Odpowiedź na nie przyszła znacznie wcześniej, niż się większość spodziewała. Półtora roku po upadku Lehman Brothers zbankrutowała Grecja, rok później Irlandia, a ostatnio Portugalia. Zapewne niektórych razi sformułowanie „zbankrutowała” w odniesieniu do krajów, które nie ogłosiły niewypłacalności, a zwróciły się o pomoc finansową do UE i MFW. Ale przecież konieczność przyjęcia takiej pomocy nie jest niczym innym jak ogłoszeniem niewypłacalności. Grecja zapłaciła za lata socjalizmu, zbyt sztywnych przepisów regulujących życie gospodarcze, życia ponad stan, za stały przyrost długu i oszukiwanie w statystykach. Wprowadzane teraz tam reformy polegają na odejściu od rozwiązań socjalistycznych, zwiększeniu konkurencji na rynku, redukcji socjalnych prezentów, na które państwa nie stać. Podobnie jest w Portugalii, która w skali mniejszej niż Grecja popełniła podobne błędy. Sztywny rynek pracy, przywileje socjalne, rosnący dług, wysokie płace w relacji do wydajności i w efekcie niekonkurencyjna gospodarka. Przykład Irlandii jest o tyle inny od dwóch wcześniej opisanych, że główną przyczyną problemów fiskalnych nie był tam socjalizm, lecz wielkość sektora bankowego w tym kraju. Banki irlandzkie okazały się za duże jak na możliwości gospodarki i ich ratowanie kosztowało 20 proc. irlandzkiego PKB. Gdyby tę samą kwotę na ratowanie swych banków miał przeznaczyć rząd niemiecki, byłoby to jedynie 1,2 proc. niemieckiego PKB.

Dziś jednak wszystkie kraje, które znalazły się w finansowych tarapatach, odchodzą od rozwiązań socjalistycznych. Następują w nich ograniczanie roli państwa, deregulacja, a wybory wygrywa opozycja, która obiecuje kontynuację lub jeszcze bardziej radykalne reformy. W Polsce, której udało się uniknąć recesji w kryzysie, gdzie dług co prawda rośnie, ale jest wciąż poniżej średniego poziomu europejskiego, nastrój debaty i retoryka są zupełnie inne. Coraz częściej słychać tu tony socjalistyczne.

W debacie o OFE najważniejsze partie polityczne poparły zwiększenie roli państwa w temacie emerytur. Ważni urzędnicy państwowi pośrednio krytykują wprowadzony w 1999 roku system emerytalny za to, że relacja emerytury do ostatniej płacy będzie niższa niż w starym systemie. A emerytury nie biorą się z niczego. Chyba nie chodzi o to, aby powrócić do systemu rodem z PRL-u, gdzie obiecywano wysokie nierealne świadczenia. Obietnice takie musiały być okupione wysokim opodatkowaniem pracy, co ograniczało potencjał polskiej gospodarki i wysokość realną przyszłych wypłat. W systemie, w którym emerytura jest pochodną momentu przejścia na nią i wysokości uzbieranych składek, jej wysokość będzie zależna od przebiegu kariery zawodowej każdego z nas. I od tempa wzrostu gospodarczego w tym okresie. Utyskiwanie na niską stopę zastąpienia przy niezmienionym wieku emerytalnym jest mało konstruktywne. Lepiej zaproponować takie rozwiązania, które spowodują, że ludzie będą dłużej pracować, i dzięki którym tempo wzrostu gospodarczego będzie wyższe. Jedną z takich reform jest fundamentalna zmiana zasad obowiązujących w rolniczym systemie ubezpieczeniowym, ale nie ze względu na oszczędności, ale po to, aby zmienić formę aktywności osób pracujących w rolnictwie. Także urynkowienie usług zdrowotnych, wprowadzenie współpłacenia w służbie zdrowia, większa konkurencja w obszarach o dominującej roli państwa (np. koleje). Zamiast tego mamy „troskę” o konkretne grupy zawodowe, które nie powinny pracować do 65. roku życia. W XXI wieku, gdzie znika pojęcie zawodu jako takiego, kiedy ludzie w ciągu swej kariery zawodowej dwa lub trzy razy muszą się przekwalifikować, myślenie w kategoriach zawodów i ich przywilejów nie ma sensu.

Retoryka socjalna zbierze owoce. Przysłuchując się debacie publicznej w Polsce, można mieć wrażenie, że znacznie bardziej wolnorynkowe są polskie media niż klasa polityczna.