Współczynnik korelacji informuje nas, jaka zależność występuje między dwoma zmiennymi, np. cenami instrumentów finansowych. Jeśli inwestor wie, że cena obligacji i indeks rynku akcji w normalnych warunkach poruszają się w przeciwnym kierunku (są ze sobą ujemnie skorelowane), wówczas może z tych dwóch klas aktywów świadomie konstruować portfel odpowiadający jego oczekiwaniom. Współczynnik korelacji przyjmuje wartości od -1 do 1: 1, jeśli ceny zachowują się identycznie - zawsze, gdy drożeje X, Y również drożeje, a -1 w przypadku, gdy wzrostowi X zawsze towarzyszy spadek Y. Zerowa korelacja oznacza, że zmienne zachowują się losowo, czyli wiedząc, że w danym okresie wzrosła cena X, nie jesteśmy w stanie nic powiedzieć o tym, jak zachowa się cena Y - z równym prawdopodobieństwem może wzrosnąć, jak i spaść.

Obserwowanie korelacji między zachowaniem cen różnych instrumentów finansowych jest jednym z kluczowych zadań zarządzających funduszami inwestycyjnymi i hedgingowymi. Inwestorzy instytucjonalni w praktyce stosują nie tylko współczynnik korealcji Pearson’a, którym posłużę się w tym tekście, ale także inne miary, które pozwalają nie tylko ocenić kierunek zmian (rośnie X, spada Y), ale także ich siłę (np. gdy X rośnie o 1 proc., Y spada o 3 proc.).

W 2009 r. i w pierwszej połowie 2010 r. rynki akcji i walutowe charakteryzowały się bardzo silnymi zależnościami, ponieważ inwestorzy naprzemiennie włączali i wyłączali “ryzykowny tryb” reagując to na kolejne wiadomości o bliskich bankructwa krajach, to na nowe programy pomocowe banków centralnych. Gdy ryzyko rosło, ryzykowne aktywa (akcje, waluty rynków wschodzących) taniały, a na wartości zyskiwały dolar i jen. Przed rozpoczęciem sesji na Wall Street, po sprawdzeniu, czy dolar się umacnia, czy osłabia, z bardzo dużym prawdopodobieństwem można było przewidzieć, czy w danym dniu inwestorzy będą kupować, czy sprzedawać akcje. Obecnie sytuacja przestaje być tak jednoznaczna. Korelacja między indeksem S&P500 a kursem dolara właściwie zaniknęła - sześciomiesięczny współczynnik korelacji dla tych dwóch instrumentów wynosił pod koniec marca -0,15. W 2009 r. zależność ta była niemal doskonała – korelacja wynosiła mniej niż -0,9.

Dzieje się tak prawdopodobnie dlatego, że w ciągu ostatniego półrocza inwestorzy coraz mniej obawiają się o wyjście z kryzysu Stanów Zjednoczonych, a z coraz większym niepokojem spoglądają na Bliski Wschód, Afrykę Północną czy Europę Zachodnią. Do znanych i nierozwiązanych problemów z zadłużeniem kilku członków strefy euro (Portugalia, Irlandia, Hiszpania, Włochy) maskowane mechanizmem stabilizacyjnym, dochodzą nowe czynniki ryzyka, jak np. wysoka inflacja i nieuchronnie dobiegająca końca era niskich stóp procentowych oraz interwencje banków centralnych, które sprawiają, że rynki walutowe są w coraz mniejszym stopniu uzależnione od fundamentów. 

Od października 2010 r. do kwietnia 2011 r. ceny surowców i akcji poruszały się niemal dokładnie w tym samym kierunku. Indeks S&P500 wzrósł w tym okresie o 16,2 proc., natomiast indeks surowcowy Thomson Reuters/Jefferies CRB zyskał na wartości 25,3 proc. Na poniższym wykresie widzimy, jak bardzo podobnie do siebie zachowują się od kilku kwartałów indeks akcji i cena ropy naftowej – korelacja między nimi wynosiła ok. 0,7 od połowy 2009 r., gdy inwestorom na światowych rynkach zaczął powracać apetyt na ryzyko. W ciągu ostatniej dekady nie obserwowaliśmy takiego zjawiska. 

Obligacje dotują akcje

Może to sugerować, że kapitał pompowany przez banki centralne w największych gospodarkach znacząco zniekształcił strukturę rynków. Taką obserwację może potwierdzać korelacja rynków akcji i obligacji, która od jest obecnie silniejsza niż kiedykolwiek na przestrzeni ostatnich 10 lat i wynosi ok. -0,92. Oznacza to, że w ciągu ostatnich sześciu miesięcy, czyli od rozpoczęcia drugiej rundy skupu obligacji przez Fed, niemal w ciemno można było powiedzieć, że kapitał przepływał na rynek akcji z rynku długu. Jeśli dość chaotyczne kreski na załączonych wykresach nie są wystarczającym potwierdzeniem tezy, że banki centralne (z naciskiem na amerykański) popsuły nie tylko własną walutę, ale również inne rynki finansowe, można dodać, że w I kw. 2011 r. największy na świecie fundusz obligacji zaczął pozbywać się amerykańskich papierów skarbowych. Zarządzający funduszem PIMCO spodziewają się, że gdy na rynku długu zabraknie popytu generowanego przez Fed, mało kto będzie chciał trzymać w portfelu obligacje USA i kilka miesięcy przed zakończeniem programu skupu obligacji przez bank centralny przystąpili do manewru wyprzedzającego. 

Obecny brak korelacji między dolarem i cenami akcji kontrastuje z zależnością między tymi aktywami sprzed dwóch lat, kiedy niemal ze stuprocentową pewnością mogliśmy powiedzieć, że wzrostowi wartości jednego z nich będzie towarzyszyć spadek ceny drugiego. Dziś na inwestorów z rynków akcji działają już nie tylko wahania kursów walut, bo te coraz częściej zależą od decyzji banków centralnych, nie od niewidzialnej ręki rynku. Jeśli zapoczątkowany niedawno odpływ kapitału z amerykańskiego rynku okaże się trwałym zjawiskiem, konsekwencje powinny być korzystne dla przeciętnych inwestorów lokujących kapitał na giełdzie, ale jednocześnie negatywne dla tzw. zwykłych obywateli. W końcu to, co określamy potocznie mianem „drożyzny” jest bezpośrednią pochodną słabego dolara i drożejących na światowych rynkach surowców.