W wymienionych krajach rocznie uchwala się po kilkaset ustaw i rozporządzeń rządu, a na Łotwie ponad 1500. W Polsce są jeszcze rozporządzenia ministrów, co zwiększa liczbę aktów prawnych do poziomu zbliżonego do Łotwy. Z wyjątkiem Czech i Słowacji w pozostałych krajach również widać silny wzrost liczby aktów prawnych uchwalanych co roku. Lata 90. można określić jako okres prawnego przypływu. Liczba przepisów wzrosła wtedy o 60 procent na Węgrzech, 140 procent w Polsce. W Rumuni wzrost był sześciokrotny.

>>> Czytaj też: Rybiński: Biegunka legislacyjna

W kolejnej dekadzie kraje wstępowały do Unii Europejskiej, co oznaczało konieczność przyjęcia prawa wspólnotowego. Znowu wzrosła liczba ustaw i rozporządzeń. Tym razem liderem była Polska, w 2004 roku przyjęto o 120 procent więcej ustaw i rozporządzeń niż przeciętnie w okresie poprzedzającym o kilka lat członkostwo w Unii. Polska była gorliwa. Innym krajom wystarczył znacznie mniejszy wzrost. Okres wchodzenia do UE to fala kulminacyjna prawnego potopu.

>>> Czytaj też: Polska armia biurokratów rośnie w zastraszającym tempie

Po niej można było mieć nadzieję, że liczba uchwalanych aktów prawnych powróci do poprzedniego poziomu. Tak się nie stało. Z wyjątkiem Estonii we wszystkich krajach liczba przepisów o randze ustawy i rozporządzenia wprowadzanych do porządku prawnego co roku jest znacznie większa niż dekadę wcześniej. W Polsce na początku transformacji liczba ustaw i rozporządzeń wynosiła około 500, pod koniec dekady ponad 1000, w momencie fali kulminacyjnej 2500, aby obecnie obniżyć się do 1500 – 1600.

Trzeba postawić pytanie, dlaczego w latach 1990 – 1995 w większości krajów regionu uchwalano co roku dwu-, trzykrotnie mniej ustaw i rozporządzeń niż w minionych kilku latach. Dlaczego w Polsce w pierwszej połowie lat 90. ministrowie wydawali około 200 – 300 rozporządzeń rocznie, a obecnie 1100? Ekonomista dostrzeże w tym słabość państwa i negatywny wpływ okresu wchodzenia do Unii na mechanizmy jego funkcjonowania. Słabość państwa przejawia się w przekonaniu, że jeżeli cokolwiek źle funkcjonuje, to trzeba przyjąć nowe regulacje. Głośny przykład sprzed lat to ustawa kominowa przyjęta olbrzymią większością głosów, która doprowadziła do patologii, a ostatni to ustawa hazardowa, gniot prawny, niepotrzebny, ale przyjęty ekspresowo. Pojedynczy wypadek na stoku powoduje nawoływanie do uchwalenia ustawy, która reguluje, jak można jeździć na nartach. Trwały efekt unijny powoduje, że mechanizmy tworzenia prawa zastosowane podczas wchodzenia do UE utrwaliły się. Skutkuje to formalizmem i przeregulowaniem.

Rosnącej liczbie przepisów towarzyszy rosnąca armia urzędników, których w 1990 roku było 159 tysięcy, a w 2010 roku prawdopodobnie więcej niż 460 tysięcy. A to oznacza coraz większą władzę aparatu państwa nad obywatelami. W obecnym gąszczu przepisów zawsze będzie można znaleźć takie, które uniemożliwią wprowadzenie danej decyzji w życie, jeśli nie spodoba się ona urzędnikom. Widać to na przykładzie prób zmniejszenia zatrudnienia w administracji. Wszystkie zostały zablokowane przez urzędników.

To droga donikąd. Potop prawny trzeba zatrzymać. Z jednej strony mamy inicjatywy odbiurokratyzowania gospodarki, a z drugiej – kolejne tysiące aktów prawnych, które komplikują życie ludziom. Może kiedyś nadejdzie taki rok, że liczba nowych aktów prawnych będzie znowu na poziomie 500 jak kiedyś, a liczba urzędników zamiast rosnąć, jak co roku od 20 lat, w końcu zmaleje. Na razie w 2010 roku przybyło ponad 1500 aktów prawnych i około 50 tysięcy urzędników.