Choć przyszły rok powinien być lepszy od obecnego, to jednak rośnie skala zagrożeń i zwiększa się niepewność. Można zaryzykować twierdzenie, że w 2011 r. znaków zapytania wcale nie będzie mniej niż w 2009, kiedy po upadku Lehman Brothers świat wpadł w potężne tarapaty. O ile w 2008 roku kłopoty zaczęły się od USA, tym razem punktem zapalnym może się okazać nasze najbliższe otoczenie: strefa euro.

Zdaniem ekonomistów z Rady Monitorującej „DGP”, 2011 r. będzie nadal rokiem napięć na rynku finansowym. – Kończymy rok 2010 z nierozwiązanym kryzysem w strefie euro, wręcz z ryzykiem jej rozpadu. Dopóki liderzy europejscy nie porozumieją się w sprawie mechanizmów rozwiązywania i zapobiegania kryzysom fiskalnym, dopóty rynki finansowe będą trwać w niepewności – uważa Ryszard Petru. Tym bardziej że – jego zdaniem – to, co robią Fed w USA i Europejski Bank Centralny w Unii, to działania antykryzysowe, a nie strategia wyjścia z kłopotów.

Niepewność zwiększa ryzyko, że kryzys dosięgnie kolejne kraje strefy euro. Portugalia czy Hiszpania już znalazły się na celowniku agencji ratingowych. Do tego poprzednie reakcje na kryzys grecki czy irlandzki wyrobiły w rynkach przekonanie, że działania antykryzysowe są doraźne, że nie powodują trwałego zażegnania niebezpieczeństw. Choć podczas grudniowego szczytu w Brukseli przywódcy europejscy zadecydowali o powstaniu stałego mechanizmu ratunkowego dla krajów znajdujących się w kłopotach, to jednak zatwierdzenie tych zmian ma nastąpić dopiero w marcu, a ratyfikacja jeszcze później. – Nie wiadomo, czy politycy strefy euro wypracują skuteczne rozwiązanie problemu. A nawet jeżeli na jakiś czas kłopoty Hiszpanii zostaną zasypane nowymi pieniędzmi z Chin, z MFW czy z EBC, nie wiadomo, kiedy rynki i agencje ratingowe upomną się o Włochy – uważa Krzysztof Rybiński.

To największe ryzyko dla gospodarki. Ewentualne wstrząsy w strefie euro rykoszetem trafią w naszą walutę i w polską gospodarkę.

Dolar i euro: papierki lakmusowe kryzysu

O tym, jak duża jest niepewność w Europie, widać jak na dłoni na przykładzie szacunków kurs walut na koniec 2011 roku. – Nie potrafię podać prognozy kursów, bo uprawiana przez główne banki centralne polityka taniego pieniądza zachęca do napływu do Polski kapitału spekulacyjnego. Zwiększa to ryzyko ataków na polską walutę – mówi Elżbieta Mączyńska.

Prognozy członków Rady Monitorującej „DGP” dotyczące kursów walut są wyjątkowo rozbieżne. Zdaniem Rybińskiego zawirowania w strefie euro spowodują, że zrówna się kurs podstawowej europejskiej waluty z dolarem i to na wysokim poziomie 4,20 zł. Jego szacunki odbiegają od przewidywań Ryszarda Petru czy Macieja Grelowskiego. Ich zdaniem relacja między euro a dolarem nie będzie odbiegała bardzo od dzisiejszej, choć obie waluty mogą się nieco osłabić wobec złotego. Podobnie z frankiem: jego cena ma oscylować wokół 3 zł.

Wydaje się, że dużo łatwiej przewidzieć ruchy stóp procentowych. W tym przypadku zdaniem członków Rady Monitorującej „DGP” czeka nas zaostrzenie polityki prowadzonej przez NBP i podwyżka stóp procentowych o maksimum 50 punktów bazowych. To znaczy, że stopa referencyjna NBP wzrosłaby z 3,5 proc. do 4 proc. Może mieć to związek z prognozami inflacji, która zdaniem naszych ekspertów będzie wyższa od szacowanego przez rząd 2,3 proc. i wyniesie od 2,5 do 3 proc.

Polski wzrost nie gaśnie

Jeśli do czarnego scenariusza w Eurolandzie nie dojdzie, polska gospodarka nadal powinna się rozwijać. Nasi eksperci typują w przyszłym roku solidny wzrost między 3 a 4 proc. PKB, czyli mniej więcej tyle, ile w tym roku. – Można liczyć m.in. na mnożnikowe efekty inwestycji infrastrukturalnych i innych, w tym dofinansowywanych ze środków UE, oraz dodatnie impulsy wynikające z umacniania się kondycji gospodarczej w Niemczech – uważa Elżbieta Mączyńska.

Oczekiwania Rady Monitorującej są zbieżne z prognozami rządu. W projekcie budżetu minister finansów założył, że w 2011 r. gospodarka będzie się rozwijała w tempie 3,5 proc. PKB, choć w rządzie są także więksi optymiści: szef Komitetu Stałego Michał Boni typował 4-proc. wzrost PKB. – Większość prognoz wskazuje, że przed Polska są co najmniej dwa lata wzrostu. Według Brukseli w 2011 r. będziemy drugą, po Estonii, najszybciej rozwijającą się gospodarką UE – uważa Wiktor Wojciechowski.

Polska, która była zieloną wyspą, bo jako jedyna w Unii Europejskiej zanotowała wzrost gospodarczy, dalej może utrzymać taki wizerunek. Jak zauważa Mączyńska, przyczynia się to do przełamywania historycznie utrwalonego stereotypu, czyli pejoratywnego rozumienia pojęcia „Polnische Wirtschaft” – jako synonimu polskiej niegospodarności, bo cały czas mamy rezerwy do napędzania wzrostu gospodarczego. – Tkwią one we wciąż jeszcze nienasyconym popycie wewnętrznym, charakterystycznym dla kraju na dorobku. Innym źródłem wzrostu jest potencjał wynikający z „renty zacofania” i możliwości dokonywania w rożnych dziedzinach tzw. żabiego skoku, czyli możliwości przejścia do wyższych faz rozwoju z pominięciem pośrednich – uważa Mączyńska.

Finanse publiczne: kula u nogi

Zdaniem większości naszych ekspertów podstawowym zagrożeniem jest dla nas stan finansów publicznych. – Niewątpliwie 2011 r. w dziedzinie finansów publicznych będzie rokiem saperów. Na drodze, którą kroczymy, istnieje tyle min, że bez dobrych saperów, i dużej dozy szczęścia, jest wysoce prawdopodobne, że w końcu na jedną z nich wejdziemy i zrobimy sobie krzywdę – uważa prof. Krzysztof Rybiński.

Rząd zaczyna slalom z przeszkodami, bo według wieloletniego planu finansów publicznych przez dwa kolejne lata dług publiczny o włos będzie mijał drugi próg ostrożnościowy, ustawiony na wysokości 55 proc. relacji długu do PKB. Na lata 2011 – 2012 rząd prognozuje poziom 54,4 proc. i 54,6 proc. – Od dawna żyjemy ponad stan. Gdybyśmy w przeszłości żyli bardziej oszczędnie, dzisiaj mielibyśmy znacznie niższy dług publiczny – uważa Wiktor Wojciechowski. Zdaniem Ryszarda Petru od przekroczenia progu będzie nas dzieliło w 2011 r. 0,2 proc. PKB (zaledwie ok. 3 mld zł). Natomiast według Macieja Grelowskiego próg przekroczymy, bo dług publiczny na koniec roku wyniesie 56 proc. PKB.

Sytuacja jest groźna także w przypadku deficytu sektora finansów publicznych. Wprawdzie nie ma tu żadnych progów, ale prognozowane na koniec 2010 prawie 8 proc. deficytu to ponad dwa i pół razy więcej, niż dopuszczają kryteria z Maastricht. Spadek deficytu w 2011 r. wcale nie musi być duży. Ryszard Petru prognozuje deficyt na koniec 2011 r. na 7 proc.

– Pomimo silnego ożywienia strukturalny deficyt naszych finansów publicznych ma według KE obniżyć się z 7,4 do 6,1 proc. PKB. To będzie najwyższy deficyt wśród wszystkich nowych krajów UE. Szybko rosnący dług publiczny i brak odpowiedniej determinacji rządu do wprowadzania prawdziwych reform zwiększają ryzyko wzrostu rentowności naszych obligacji i deprecjacji złotego – przestrzega Wiktor Wojciechowski. Dlatego, zdaniem rady, potrzebne są działania rządu. – Zakładam, że rygorystycznie przestrzegana będzie dyscyplina finansów publicznych – mówi Mączyńska.

Jednak czy rząd tak zrobi? – Debata publiczna wskazuje na brak strategii wychodzenia z pułapki rosnącego zadłużenia. Teraz głównym odpowiedzialnym za wysoki deficyt i rosnący dług publiczny jest system emerytalny z prywatnymi funduszami emerytalnymi. Taki ton dyskusji świadczy raczej o braku pomysłów reformatorskich, a nie o problemie samych OFE – uważa Ryszard Petru. Podobnego zdania jest Krzysztof Rybiński. – Potrzebne są prawdziwe reformy zamiast uprawianego do tej pory przez ministra Rostowskiego kreatywnego budżetowania, czego przykładem jest KFD, FRD i demontaż systemu emerytalnego, i to wszystko w warunkach solidnego wzrostu gospodarczego – uważa Krzysztof Rybiński.

Rynek pracy: stabilizacja

Sytuacja na ryku pracy będzie przypominała 2010 r., choć może się trochę poprawić. – Mając na uwadze poziom wykorzystanych mocy produkcyjnych zbliżający się do 80 proc., w perspektywie roku 2011 należałoby się spodziewać dodatniej dynamiki inwestycji w sektorze prywatnym. To z kolei powinno przełożyć się na poprawę na rynku pracy i dalszy wzrost konsumpcji – uważa Petru. Dlatego nasi eksperci przewidują 1-, 2-proc. wzrost zatrudnienia, z którym w parze powinien pójść wzrost wynagrodzeń. – Zatrudnienie powinno wzrastać, a stopa bezrobocia nieznacznie może spaść, kontynuując obecny trend. Podobnie jak w 2010 r., również w 2011 r. powinniśmy obserwować wzrost wskaźnika zatrudnienia dla osób w wieku 55 – 64 lata, co jest związane z ograniczeniem od 2009 r. możliwości przechodzenia na wcześniejsze emerytury – uważa Agnieszka Chłoń-Domińczak.

W przypadku prognoz spadku bezrobocia największym optymistą jest rząd, który przewiduje, że stopa bezrobocia na koniec roku spadnie poniżej 10 proc. Eksperci są mniej optymistyczni: uważają, że będzie się ona wahała w granicach 10 – 12 proc.

Rada Monitorująca „DGP” wyraźnie obawia się wpływu polskiej polityki na gospodarkę. Wchodzimy w trzeci z rzędu rok wyborczy, jesienią 2011 mają się odbyć wybory parlamentarne. Czy wyborcza taktyka zwycięży nad potrzebami gospodarki? – Oby dobre, ale jedynie krótkookresowe, prognozy gospodarcze nie sprawiły, że zarówno obecny, jak i nowy rząd wyłoniony w przyszłorocznych wyborach spocznie na laurach. To byłby najgorszy scenariusz dla Polski – scenariusz marszu z uśmiechem na ustach w kierunku wieloletniej recesji lub co najwyżej mizernego wzrostu – przestrzega Wiktor Wojciechowski.