłki. Dzięki temu do ojczyzny wracali imigranci, a za nimi ściągali gastarbeiterzy, zwłaszcza z Europy Środkowej.

Dziś na Zielonej Wyspie straszy 33 tys. opustoszałych osiedli duchów – rezydencji, apartamentowców, niewykończonych hoteli i pól golfowych. Nawet w niewielkich, rodzinnych firmach brakuje możliwości, by zatrudnić najmłodsze – kończące studia – pokolenie. Dzisiejsi 30-latkowie pokornie wracają do rodzinnych domów – na wynajem mieszkań czy zakup własnego lokum już ich nie stać. – Jestem niezwykle szczęśliwa, jeśli udaje mi się znaleźć dorywczą pracę, dzień tu, dzień tam, nic na stałe – mówi planująca wyjazd do Wielkiej Brytanii Claire Jackson z Dublina. – Ale nie mogę czekać trzy czy pięć lat, aż odzyskam swoje życie – dodaje. Na razie Jackson utrzymuje się z zasiłku dla bezrobotnych. – To 196 euro, a więc z pozoru niemało, ale koszty utrzymania są bardzo wysokie – podkreśla.

Podobnie myślą tysiące jej rówieśników. W 2009 r. wyspę opuściło 65 tys. ludzi, w tym roku liczba ta może sięgnąć nawet 120 tys. I jeśli rok temu z kraju wyjeżdżali przede wszystkim przybysze z Europy Środkowej, teraz uciekają młodzi Irlandczycy przestraszeni 13-proc. bezrobociem. Najchętniej do Australii i Nowej Zelandii – ale te przyjmują wyłącznie wykwalifikowanych imigrantów. Pozostają więc tradycyjne kierunki imigracji: USA, Wielka Brytania i Kanada. Irlandczycy nie gardzą też pracą na Bliskim Wschodzie czy w Azji.

Przed tymi, którzy jeszcze się wahają, piętrzą się trudności. Rząd obniżył płacę minimalną do 7,65 euro za dzień, podwyższył za to opłaty za studia – z 1500 do 2000 euro. Wszelkie zasiłki zostaną obcięte o 11 proc. Płace w budżetówce – o 20 proc. Równocześnie co piąty urzędnik zostanie w najbliższych latach zwolniony. Nic więc dziwnego, że jeśli dziś Irlandczyk idzie do pubu, spędza tam czas albo na wielogodzinnych dyskusjach o stanie gospodarki, albo żegna wyjeżdżających przyjaciół.

Jest jeszcze jeden temat: bezczelność władzy i korporacji. Cięcia płac jakimś cudem ominęły rząd, a premier Brian Cowen wciąż zarabia ponad 250 tys. euro, więcej niż jego brytyjski odpowiednik. Również przeciętny parlamentarzysta ma o 30 proc. wyższe pobory niż brytyjski deputowany. Politycy wożą się limuzynami Mercedesa, latają własną flotyllą samolotów. W mediach i na ulicach zawrzało, gdy wyszło na jaw, że kadra menedżerska AIB – banku, który jeszcze niedawno był ratowany przed upadkiem z publicznych środków – ma zamiar przed świętami rozdzielić między 2400 kierowników bonusy o wartości 40 milionów euro. W efekcie przyjazd misji MFW, która ma nadzorować prace rządu w Dublinie, został tu przyjęty wręcz z ulgą.

Upadek celtyckiego tygrysa ma własny, wstydliwy symbol: jest nim koń. W latach prosperity Irlandczycy oszaleli na punkcie jazdy konnej. Wierzchowce kupowano jako symbol statusu, inwestycję z przeznaczeniem do występów w wyścigach, a także jako towar spekulacyjny, bo też ceny zwierząt szły szybko w górę. Za najlepsze źrebięta można było dostać nawet milion euro. Wyspiarze błyskawicznie stali się potentatami pod tym względem: mieli najwięcej koni per capita w całej Europie.

Boom na wierzchowce skończył się niemal z dnia na dzień. Za najlepsze okazy można jeszcze dostać po kilkaset tysięcy euro, ale popyt na zwierzęta nienależące do pierwszej ligi nieodwołalnie minął, a ich właścicieli nie stać na zapewnienie koniom utrzymania. W rezultacie po wyspie snuje się prawdopodobnie około 20 tysięcy bezpańskich wierzchowców, wśród nich nawet te niegdyś szkolone do wyścigów. Wchodzą do centrów miast, kręcą się wzdłuż autostrad. – 70 procent telefonów, jakie dostajemy, dotyczy koni – przyznaje Conor Dowling z Irlandzkiego Towarzystwa Zapobiegania Okrucieństwu wobec Zwierząt. Taniej jest je po cichu wyrzucić i skazać w ten sposób na powolną śmierć z głodu lub zimna, niż uśmiercić we względnie humanitarny sposób – zabicie w rzeźni kosztuje 300 euro. Na dublińskim targu Smithfield Market konia można więc kupić już za 20 euro. Ale sprzedawcy nie gardzą też względnie nowym aparatem komórkowym, chętnie się wymienią.

Estonia, czyli nadzieja na euro

Za tydzień Estonia stanie się pierwszym od wybuchu globalnego kryzysu gospodarczego krajem przyjętym do strefy euro. Z pozoru wszystko wygląda doskonale. W Grecji dług publiczny sięga 113 proc. PKB, a w Irlandii 97 proc., Estończycy zaś zbili go do najniższego w UE poziomu: 8 proc. PKB. Jeśli rok temu tamtejsza gospodarka skurczyła się o rekordowe 14 proc., to w 2010 r. Tallin będzie się cieszyć wzrostem gospodarczym rzędu 1,8 proc., a w przyszłym ponad dwa razy większym. Wszystko dzięki drakońskim cięciom zaordynowanym przez rząd. – Zrobiliśmy z naszego kraju laboratorium liberalnych eksperymentów – twierdzi estoński ekonomista Rainer Kattel. – W rzeczy samej zadziałało ono wręcz zbyt dobrze – dodaje.

Liberalny eksperyment w ciągu kilkunastu lat przeniósł nieco ponad milion Estończyków niemal dosłownie na inną planetę. Rząd w Tallinie w błyskawicznym tempie sprywatyzował wszystkie państwowe przedsiębiorstwa, porty i banki. Jako jeden z pierwszych w Europie zdecydował się na podatek liniowy (dziś 22 proc.) i otworzył szeroko drzwi dla zagranicznych inwestorów, z czego skorzystały przede wszystkim skandynawskie banki – które znalazły tu podobną kulturę, język, potrzebną siłę roboczą. Olbrzymia większość Estończyków obudziła się w świecie, w którym nie trzeba było większego wysiłku, by kupić nowy samochód, zmienić mieszkanie czy wyjechać na wakacje, które kiedyś były niedostępnym luksusem. Kredyt można było zaciągnąć za pomocą SMS-a, a kraj w kilka lat stał się jednym z najbardziej skomputeryzowanych miejsc w Europie.

Dziś lata beztroskiej konsumpcji mszczą się okrutnie. Przyzwyczajeni do importowania wszelkich towarów Estończycy sami wytwarzają niewiele, 70 proc. zatrudnionych pracuje w usługach, a nadwyżka importu nad eksportem sięga aż 20 proc.

Ci, którzy mają pracę, mogą mówić o szczęściu, bo w 1,3-milionowym kraju zapanowało bezrobocie sięgające rekordowych 19,8 proc. Bez pracy egzystuje 137 tysięcy Estończyków, a większość z nich – z sondaży wynika, że około 77 tysięcy – ma zamiar wyjechać z kraju. Niemal wszyscy zaczęli naukę języka obcego i rozsyłają aplikację do potencjalnych pracodawców na całym świecie. Oznacza to, że więcej niż co dziesiąty Estończyk w wieku roboczym wkrótce może pracować za granicą.

Symbolem tych, którzy w wyniku jednego z najostrzejszych programów cięć budżetowych w Europie znaleźli się za burtą, jest Meeli Hunt. Ta 52-letnia była rzeczniczka ministerstwa obrony i szefowa promocji pomnika Wolności w Tallinie w poprzednich miesiącach stała się jednym z najczęściej zapraszanych przez stacje telewizyjne gości. Jej historia była wręcz modelowa: kilkanaście lat szybkiej kariery w strukturach rządowych, coraz poważniejsze zadania i projekty, a na koniec niespodziewane zwolnienie z pracy i powolne przejadanie oszczędności.

Hunt została twarzą programów oszczędnościowych obejmujących m.in. redukcje pensji w budżetówce, rent i emerytur, wydatków na infrastrukturę, zasiłków. Minister finansów Juergen Ligi demonstracyjnie zmniejszył sobie pensję o 20 proc. Podobną kurację zaaplikował tym z urzędników, którzy zachowali stanowiska. Redukcje płac nie ominęły też firm prywatnych, gdzie z reguły sięgnęły 10 proc. pensji. – Mieliśmy bańkę na rynku nieruchomości i bańkę w finansach – twierdzi Ligi. – Obie pękły, a my, z gospodarczego punktu widzenia, znów znaleźliśmy się w 2005 roku – dodaje.

Hunt miała szczęście. Kilka tygodni temu zdobyła w końcu pracę, o czym doniosły niemal wszystkie estońskie media. Jednak tysiące jej rodaków żyje wyłącznie z zaskórniaków – zasiłek dla bezrobotnych wypłacany jest w Estonii tylko przez rok po rejestracji. Na ulicach zaroiło się od bezdomnych – ludzi, którzy w okresie boomu potrafili brać po kilka kredytów jednocześnie, a potem znaleźli się na bruku. – Sa setki nazwisk na naszej liście oczekujących – twierdzi Maia-Reet Ehandi, pracowniczka jednego ze schronisk dla bezdomnych w Tallinie. – Ale jednorazowo jesteśmy w stanie przyjąć tylko 220 osób – dodaje. Wielu jej podopiecznych próbuje uzyskać od władz miejskich lokal socjalny, jednak popyt na takie mieszkania jest tak wielki, że czeka się latami.

Jedną z podopiecznych Ehandi jest 32-letnia Veronika. Żyje w schronisku już od kilku miesięcy wraz z mężem i czwórką ich dzieci. Na wegetację musi im wystarczyć ok. 200 euro z pomocy społecznej, jedzenie rozdawane przez banki żywnościowe i nadzieja, że mąż budowlaniec w końcu znajdzie zajęcie.

Estończycy widzą w tej chwili tylko jeden sposób na swoje zgryzoty: przyjęcie euro. Rząd podporządkował temu celowi wszystkie działania w ostatnich dwóch latach i w napięciu czeka na 1 stycznia. – Jesteśmy na morzu w niewielkiej łódeczce podpiętej do wielkiego transatlantyku – tłumaczy obrazowo minister Ligi. – Gdyby jednak nastąpił sztorm, lepiej żebyśmy znaleźli się na pokładzie – dodaje.

Sami Estończycy wydają się podzieleni w tej sprawie. Poparcie dla zastąpienia korony przez euro od dawna waha się w okolicach 50 proc., raz przekraczając ten próg, raz osuwając się poniżej. Nadzieje podsyca więc osobiście premier Andrus Ansip, który w wystąpieniach obiecuje, że euro przyniesie Estonii więcej miejsc pracy, wyższe zarobki i szybszy rozwój gospodarczy.

Spośród trzech państw spinających Europę w klamrę kryzysu w najlepszej sytuacji znajduje się właśnie niewielka Estonia. Jej rząd mimo ogromnych społecznych kosztów nie ustaje w staraniach o odbudowę zdrowych fundamentów gospodarki. Irlandię do reform zmusza plan naprawczy opracowany przez MFW. Największa niewiadoma to Grecja – tęsknota za minionym łatwym życiem na kredyt wciąż jest tam silniejsza niż poczucie odpowiedzialności za kraj.