Tymczasem planowany na czerwiec debiut Jastrzębskiej Spółki Węglowej nie tylko wzbogaciłby budżet państwa, lecz także uwiarygodnił przedsiębiorstwo w oczach banków i kontrahentów

W czerwcu na giełdę mają trafić akcje Jastrzębskiej Spółki Węglowej, największego producenta węgla koksującego w Europie. Lepszego momentu na debiut nie można było sobie wymarzyć. W tym roku górnictwo węgla kamiennego korzysta z niebywałej koniunktury, którą podsyciła jeszcze katastrofa nuklearna w Japonii. Powoduje to, że i polskie kopalnie przynoszą rekordowe zyski. Ich prywatyzację mogą jednak zablokować potężne związki zawodowe. Do tej pory zwykle dopinały swego.

>>> Czytaj też: 20 lat polskiej prywatyzacji: pod młotek poszło prawie 6 tys. firm

Podlubelska Bogdanka w czerwcu przestanie być jedyną polską kopalnią węgla na giełdzie. Dołączy do niej JSW, a prawdopodobnie jeszcze w tym roku Katowicki Holding Węglowy po wcześniejszym połączeniu z handlującym tym surowcem Węglokoksem. – Polska musi wykorzystać koniunkturę na węgiel – deklaruje odpowiadająca za branżę wiceminister gospodarki Joanna Strzelec-Łobodzińska.

Pod koniec kwietnia do Komisji Nadzoru Finansowego powinien trafić prospekt emisyjny JSW, a do pierwszego notowania akcji doszłoby 30 czerwca. Rząd przeznaczył na sprzedaż mniejszościowy pakiet firmy, a blisko 15 proc. papierów otrzyma załoga. Wartość oferty może wynieść 3,5 mld zł.

Nakarmić budżet

Jeszcze w końcu ubiegłego roku wydawało się, że pieniądze ze sprzedaży akcji Jastrzębskiej Spółki Węglowej trafią do niej na inwestycje. Teraz wiadomo już, że beneficjentem będzie budżet państwa, co na Śląsku przyjęto z trudem skrywaną irytacją. – Po co w takim razie nam cała ta prywatyzacja – pytają związkowcy.

Rząd uznał jednak, że takie dofinansowanie w dobie węglowej bonanzy nie jest potrzebne. JSW przyniosła w ubiegłym roku około miliarda złotych zysku netto. – Jesteśmy obywatelami tego państwa, a ono ma swoje potrzeby. Poza tym pozostaje właścicielem tego majątku, więc ma prawo zrobić z nim, co zechce – komentuje prezes JSW Jarosław Zagórowski.

>>> Czytaj też: Najmniejsza polska kopalnia chwali się ponad 4 mln zł zysku

Jego zdaniem upublicznienie spółki i tak będzie dla niej błogosławieństwem. Firmy giełdowe są transparentne, mają większą wiarygodność, inaczej podchodzą do nich banki i kontrahenci. To duża zmiana w przypadku górnictwa, które nie cieszy się wielkim zaufaniem ani kapitału, ani opinii publicznej. Spółka odniesie też spore korzyści finansowe. Nie będzie musiała płacić obciążającego państwowe kopalnie podatku od zysku w wysokości 15 proc. Gdyby była prywatna już w ubiegłym roku, w jej kasie pozostałoby 170 mln zł. Poza tym notowana na giełdzie JSW będzie mogła w razie potrzeby łatwo pozyskiwać stąd kapitał, emitując nowe akcje. Na przykład na akwizycje innych kopalń, o których już myśli prezes Zagórowski.

Jest też inna korzyść. Upublicznienie akcji spowoduje, że w spółce przestanie obowiązywać tzw. ustawa kominowa. Prezes spółki zarabia tylko 13 tys. zł na rękę, podczas gdy niektórzy pracownicy z dodatkami nawet trzy razy więcej. Niedawno w związku z planowanym debiutem giełdowym na Śląsk przyjechali przedstawiciele agencji ratingowej Fitch. – Rozmowa nie była na początku zbyt przyjemna – wspomina Zagórowski. – Nie mieściło im się w głowie, że czołowi menedżerowie dostają tak niskie pensje. Doszukiwali się więc układu korupcyjnego i lewych dochodów – mówi Jarosław Zagórowski.

Trudno zresztą im się dziwić, bo korupcja w górnictwie to poważny problem. W ubiegłym roku prokuratura postawiła taki zarzut 19 wysokiej rangi menedżerom, w tym kilku szefom kopalń. Proceder polegał na pobieraniu opłat za możliwość dostaw na rzecz kopalni i za terminowe wypłacanie usługodawcom należnych pieniędzy. Kopalnie obrosły też tysiącami pośredników. Efekt jest taki, że odbiorca, np. w składzie opałowym w Kołobrzegu, płaci 900 zł za tonę, trzy razy więcej niż na bramie kopalni.

>>> Czytaj też: Najniebezpieczniejsze kopalnie świata - zobacz, gdzie pracują chińscy górnicy (ZDJĘCIA)

Nie wszystkim podoba się koncepcja sprzedaży mniejszościowego pakietu akcji poprzez giełdę, bo przecież Skarb Państwa wciąż zachowa kontrolę nad działaniem kopalń, a rząd nie jest dobrym właścicielem. – Najlepszy dla spółek węglowych byłby inwestor strategiczny, bo podnosi wiarygodność kredytową, a i sam może udzielić pożyczek czy dać na nie gwarancje – mówi z kolei prof. Krzysztof Żmijewski z Politechniki Warszawskiej. Żmijewski widziałby w tej roli firmy energetyczne. Zabezpieczałyby sobie ciągłość dostaw, uniezależniały się od wahań cen na rynku, a kopalnie miałyby inwestora zainteresowanego ich rozwojem.

Jerzy Markowski, były ratownik górniczy i były wiceminister gospodarki, uważa, że obecna koncepcja prywatyzacji jest chybiona. Powinien powstać holding na bazie śląskich spółek węglowych, a na giełdę wprowadzano by poszczególne kopalnie, które w ten sposób pozyskiwałyby środki na inwestycje. Tak było z Bogdanką, która zdobyła 570 mln zł, czeskim New World Resources (pozyskali 700 mln zł) czy ukraińską kopalnią Sadowaja (blisko 100 mln zł). W przypadku Bogdanki pakiet 46,7 proc. kupiły OFE, płacąc do państwowej kasy 1,1 mld zł.

Ciężki węgiel

W najlepszych dla górnictwa węgla kamiennego latach 70. było ono oczkiem w głowie władz, głównym dostarczycielem życiodajnych dewiz. 76 kopalń zatrudniających 430 tys. osób wydobywało wówczas blisko 200 mln ton węgla. Dziś w 32 kopalniach pracuje 110 tys. górników, dostarczając go trzy razy mniej.

Ostatnią nową kopalnię, Budryk, otwarto w 1994 roku. Od tego czasu zamknięto 24 inne. Nie buduje się nowych szybów i pokładów. – Kolejne władze uznały, że węgiel jest skończony – ocenia Jerzy Markowski, który w latach 90. był pełnomocnikiem rządu ds. restrukturyzacji branży. – Teraz nasze kopalnie są jak stary telewizor, który zużywa dużo prądu. Mają ogromne koszty wynikające głównie z niedoinwestowania.

Z powodu wielkich zaległości, zdaniem prezesa JSW Jarosława Zagórowskiego, na inwestycje w górnictwie trzeba wydać do końca dekady ponad 50 mld zł. Większość kopalń doszła do wieku, w którym powinny przejść na emeryturę. To dla nich 30 – 40 lat. Muszą dostać nowy impuls, by przedłużyć życie o kilkanaście, czy nawet kilkadziesiąt lat.

Tymczasem wydobycie węgla jest coraz trudniejsze, bo trzeba po niego głębiej sięgać. Na dużych głębokościach temperatura rośnie średnio o jeden stopień co 35 metrów, co zmusza do instalowania kosztownych systemów klimatyzacji. Rośnie też koszt zabezpieczeń związanych z przepisami bhp, choć i tak nie da się zapobiec wypadkom śmiertelnym. We wrześniu 2009 r. dwunastu górników zginęło, kiedy zapalił się metan w kopalni Wujek w Rudzie Śląskiej.

Hamulcem rozwoju górnictwa jest też, zdaniem prezesa Zagórowskiego, podejście niektórych samorządów. Gminy są zainteresowane ściąganiem jak najwyższych opłat, ale nie chcą się godzić na budowę nowych kopalń ani nawet na rozbudowę starych. Tymczasem dla samorządu znajdująca się na jego terenie kopalnia jest żyłą złota. Gminy inkasują kilka miliardów rocznie z tytułu kilkunastu podatków, np. opłaty węglowej (0,5 proc. przychodów), czy z tytułu szkód górniczych (9 proc.). Kopalnie spierają się teraz z nimi o tzw. podatek od budowli podziemnych, czyli jakieś 5 mld zł. Z tych właśnie pieniędzy powstały liczne akwaparki czy hale sportowe. – Rozbudowie kopalń sprzeciwiają się teraz samorządy, które jeszcze w latach 90. protestowały przeciw ich zamykaniu – dziwi się Markowski.

W efekcie z eksportowej potęgi staliśmy się importerem węgla, którego przywozi się dwa razy więcej, niż sprzedaje za granicę. Zwłaszcza na północy i wschodzie kraju elektrownie zasmakowały w tanim surowcu z Rosji, USA, a nawet Kolumbii. Wydobycie węgla w Polsce cofnęło się do poziomu sprzed wojny – w ubiegłym roku na powierzchnię wyjechało 76 mln ton, prawie dwa razy mniej niż w połowie lat 90. Tymczasem w ciągu ostatnich 15 lat światowe wydobycie wzrosło z 3,5 mld do 5,5 mld ton.

Związki grożą strajkiem

Wielkim zagrożeniem dla upublicznienia akcji JSW jest konflikt jej zarządu oraz prowadzących prywatyzację resortów gospodarki i skarbu ze związkami zawodowymi. Sytuacja w kopalniach jest bardzo napięta. W JSW odbywa się od wczoraj referendum, w którym załoga ma się wypowiedzieć w sprawie akcji protestacyjnej ze strajkiem włącznie. Związkowcy nie tylko sprzeciwiają się sprzedaży akcji JSW, lecz także domagają się podwyżki płac o 10 proc. Skoro bowiem wyniki kopalń są tak dobre...

– To żądanie nie do spełnienia. Nie możemy ot tak zwiększyć kosztów firmy aż o 200 mln zł rocznie – mówi Zagórowski i deklaruje, że znalazłby pieniądze pod warunkiem zmian w systemie płac. Chodzi o to, by płacić więcej nie za samo przyjście do pracy, ale za wyższą wydajność. W ten sposób można uruchomić ogromne rezerwy.

Na to jednak nie przystają związki. – Często nie da się już więcej wycisnąć z ludzi. Chcą nas skłonić do pracy w wolne soboty, a to byłoby złamaniem porozumień jastrzębskich – mówi Wacław Czerkawski, wiceszef Związku Zawodowego Górników w Polsce. Czerkawski nie wierzy w zapewnienia ministra skarbu, że prywatyzując JSW, docelowo zachowa kontrolę państwa. Sprzedając akcje Bogdanki, pozbyto się większości udziałów. Zdaniem Zagórowskiego związkowcy negują prywatyzację ze względów programowych. Zawsze byli jej przeciwni. Wolą system państwowy, bo zawsze mogą interweniować u właściciela. Teraz zresztą mają z tym kłopot, bo nadzór nad kopalniami ma dwie głowy. Ustawa kompetencyjna m.in. przekazująca kopalnie z gestii Ministerstwa Gospodarki do prowadzącego prywatyzację JSW resortu skarbu ugrzęzła w Sejmie.

Trudno wyobrazić sobie debiut JSW i uzyskanie godziwej ceny w warunkach niepokojów społecznych. Związkowcy wiedzą o tym i twardo stawiają sprawę. Wiedzą też, że zbliżają się wybory, a wtedy determinacja każdego rządu topnieje jak wiosenny śnieg. Są trudnym przeciwnikiem. Pokazał to spór o emerytury górnicze. W 2005 r. rozwścieczeni związkowcy przyjechali autobusami do Warszawy i Sejm szybko przegłosował przedłużenie górniczych przywilejów.

W samej JSW działają aż 32 związki, które mają na etacie 71 osób. – To nie są tacy liderzy związkowi, jacy kiedyś zmieniali kraj. To ludzie, którzy znaleźli sobie fantastyczne miejsce do niepracowania i zarabiania pieniędzy – mówi Zagórowski. – Są poza prawem – dodaje.

Kiedy za nielegalny 47-dniowy strajk w Budryku zwolnił kilka osób, sąd przywrócił je do pracy. – Dowiedziałem się, że nie przestrzegałem procedury. Nie zapytałem związkowca, czy mogę go zwolnić – ironizuje Zagórowski.

Zdaniem Jerzego Markowskiego związki są demonizowane. Jack Welch, najsłynniejszy menedżer na świecie, mawia, że siła związków jest wprost proporcjonalna do niekompetencji zarządu.

Trudno się z tym jednak zgodzić. Oznaczałoby to bowiem, że praktycznie wszystkie zarządy są niekompetentne. Nie tylko Zagórowski podpadł związkowcom. W lutym zarząd Kompanii Węglowej oskarżył o zniesławienie liderów „Sierpnia 80”, w tym Bogusława Ziętka, kandydata na prezydenta w ubiegłorocznych wyborach. Poszło o słowa dotyczące „mafii, która rządzi górnictwem” i zajmuje się m.in. „kradzieżą węgla na ogromną skalę”.

W JSW niemal bez przerwy toczy się wojna podjazdowa, ale też związkowcy trafili na godnego przeciwnika. Pochodzący ze Starego Sącza 41-letni Zagórowski jest tak twardy i pewny siebie, że działacze są przekonani o jego mocnych plecach w Warszawie. Był wcześniej wysokiej rangi urzędnikiem resortu gospodarki. W bojach ze związkowymi liderami jest zaprawiony, w ciągu czterech lat prezesury w JSW przeszedł ich wiele. Jednak związki pokonać trudno. W 2009 r. chciał wprowadzić jednolity układ zbiorowy pracy i zlikwidować jedną trzecią związkowych etatów (to ostatnie dałoby 6 mln zł oszczędności). Odpowiedź była błyskawiczna – obrzucenie petardami i zamurowanie wejścia do siedziby JSW. Związkowcy demonstrowali nawet po blokiem w Tychach, w którym mieszka, niosąc transparenty: „Zagórowski, ręce precz od naszych kopalń” i „Stop podstępnej prywatyzacji”. Sąsiadom rozdawali ulotki z wizerunkiem prezesa w więziennym ubraniu i kajdankach. Ale i Zagórowskiemu nie można odmówić poczucia humoru. Kiedy niedawno związkowcy zaczęli się domagać podwyżek, napisał do nich list z prośbą o wypożyczenie kilku flag. „W związku z zamrożeniem płac zarządu JSW na poziomie 2009 r. solidaryzujemy się z Waszymi postulatami. Deklarujemy, że państwa flagi zostaną wykorzystane do oflagowania biura zarządu” – napisał. Związkowcy uznali to za kpiny i prowokację.

– To nie jest człowiek dialogu. Poszedł na wojnę ze związkami. Wprowadza nowe zarządzenia w formie dyktatu – mówi Czerkawski. – Słyszałem, że był właśnie z wizytą u metropolity katowickiego Damiana Zimonia. Może to przełom, zreflektował się i zrobił pokutę. Lepiej późno niż wcale – mówi Czerkawski.

Związkowcy domagają się gwarancji zatrudnienia na dziesięć lat i utrzymania przywilejów. To m.in. emerytura po dwudziestu pięciu latach pracy, barbórka, czternastka, deputaty węglowe, bony żywnościowe, a nawet tzw. piórnikowe, czyli dodatek na przybory szkolne dla dzieci.

Górniczy urobek

Zarówno władze spółki, jak i minister skarbu Aleksander Grad wiedzą, że związkowców mogą spacyfikować jedynie pracownicy spółki. Marchewką są akcje firmy. Początkowo miały je dostać jedynie osoby zatrudnione w spółce w 1993 r., czyli 10 z 22 tys. składających się na obecną załogę (plus zatrudnieni wówczas obecni emeryci), ale w resorcie zdali sobie sprawę, że nie ma sensu dzielić górników. Choć formalnie decyzja jeszcze nie zapadła, wygląda na to, że akcje dostaną wszyscy pracownicy, a ich liczba będzie zależała od wysługi lat. Na głowę przypadłoby ponad 30 tys. zł, a po debiucie wartość ta może jeszcze wzrosnąć.

Wskazuje na to przykład Bogdanki, której kurs poszybował w ciągu półtora roku z około 70 do 130 zł. Górnicy ze Śląska bacznie obserwują jej rozwój po prywatyzacji. W tym roku działająca w znacznie trudniejszych warunkach geologicznych Bogdanka planuje wzrost wydobycia o milion ton, do ok. 7 mln ton, a jej portfel zamówień jest pełny. W cztery lata spółka chce zwiększyć wydajność o ponad 80 proc., co powinno znaleźć odzwierciedlenie w dalszym wzroście kursu akcji. O tym, jak łakomym jest kąskiem, może świadczyć to, że próbowała ją bez powodzenia przejąć w ubiegłym roku czeska firma New World Resources. Czesi mają już w Polsce kopalnię Silesia.

W zarządzie JSW dostrzegają zmianę nastawienia górników. W trakcie grudniowych uroczystości barbórkowych spotykają się w karczmach piwnych, gdzie podczas biesiady śpiewają, opowiadają dowcipy i dają sobie zabawne prezenty nawiązujące do wydarzeń z ostatniego roku. – Dużo żartowali z prywatyzacji, dostałem dzwonek giełdowy, imitacje papierowych akcji. A jeśli ktoś się z czegoś śmieje, to znaczy, że się nie boi. Rośnie świadomość wśród załogi, że prywatyzacja to nic złego – mówi Zagórowski.

Po debiucie giełdowym pracownicy JSW powinni być zainteresowani wzrostem wartości firmy, a więc związkowcy znajdą się pod presją. Pomoże to w reorganizacji pracy kopalń i szukaniu oszczędności. Związki sprzeciwiają się na przykład jakiemukolwiek wydłużeniu czasu pracy powyżej pięciu dni w tygodniu, choć to fikcja. Górnicy często pracują w sobotę, ale aby przestrzegać przepisów, robią to już pod innym szyldem, na zlecenie spółki zewnętrznej, którą zatrudnia kopalnia. Kolejny górniczy absurd to możliwość korzystania z niezwykle drogich maszyn górniczych tylko przez 3,5 godziny na zmianę, a wydłużenie tego czasu jest niemożliwe bez zgody związków.

Kopalnie można było sprywatyzować dziesięć lat temu. To był czas koniunktury na węgiel, a spółki zostały oddłużone. Skończyło się na zapowiedziach. Teraz rząd musi się pospieszyć, by wykorzystać powrót koniunktury, bo nie wiadomo, ile ona potrwa.

Tak naprawdę ruszyła już pięć lat temu, gdy szybko zaczęło rosnąć zapotrzebowanie w Chinach i Indiach. Obie potęgi sprowadziły w ubiegłym roku 190 mln ton węgla, czyli aż 10 razy więcej niż w 2003 r. Po drodze doszło tylko do chwilowego załamania cen w drugiej połowie 2008 r. w związku z rozpoczynającym się kryzysem gospodarczym, który ograniczył światowy popyt. Ostatni rok to wzrost cen węgla podążającego za drożejącą ropą naftową.

Cenę czarnej skały wywindowała ostatnio powódź w Australii z początku tego roku, która spowodowała, że nie wyprodukowano 40 mln ton. Zabrakło więc jednej dziesiątej surowca dostępnego w handlu światowym. I nie było jak tego uzupełnić. Z kolei katastrofa w Japonii powoduje dodatkowe zwiększenie zapotrzebowania na węgiel w tym kraju, a był on już wcześniej największym importerem na świecie. Z kolei Niemcy zamroziły jedną trzecią swego potencjału w energetyce jądrowej, co wpłynęło na zwiększenie zamówień paliw kopalnych. Nawet przewodniczący europarlamentu Jerzy Buzek przyznał, że będzie teraz potrzebne nowe spojrzenie na takie paliwa.

O rynek krajowy kopalnie nie muszą się martwić. Węgiel pokrywa 95 proc. polskiego zapotrzebowania na energię (z tego 65 proc. przypada na kamienny). Brakuje siłowni na ropę i mamy ledwie jedną niedużą na gaz. Budowa pierwszej elektrowni atomowej odwleka się i zdaniem Krzysztofa Żmijewskiego prąd popłynie z niej najwcześniej w 2024 r. Dlatego dla węgla nie ma alternatywy. A starczy nam go na 200 lat, biorąc pod uwagę tylko udokumentowane złoża. Może to być dłuższy okres, jeśli wprowadzi się na dużą skalę tzw. gazyfikację węgla. To jedna z technologii przyszłości. Surowiec poddaje się działaniu gorącej pary przy jednoczesnym dodawaniu tlenu lub powietrza. W procesie tym powstaje gaz, który można wykorzystać w energetyce. – Zwielokrotnia się w ten sposób potencjał złóż, bo można je wykorzystać do kilku kilometrów w głąb. Tam górnik już nie zejdzie – mówi Żmijewski.

Czy aby na pewno? Jeszcze niedawno granicą nie do przejścia wydawało się 800 metrów. Rosną jednak moce klimatyzacji, wprowadza się bardziej wytrzymałe materiały. W RPA pozyskuje się już węgiel z ponad 3,5 tys. metrów, choć jest to opłacalne tylko dzięki równoległemu wydobywaniu diamentów.

Węgiel tak cenny jeszcze nie jest, ale podrożał w kilka miesięcy o ponad jedną trzecią do 130 dolarów (w przypadku koksującego do 300 dolarów) i zdaniem analityków ceny mogą dalej rosnąć. Pomyśleć, że jeszcze w latach 90. tona czarnego złota kosztowała zaledwie 12 dolarów.