Bez Dona Valentine’a Steve Jobs nie byłby w stanie zbudować potęgi Apple’a, a Larry Ellison Oracle’a. Bez niego nie byłoby Yahoo, zaś Larry Page i Siergiei Brin nie stworzyliby Google’a i nie uczynili z niego pierwszego globalnego koncernu na miarę XXI wieku. Don Valentine, szef funduszu Sequoia Capital, nieprzerwanie od prawie czterech dekad realizuje swoją misję – pomaga w rozwoju firmom nowych technologii. Jest w tym tak skuteczny, że przylgnął już do niego przydomek „dziadka Krzemowej Doliny”.

>>> Czytaj również: Bańka społecznościowa w końcu pęknie. Tylko Facebook przetrwa

Mimo 78 lat Valentine nic nie stracił z biznesowego wigoru i przenikliwości. Ostatnio zainwestował 27,5 mln dol. w kalifornijską firmę Square, która zapowiedziała stworzenie systemu płatności elektronicznych dla wszelkiej maści urządzeń przenośnych, takich jak smartfony czy tablety. Square pozostaje wielką niewiadomą – prace nad projektem są dopiero we wstępnej fazie, na dodatek wiadomo, że nad podobnymi rozwiązaniami głowią się już także giganci rynku, jak Google, Apple i Nokia. Jedyną gwarancją ewentualnego sukcesu jest nazwisko założyciela Square – to Jack Dorsey, twórca mikroblogowego portalu Twitter.

Czas na Chiny

Z kolei kilka tygodni temu magazyn „Fortune” podał informację, która wlała nadzieję w serca początkujących biznesmenów: Sequoia Capital tworzy nowy fundusz inwestycyjny, który na początek został zasilony 1,3 mld dol. (z nieoficjalnych informacji wynika, że ostatecznie środki, którymi będzie dysponował, mogą być nawet dwukrotnie większe). Jego głównym zadaniem będzie wyszukiwanie obiecujących amerykańskich firm hi-tech i kupowanie w nich udziałów, dzięki czemu zyskają pieniądze na rozwój. Nagrodą dla SC, bardzo często liczoną w dziesiątkach milionów dolarów, będzie komercyjny sukces start-upu i gwałtowny wzrost jego wartości.

>>> Zobacz również: Microsoft skarży się w Komisji Europejskiej na Google'a

Nowością jest to, że fundusz ma działać na podobnych zasadach także w Chinach, które przeżywają gwałtowny rozwój biznesu hi-tech. – Zawsze skupiamy się na rynku: oceniamy jego wielkość, dynamikę, poziom i sposób rywalizacji, bo naszym jedynym zadaniem jest pomoc w budowaniu silnych firm. Jeśli odważnie i śmiało nie zaatakujesz wielkiego rynku, nie masz najmniejszych szans na stworzenie potężnego przedsiębiorstwa. A mnie nie interesuje tworzenie czegoś mikroskopijnego – tłumaczy Valentine.

W Chinach będzie miał prawdziwe pole do popisu. Tamtejszy rynek hi-tech stał się w ostatnich latach jednym z największych oraz najdynamiczniej rozwijających się. – Jak grzyby po deszczu wyrastają firmy nowych technologii, które często mają bardzo dobre pomysły, a brakuje im pieniędzy na ich realizację. Dla nich fundusz Valentine’a jest szansą na odniesienie komercyjnego sukcesu, zaś jemu firemki te oferują możliwość zarobku, jakiego nie da mu ustatkowany rynek USA – mówi „DGP” ekonomista Daniel Russel z University of Michigan.

>>> Polecamy:  Bill Gates pod ostrzałem: były współpracownik nie zostawia na nim suchej nitki

Valentine założył Sequoia Capital w 1972 roku. Już wtedy wiedział, że interesuje go inwestowanie tylko w firmy z raczkującej wówczas branży komputerowej. – Kilkunastoletnie doświadczenie w pracy nad półprzewodnikami dało mi pewność, że czeka nas prawdziwa rewolucja – opowiada o swoich początkach.

W połowie lat 50. ubiegłego wieku przyjechał do Kalifornii ze Wschodniego Wybrzeża, dorastał i chodził do szkół w Nowym Jorku. Jego edukacji pilnie doglądał ojciec, kierowca dostawczej ciężarówki, który wybrał dla niego placówki katolickie. – Nauczono mnie w nich tak koniecznej w biznesie dyscypliny – mówi.

Gdy przybył do Los Angeles, rozpoczął pracę jako sprzedawca w Sylvania Electric, które wówczas słynęło z produkcji lamp próżniowych dla urządzeń telewizyjnych. Ta praca jednak nie była zbyt ciekawa, więc w 1959 roku zdecydował się dołączyć do powstającej właśnie firmy produkującej półprzewodniki – Fairchild. Założyło ją ośmiu inżynierów, w tym Gordon Moore i Robert Noyce – przyszli fundatorzy Intela, obecnie największego na świecie producenta procesorów komputerowych. Oni byli mózgami Fairchild Semiconductor, zaś Valentine gwarantował sprzedaż. Osiem lat później przeszedł do National Semiconductor, której dopomógł w pokonaniu finansowej zapaści.

W tamtych latach Valentine zaczął inwestować pierwsze pieniądze w nowo powstające firmy technologiczne. – Właśnie taki jest początek Sequoia Capital. W pewnym momencie zrozumiałem, że najbardziej kręci mnie pomaganie w tworzeniu nowych biznesów. A skoro można na tym jeszcze dobrze zarobić, tym lepiej – opowiadał w jednym z wywiadów.

Wygrywają niepokorni

Pierwsze pieniądze zainwestował w Atari – dziś już legendarną markę komputerowej rozrywki, oraz Apple’a. Te fundusze pozwoliły firmom na wyjście z garaży. W biznesie nowych technologii jedna inwestycja wiedzie ku drugiej. Valentine zorientował się, że obie firmy mają problemy z nośnikami pamięci. Wpompował więc gotówkę w Tandon Computers, który potrzebował jej na dokończenie prac nad 5-calową dyskietką (w 1988 roku Tandon wraz ze wszystkimi patentami został kupiony przez Western Digital, obecnie jednego z największych producentów dysków twardych). Łańcuch inwestycji sam potoczył się dalej.

Czy decyzje były opłacalne? Przekazane Cisco Systems w 1987 roku 2,5 mln dol. trzy lata później przyniosło zysk w wysokości 68 mln dol. A to niejedyne jego udane lokaty. Fundusz Valentine’a wsparł Electronic Arts – dziś jednego z największych graczy na rynku rozrywki wideo, NVIDIA – producenta kart graficznych, który zdecydował się rzucić wyzwanie dominującemu 3Dfx Interactive, czy PayPal, który jako pierwszy opracował system bezpiecznych internetowych płatności. Do dziś Sequoia Capital wsparło ponad 600 start-upów – w tym m.in. Yahoo!, Google, YouTube, LinkedIn.

Jakimi kryteriami kieruje się przy wybieraniu firm, którym pomaga? – Nie sprawdzam, jakie szkoły kończyli ich założyciele i czy są mądrzy. Interesuje mnie tylko pomysł na podbicie rynku. Jeśli ich cele i moje oczekiwania są zbieżne, wchodzimy do gry – tłumaczy Valentine.

78-letni Don Valentine mógłby już dawno przejść na emeryturę, ale wciąż pozostaje głównym rozgrywającym w Sequoia Capital. – Wciąż czuję w sobie tę pasję, która każe mi wspomagać początkujące firmy. W pamięci mam swoje doświadczenia: to były ciekawe, ale też bardzo ciężkie czasy. Dzięki mnie inni mogą mieć łatwiejszy start – mówi.

Branża odnosi się z szacunkiem dla jego dokonań: jest przez nią nazywany „dziadkiem Krzemowej Doliny”. Doceniają to, że odniósł sukces, choć nie kończył renomowanych szkół, nie miał dobrze postawionych rodziców, nie odziedziczył majątku, a kierował się tylko pewnością, że jest w stanie osiągnąć sukces. Fetują go, choć potrafił być stanowczy. Cały czas krąży po Dolinie jego powiedzenie: „Prezesi firm, którym pomagam, cieszą się moim wsparciem w 100 proc. Do czasu, aż ich zwolnię”.

O Sequoia Capital dobrze wypowiadają się również prasa oraz eksperci, którzy jednym głosem uznają fundusz za jeden z głównych motorów informatycznej rewolucji. Podkreślają też sposób, w jaki jest zarządzany: choć to prywatne przedsięwzięcie nastawione na zarobek, Valentine unikał spekulacyjnej gry i wymuszania jak największego zysku.

Teraz, gdy ma więcej wolnego czasu, szef Sequoia Capital stara się także wspomagać kolejne inicjatywy. Wraz z innymi wielkimi z Krzemowej Doliny (m.in. szefem Della) finansuje działalność organizacji Room to Read. Fundacja buduje szkoły i biblioteki dla dzieci w najbiedniejszych regionach świata. Dzięki jej pieniądzom powstało już ponad 3,6 tys. placówek, głównie w Nepalu, Wietnamie, Indiach, Laosie i Republice Południowej Afryki. Jednak w odróżnieniu od innych organizacji pomocowych, które po skończeniu projektu błyskawicznie kończą działalność w terenie, Room to Read po zbudowaniu szkoły czy biblioteki jeszcze przez trzy lata zapewnia jej finansowanie. Daje to czas lokalnej społeczności na znalezienie środków na ich utrzymanie.

– Edukacja to klucz do sukcesu. Świat technologii rozwija się najlepiej, gdy ludzie są dobrze wykształceni i twórczy. I niepokorni – podkreśla Don Valentine.