Przez lata waszyngtoński establishment wmawiał nam, że rynki międzynarodowe mają zdolność do samoregulacji. Przekonywał, że Stany Zjednoczone mogą pozwolić sobie na wielkie deficyty handlowe z Chinami, bo przecież i tak wszystko się wyrówna, gdy w dół pójdzie nasza waluta. Nie wpadł na to, że mamy do czynienia z gospodarką centralnie sterowaną i Pekin może do tego nie dopuścić. Chińczycy inwestowali ogromne sumy w zakup naszych obligacji rządowych i jednocześnie zamrozili kurs własnej waluty. I jedno, i drugie spowodowało, że dolar nie tracił wobec juana na wartości, nasz eksport był drogi, a import z Azji tani. W konsekwencji deficyt handlowy rozrastał się do monstrualnych rozmiarów. Ten proces trwa nawet teraz, gdy czytają państwo te słowa. Państwo Środka wciąż eksportuje, my cały czas kupujemy, dolar jest zbyt drogi, a juan zbyt tani.

>>> Zobacz też: Chiny - ostatnia nadzieja upadającej Europy?

Najrozsądniejszym rozwiązaniem byłoby radykalne podwyższenie ceł na chińskie towary i obłożenie amerykańskich papierów dłużnych zaporowym procentem od zysków generowanych za granicą. To odstraszyłoby szukających łatwego zysku inwestorów i wywołało krótkookresowy szok dla naszego budżetu, ale to jedyny sposób na wyrwanie się z zaklętego kręgu pogłębiającej się zależności od Chin. Amerykanie wolą jednak nadal tkwić w ideologicznej klatce i wierzyć, że międzynarodowy wolny handel, który dał im bogactwo w okresie powojennym, pasuje również do obecnych czasów. Mamy niestety tę irytującą cechę, że chętnie wytykamy innym ideologiczne zaślepienie, nie dostrzegając go u siebie.

Ma to jeszcze dalej idące konsekwencje. Na naszych oczach postępuje proces deindustrializacji świata Zachodu. Ponieważ Pekin ma przewagę w postaci dużo tańszej siły roboczej, łatwo przyciąga do siebie producentów szukających sposobów na cięcie kosztów i zwiększenie zysków. To powoduje niszczenie całych gałęzi amerykańskiego przemysłu od produkcji odzieży po elektronikę. Niektórzy twierdzą, że skoro Chiny produkują tanie dobra, jak np. podkoszulki, my możemy się skoncentrować na drogich i perspektywicznych technologiach przyszłości. Tak niestety nie jest. Chińczycy nadal zalewają nas tanimi podkoszulkami, ale zyski inwestują w subsydiowanie własnej produkcji, np. paneli słonecznych. W konsekwencji biją nas i w jednym, i w drugim. Mogą sobie na to pozwolić, bo nie są demokracją. Mogą przeznaczać ogromną część PKB na subsydiowanie eksportu i manipulowanie walutą poprzez kupowanie amerykańskich obligacji, a nie na redystrybucję i wyrównywanie poziomu życia obywateli. A my nie jesteśmy w stanie nic im zrobić. Jeśli tak dalej pójdzie, Zachód w końcu stanie się zdeindustrializowaną wyspą na mapie świata zależną od łaski i niełaski Wschodu.

Jeszcze bardziej prawdopodobny staje się też inny przerażający scenariusz. Eksplozja nowej bańki finansowej, którą tym razem stworzy nie Wall Street, lecz Pekin. Dziś większość obserwatorów zgadza się, że krach finansowy 2008 roku to efekt spekulowania nieistniejącym pieniądzem, który w momencie pęknięcia bąbla przyniósł bardzo realne straty i dotąd niespłacone długi. W Chinach trwa napędzanie podobnego mechanizmu. Jego sednem będzie rynek tzw. funduszy powierniczych. Działa to w następujący sposób: lokalny sekretarz partii komunistycznej chce mieć lotnisko, bo musi się wykazać przed zwierzchnikami i dać zajęcie mieszkańcom. Oczywiście w kasie miejskiej nie ma wystarczających środków. Ale od czego są banki. W każdym małym chińskim mieście jest przecież placówka, której szef podlega sekretarzowi. Więc tworzy się fundusz powierniczy. Bank daje mu trochę pieniędzy, co zostaje umieszczone w księgach. Fundusz wypuszcza papiery dłużne, które bank kupuje. Tego jednak już w księgach nie umieszcza. Aby przyciągnąć inwestorów, sekretarz jedzie do Ułan Bator i uzgadnia z władzami, że otworzą połączenie z Mongolią. To pozwala podnieść przedsięwzięcie do rangi międzynarodowego portu lotniczego. Lotnisko będzie prawdopodobnie świeciło pustkami, ale tym nikt się na razie nie przejmuje.

>>> Czytaj też: Amerykańskie koncerny motoryzacyjne w Chinach dorabiają się na najbiedniejszych

Chiny są w fazie wielkiej rozbudowy. Za kilka lat okaże się jednak, że kupione przez bank obligacje funduszu powierniczego to bezwartościowe świstki papieru. Takich nic niewartych zapisów będzie na rachunkach bankowych więcej – przecież za Wielkim Murem istnieją całe miasta, w których nikt nie zamieszka. Kiedy bańka pęknie, Chiny czeka to, co przydarzyło się amerykańskim gigantom jesienią 2008 roku. Dla nas jest to tym większy problem, że będziemy wówczas już tak bardzo powiązani z gospodarką Państwa Środka, iż recesja w Chinach z całą siłą uderzy również w nas. To niestety nieuniknione.