Kto to do diabła jest ta klasa średnia? – pytał przekornie konserwatywny premier Wielkiej Brytanii z przełomu lat 50 i 60. Harold Macmillan, gdy młodsi doradcy przekonywali, że trzeba się otworzyć na rosnący w siłę środek elektoratu. Nawet dziś, gdy politycy ze wszystkich stron ideologicznej barykady prześcigają się w zdobyciu opinii najlepszego reprezentanta klasy średniej, trudno precyzyjnie odpowiedzieć na pytanie Macmillana.

>>> Czytaj też: Nowa klasa średnia z Azji zmieni oblicze świata

Większość krajów po swojemu definiuje bowiem middle-class. Niemiecki Instytut Badań nad Gospodarką (DIW) zalicza do niej osoby, których dochód sytuuje się między 70 a 150 proc. średniej krajowej. Oznacza to rocznie 12 a 25 tys. euro netto (w więc z grubsza 1 – 2 tys. euro miesięcznie na rękę). Taką definicję spełnia dziś ok. 60 proc. niemieckiego społeczeństwa. W USA z kolei według popularnego modelu Williama Thompsona i Josepha Hickeya klasą średnią są wszyscy, których dochody na gospodarstwo domowe przekraczają 35 tys. dolarów rocznie. W Polsce też nie ma jednej odpowiedzi na klasowy problem. Większość badań socjologicznych określa klasę średnią jako wszystkich tych, którzy nie są biedni lub się za takich nie uważają. Patrząc na sprawę pod tym kątem, jest świetnie. Odsetek tych, którym nie brakuje środków do życia, wzrósł od początku lat 90. z 26 do 72 proc. Ale już gdy dwa lata temu The Future Laboratory badał polską klasę średnią na zlecenie Mastercard, założył, że zaczyna się ona od rocznych dochodów na poziomie 50 tys. złotych brutto (4,2 tys. miesięcznie). A według zeznań PIT takich ludzi było wówczas w Polsce zaledwie 4 proc. Z braku jednej precyzyjnej definicji większość ekonomistów godzi się więc na pewien kompromis: klasą średnią jest ten, kto mógłby na koniec miesiąca bez trudu odłożyć przynajmniej jedną trzecią dochodu. I ewentualnie wydać ją na szeroko rozumiane zbytki, napędzając ekonomiczną machinę gospodarki narodowej. I tych właśnie ludzi jest na świecie coraz więcej.

Według renomowanego hinduskiego ekonomisty Surjita Bhalla od 1990 r. odsetek ludzkości, którą można określić mianem klasy średniej, wrósł z 30 do ponad 50 proc. Dzieje się tak dzięki dynamicznemu procesowi „mieszczanienia” ludnych gospodarek państw wschodzących. Z wyliczeń Bhalli wynika, że w Chinach liczba przedstawicieli klasy średniej skoczyła w tym okresie z 15 do 62 proc. populacji. Podobną – choć nieco mniej dynamiczną – tendencję widać w Indiach, kraju dużo mniej od Chin egalitarnym. Według tamtejszej National Council for Applied Economic Research na początku obecnej dekady do klasy średniej można było zaliczyć ledwie 5 proc. hinduskiego społeczeństwa. W 2015 r. odsetek sięgnie 20 proc., a w 2025 r. 40 proc. Te zmiany sprawią, że w liczbach bezwzględnych w 2030 r. nowych mieszczan będzie na świecie dwa razy więcej niż dziś.

>>> Polecamy: Oto firmy, które przetrwają w XXI wieku

Dynamiczny rozwój klasy średniej w tej części świata jest właściwie przesądzony. Niezależnie od tego, czy gospodarkom Chin i Indii uda się utrzymać dwucyfrowe tempo wzrostu z ostatniej dekady. Dzieje się tak dlatego, że większość państw rozwijających się osiągnęła tzw. sweet spot of growth (idealny punkt wzrostu), czyli moment, gdy kraj maksymalnie korzysta z tego, że dzięki taniej sile roboczej jego produkty są bardzo konkurencyjne, a presja na wzrost cen i płac nie jest jeszcze zbyt silna. Ten „moment” zawsze wiąże się z szybką urbanizacją, wielkimi migracjami ze wsi do miast i gwałtownym zwiększaniem się produktywności siły roboczej. Nie trwa wiecznie, choć zwykle na tyle długo (kilka dekad), by wejść do historii jako okres przyspieszonych przemian społecznych. Zachód przeżywał takie momenty dwukrotnie: między wojnami napoleońskimi a pierwszymi kryzysami finansowymi lat 90. XIX wieku, a potem w latach 1950 – 1980. Właśnie wtedy rodziła się syta zachodnia klasa średnia. Dziś swoje pięć minut mają nowi mieszczanie z Azji.

Nie znaczy to jednak, że na Zachodzie klasa średnia się zwija. Jest dokładnie odwrotnie. Kilka dni temu instytut BritainThinks poinformował, że aż 72 proc. Brytyjczyków uważa się za członków klasy średniej (białe kołnierzyki), a zaledwie dwadzieścia kilka czuje się reprezentantami tzw. working class, czyli pracującej klasy niebieskich kołnierzyków. Jeśli porównać to z podobnymi badaniami sprzed dwudziestu lat, proporcje się odwróciły. Jeszcze w 1986 r. 66 proc. badanych twierdziło, że należy do niebieskich, a tylko 28 do białych kołnierzyków. W wielu innych krajach Zachodu wyniki są podobne. Powodem jest oczywiście zmiana typu pracy, przesunięcie z sektora przemysłowego do usług i pojawienie się nowego typu zdalnych prac okołointernetowych. Niekoniecznie idzie za tym wzrost zarobków nowej klasy średniej. W przeważającej mierze rolę odgrywa samoocena dużej części pracujących. Jednak nawet to nie zmienia faktu, że trend jest optymistyczny. O przydatności klasy średniej dla gospodarki świadczy bowiem przecież nie tylko zawartość portfeli (zwłaszcza dopóki są grube), ale również (a może przede wszystkim) inne podejście do pracy, większa mobilność, samodzielność i poczucie, że ekonomiczny los spoczywa w naszych rękach. Skoro tak, to im więcej klasy średniej, tym lepiej.