Pieniądz potaniał w ciągu ostatnich dwóch lat. Banki centralne robiły, co mogły, by przełamać kredytowy impas, jaki pojawił się po wybuchu kryzysu. Pierwszym krokiem było obniżenie stóp procentowych, by koszt pozyskiwania pieniądza był jak najniższy. Drugim – drukowanie dodatkowych banknotów. Niektóre banki – jak amerykańska Fed – zafundowały cały cykl kreowania nowego pieniądza. W USA mamy drugi etap tzw. ilościowego luzowania polityki pieniężnej, który polega na wykupywaniu z rynku obligacji. Fed ma płacić za nie nowo wydrukowanymi dolarami. W sumie ma być ich 600 mld. I niewykluczone, że na tym się nie skończy.

Po co to wszystko? Amerykanom bardzo zależy na tym, żeby ich waluta była słaba, bo amerykańskie przedsiębiorstwa nie są konkurencyjne. Ich produkt nigdy nie będzie tak tani jak np. chiński. Tym bardziej że Chińczycy skrzętnie pilnują, by ich juan nie był zbyt mocny na rynku walutowym, i robią, co mogą, by odwlec w czasie zaostrzanie swojej polityki pieniężnej.

Na razie plan Fed nie działa, bo do walutowej gry włączyła się UE. Oficjalnie Unia nie zamierza brać udziału w tej wojnie, ale sekwencja zdarzeń ostatnich miesięcy jest co najmniej ciekawa. Zaraz po ogłoszeniu przez Fed planu drukowania dolara rynek przypomniał sobie o kłopotach fiskalnych niektórych krajów strefy euro. Na pierwszy ogień poszła Irlandia, którą dość długo publicznie przekonywano do przyjęcia międzynarodowej pomocy. Robiono to na tyle natarczywie, by rynek uznał sprawę Irlandii za poważny problem. To wystarczyło, by euro zaczęło tracić na wartości wobec dolara, a inwestorzy zapomnieli o amerykańskich planach. Nie pomogła kolejna próba szefa Fed Bena Bernankego, który nie wykluczył kolejnego etapu drukowania dolarów. Ale i tę informację umiejętnie przykryto doniesieniami z Europy: Niemcy nie zgodziły się na zwiększenie tzw. funduszu stabilizacyjnego. To właśnie ten fundusz wysupłuje pieniądze na pomoc dla zagrożonych krajów strefy euro. A tu przecież w kolejce stoją Portugalia i Hiszpania. To wystarczyło, żeby plan osłabiania dolara spalił na panewce.

Złoty pod znakiem zapytania

Jeszcze kilka tygodni temu w ciemno można było obstawiać umocnienie złotego. Im słabszy dolar, tym mocniejsze waluty rynków wschodzących. Złoty też na tym zyskiwał, bo to, że dolar jest tani, zachęcało inwestorów do szukania bardziej ryzykownych i dzięki temu zyskownych inwestycji. Dowodem tego jest największy w historii napływ tzw. kapitału portfelowego na polski rynek obligacji. Zagraniczni inwestorzy ulokowali u nas 126,4 mld zł, głównie dlatego że stopy procentowe w Polsce są wyższe niż na rynkach rozwiniętych, a ryzyko inwestycyjne porównywalne.

To się jednak powoli zmienia. Ameryka przegrywa w wojnie walutowej. Pod koniec roku rynkowe krótkoterminowe stopy procentowe w USA zaczynały piąć się w górę. Rynek zaczyna obstawiać, że Fed prędzej czy później będzie musiał zaostrzyć politykę pieniężną. Co więcej, im bardziej teraz popuści pasa, tym mocniej potem będzie go musiał zaciskać. A to oznacza umocnienie dolara. – Dlatego uważam, że pierwsze trzy – cztery miesiące 2011 roku będą stały pod znakiem mocnego dolara. Może on kosztować nawet 3,30 – 3,40 zł – mówi Marek Rogalski, analityk DM BOŚ.

Forex coraz popularniejszy

Polski inwestor bez problemu może przystąpić do walutowej gry. Próg wejścia na Forex jest coraz niższy i dziś na start trzeba mieć 1 – 2 tys. zł.

Otwarcie rachunku jest banalnie proste, a samo inwestowanie coraz tańsze. To powoduje, że forex – jeden z najbardziej zmiennych rynków finansowych – trafia pod strzechy. Jeszcze niedawno była to zabawa dla bogatych: jednostką transakcyjną były tylko tzw. loty. Jeden lot to 100 tys. jednostek waluty bazowej (pierwszej z pary walut, w jaką się inwestuje). Dziś wielu brokerów sprzedaje już miniloty i mikroloty. W najlepszym przypadku kontrakt opiewa więc na 1000 jednostek waluty bazowej. Nie znaczy to jednak, że inwestując np. w euro-złotego, musimy mieć 1000 euro. Żeby zarabiać (lub tracić) na zmianie kursu, wystarczy wpłacić depozyt o wartości 1 proc. kontraktu – czyli w naszym przykładzie zaledwie równowartość 10 euro. Bo cechą charakterystyczną inwestowania na foreksie jest tzw. dźwignia finansowa, czyli inaczej lewar: choć wpłacamy tylko 10 euro, nasza transakcja ma wartość 1000 euro. I to od tej wartości liczone są zyski i straty.

>>> Czytaj też: Forex kusi zyskami, ale Polacy wciąż go nie oswoili

Lewar zwielokrotnia zyski przy angażowaniu małego kapitału – ale też powoduje, że ewentualne straty także rosną w postępie geometrycznym. Eksperci przestrzegają: ze względu na działanie dźwigni inwestycja na foreksie jest bardzo ryzykowna. Dlatego wypadłoby się trochę znać na tym rynku, zanim się na niego wejdzie. – I trzeba tu uważać. Dla osób mało doświadczonych inwestowanie szybko może zamienić się w hazard. Ze wszystkimi tego konsekwencjami – mówi Marek Rogalski. Strategia gry na foreksie powinna opierać się na jednej głównej zasadzie: graj pieniędzmi, które możesz stracić, i ograniczaj ryzyko, jak tylko się da.

Zawodowcy zmniejszają ryzyko

Marek Rogalski radzi wzorować się na zawodowcach. – Gdy sprawdzimy, jakie są wyniki najlepszych funduszy hedgingowych, okazuje się, że zarabiają one ok. 20 proc. rocznie. To pokazuje, że systematyczne zarabianie kilkuset procent w rok to mit – mówi. Dlaczego? Bo fundusze, angażując znaczny kapitał, są w stanie zmniejszyć ryzyko. Z tego płynie kolejny wniosek: żeby zyski były wymierne przy ostrożnej grze, wartość zaangażowanego kapitału też musi być duża. – Przy założeniu, że zysk ma wynosić około 20 proc. rocznie, sensowne jest zainwestowanie kwoty rzędu 200 tys. zł. Jeśli ktoś ma 10 tys. zł, to nie ma sensu się tak męczyć – mówi Marek Rogalski.

A jeśli ktoś nie ma 200 tys. zł? Musi to wówczas nadrobić mocnym charakterem. Przy niskich kwotach pokusa, by dużo postawić i szybko wygrać, jest bardzo duża. Często inwestorzy idą w takich przypadkach na całość: lokują wszystko, co mają, z zastosowaniem maksymalnej dźwigni.

– Po kilku tygodniach po zainwestowanym kapitale nie ma już śladu – mówi Marek Rogalski. I dodaje, że najlepiej założyć sobie dopuszczalną maksymalną stratę. Jeśli już do niej dojdzie, wycofać się z rynku na jakiś czas. Poza tym nie angażować wszystkich pieniędzy naraz. Jeśli ktoś ma 1000 euro, nie powinien kupować kontraktu o wartości 100 tysięcy, ale stosować mniejszy lewar, czyli np. jeden do czterech.

Tyle teoria. Według Marka Rogalskiego praktyka jest inna. Na rynek garną się ludzie niezbyt zamożni. Jednymi z najaktywniejszych grup są studenci, którzy korzystają z mechanizmu dźwigni w pełnym zakresie.

Mocny jak australijski dolar

Polski student nie musi inwestować w pary walut, z których jedna to złoty. Ba, czasami nawet nie powinien. Kolejna zasada gry na foreksie: dobieraj pary walutowe tak, by w razie załamania rynku w miarę szybko się z niego ewakuować. Dlatego analitycy radzą: wybieraj najbardziej płynne pary walut. Dzięki wyższej płynności koszt wejścia w inwestycję jest niższy. Chodzi o tzw. spread – czyli różnicę między ceną kupna a ceną sprzedaży waluty. Im para jest bardziej płynna, tym spread jest mniejszy.

Najbardziej płynną parą jest euro-dolar. – Można się skupić tylko na niej. Tak robi większość klientów – mówi Marek Rogalski. Bardziej asekurancka metoda to dobierać takie waluty, które mają potencjał do umocnienia. Nikt oczywiście nie jest w stanie wskazać takich ze stuprocentową pewnością. Ale przez ostatnie lata rosły ceny na przykład australijskiego dolara i norweskiej korony.

Korona to tzw. waluta surowcowa. Norweska gospodarka opiera się na wydobyciu ropy. Nikt nie słyszał, by ten kraj miał jakieś poważniejsze problemy fiskalne. CDS-y – czyli wskaźniki obrazujące ryzyko długu – w przypadku norweskich obligacji są najniższe na rynku. Analitycy banku HSBC zwracają uwagę, że co prawda w 2010 roku np. złoto zachowywało się lepiej od norweskiego pieniądza, jednak to właśnie korona powinna być traktowana jako najlepsza waluta na świecie. „Korona była naszą ulubioną walutą przez jakiś czas. I nadal nią jest” – napisali w jednym ze swoich grudniowych raportów. W ciągu ostatniego roku korona norweska umocniła się względem euro o około 5 proc.

Nieźle wypada też australijski dolar. Na początku 2010 roku trzeba było zapłacić 1,11 dolara australijskiego za dolara amerykańskiego. Pod koniec roku kurs wynosił już 1 do 1. Kupując walutę z Antypodów za złote, można było w ciągu roku zarobić 15 proc. To już drugi rok z rzędu: w 2009 roku dolar australijski dał 25 proc. zysku.

>>> Polecamy: Na czym można zarobić więcej? Giełda, czy waluty?

Można bezpieczniej

To, że forex jest rynkiem dla doświadczonych inwestorów, nie oznacza, że ci mniej wyrobieni nie mogą korzystać na zmianach kursów walut. Zawsze mogą kupić waluty w kantorze. Bardziej wyszukany sposób to bankowa platforma walutowa. Jest ich co najmniej kilka na rynku. Na ogół były tworzone z myślą o firmach i ich rozliczeniach z zagranicznymi kontrahentami. Jednak coraz częściej z platform mogą korzystać klienci indywidualni. Na razie ci z najwyższej półki.

– Platformę udostępniliśmy na razie klientom segmentu gold select, tym najbardziej zamożnym. To narzędzie nie służy do spekulowania na rynku walutowym, jego podstawowym zadaniem jest umożliwienie wymiany walut – mówi Piotr Kazimierski, dyrektor biura produktów skarbowych Citi Handlowy

Podobnie jest w Raiffeisen Banku: dostęp do platformy oprócz firm mają klienci indywidualni z grupy premium i private bankingu. Adam Pers, dyrektor departamentu rynków finansowych, mówi, że pomysł, by umożliwić im korzystanie z platformy, chwycił. – Codziennie przybywa 15 – 20 nowych użytkowników, rośnie też szybko dzienny wolumen transakcji – mówi Pers.

Platforma jest wygodnym narzędziem. Klienci korzystają z dostępu do kwotowań globalnego rynku walutowego w czasie rzeczywistym. To narzędzie online – transakcja jest automatycznie księgowana na rachunku klienta. W niektórych przypadkach banki oferują od razu założenie lokaty w kupionej walucie. Kupowanie walut przez klientów indywidualnych najczęściej wynika z potrzeby chwili. Waluty są im potrzebne przed zagranicznym wyjazdem, do spłaty rat kredytu czy zakupów w zagranicznym sklepie internetowym.

– Oni mają inne potrzeby walutowe niż firmy. Wymieniają walutę kilka razy w roku. Jeśli ktoś robi to częściej, to można go nazwać klientem aktywnym – mówi Piotr Kazimierski.