Od dawna tkwią okopani na swoich pozycjach. Sztuczna choinka nie zostawia igieł i nie trzeba każdego roku kupować nowej, więc wychodzi taniej – mówią jedni. Ale nie ma tego zapachu co prawdziwa – odpowiadają drudzy. Istnieje jeden argument, do którego i sztuczni, i prawdziwi roszczą sobie pretensje: obie strony twierdzą, że to ich choinka jest bardziej przyjazna środowisku. Nie mylą się jednak tylko zwolennicy prawdziwych drzewek.

>>> Zobacz też: Najdroższa choinka na świecie w hotelu Emirates Palace - zobacz zdjęcia

Na pierwszy rzut oka amatorzy sztucznych choinek wydają się mieć rację. Zamiast kupować przed każdymi świętami świeży świerk czy jodłę, schodzą do piwnicy i odkurzają leżące tam drzewko. Nie przykładają ręki do wycinania lasów i nie zaśmiecają w styczniu osiedlowych śmietników pozbawionymi igieł kikutami. Tymczasem, choć producenci sztucznych choinek przekonują nas, że ich towar będzie nam służył przez dobre dwie dekady, średnia długość życia takiego drzewka to według statystyk zaledwie sześć lat. Wówczas choinka, która uległa zniszczeniu lub po prostu się znudziła, też trafia na wysypisko. I tu zaczynają się problemy.

Fałszywy iglak w praktyce nie podlega recyklingowi, bo plastikowe i metalowe elementy trudno od siebie oddzielić. Zużytą choinkę trzeba więc zakopać i liczyć na to, że w końcu dojdzie do samoczynnego rozkładu. Taki proces trwa jednak ok. 500 lat. Wszystko dlatego że sztuczna robiona jest z materiałów, które trudno uznać za przyjazne środowisku. Jej główny składnik to ropopochodny polichlorek winylu, przy którego powstawaniu mogą wydzielać się substancje rakotwórcze, takie jak dioksyny, chlorek winylu czy 1,2 dichloroetan. Wiele drzewek (zwłaszcza tych najtańszych) często zawiera też ołów używany do barwienia. Ten ostatni problem od lat przykuwa w okresie świątecznym uwagę Amerykanów, którzy importują większość choinek z Chin. Szef katedry ochrony środowiska uniwersytetu Północnej Karoliny Richard Maas przedstawił nawet zestaw porad bezpiecznego obchodzenia się ze sztuczną choinką. „Nie pozwólcie dzieciom zbliżać się do drzewka. Jeśli już musicie go dotykać, umyjcie ręce, zanim dotkniecie ust lub oczu. Nie odkurzajcie w pobliżu choinki – szkodliwe pyły rozprzestrzenią się wówczas po całym pomieszczeniu”. Trzeba przyznać, że gdyby ktoś rzeczywiście zastosował się do tych zaleceń, niewiele zostałoby z magicznej gwiazdkowej atmosfery.

Prawdziwa choinka jest paradoksalnie o wiele bardziej ekologiczna. Zużyty iglak idealnie nadaje się do użyźniania gleby. Coraz więcej miast wręcz prześciga się dziś w pomysłach na skuteczną zbiórkę wyrzucanych drzewek w okresie poświątecznym. W ślady Paryża, który kilka lat temu ogłosił, że choinki zostaną użyte do spulchniania ziemi w tamtejszych parkach, poszedł już na przykład Poznań. Z kolei Warszawa przekazała wyrzucane choinki elektrowniom jako materiał do ogrzania miasta. Władzom miejskim to się opłaca. Zgodnie z zobowiązaniami, które nakładają na Polskę dyrektywy Unii Europejskiej dotyczące gospodarki odpadami, jesteśmy przecież zmuszeni do zwiększania poziomu odzyskiwania odpadów biodegradowalnych z 25 proc. w 2010 r. do 50 proc. w roku 2013.

Nieprawdziwy jest też argument, że kupno nowych choinek to wycinanie i tak szczupłych zasobów leśnych. Większość z 4 – 8 mln sprzedawanych w Polsce co roku świerków i jodeł pochodzi ze specjalnych szkółek. A ponieważ iglak, zanim pójdzie pod piłę, rośnie od 8 do 12 lat, ich właściciele muszą zasadzać na miejsce każdego ściętego trzy nowe drzewka. Tylko w ten sposób można bowiem podtrzymać podaż i rentowność biznesu. Do tego rachunku dodać trzeba jeszcze koszty paliwa na transport prawdziwych drzewek czy energię potrzebną do wyprodukowania sztucznej choinki. Kanadyjskiej firmie konsultingowej Elipsos udało się to wszystko podliczyć. Jej zdaniem ekologiczne koszty obu choinek zrównałyby się dopiero wówczas, gdyby sztuczna była używana średnio nie przez sześć, lecz przez dwadzieścia lat. W każdym innym wypadku prawdziwe równa się lepsze dla środowiska.