Także w Polsce banknot z Waszyngtonem był najtańszy od jesieni 2008 roku, a więc od momentu wybuchu kryzysu.

To efekt przedwczorajszej zapowiedzi Bena Bernanke, prezesa Rezerwy Federalnej, że polityka niskich stóp procentowych będzie kontynuowana. Wczoraj doszły kolejne złe wiadomości: departament handlu podał, że w pierwszym kwartale tego roku PKB USA wzrósł w ujęciu rocznym o zaledwie 1,8 proc. wobec 3,1 proc. w ostatnich trzech miesiącach 2010 roku. Jednocześnie wzrosła po raz kolejny liczba bezrobotnych.

>>> Czytaj też: Przed nami duża niepewność na rynku dolara

Inwestorzy obawiają się, że wraz z kończeniem się w nachodzących miesiącach rządowego programu stymulacyjnego gospodarka USA zacznie dreptać w miejscu. Dlatego wolą zamienić posiadane aktywa dolarowe na waluty tych krajów, w których albo stopy procentowe są wyższe (np. w strefie euro), albo tempo rozwoju gospodarki stwarza nadzieje na większe zyski (np. w Brazylii).

>>> Czytaj też: Ben Bernanke tłumaczy się z polityki monetarnej

Rekordowo słaby kurs dolara nie jest jednak dobrą wiadomością dla Europy. Może w szczególności zagrozić szybkiemu wzrostowi eksportu Niemiec, które dziś są lokomotywą dla rozwoju całej Wspólnoty. Nie ma też co liczyć na znaczący spadek kosztów importu paliw z powodu kłopotów dolara. Kraje OPEC, widząc, że ich realne dochody z eksportu ropy spadają (handel tym surowcem jest tradycyjnie rozliczany w dolarach), będą starały się ograniczać wydobycie.

Słaby dolar jest też zagrożeniem dla stabilności całego globalnego systemu finansowego. W szczególności kraje azjatyckie, które posiadają wyjątkowo duże rezerwy walutowe w dolarach, rozważają częściowe ich ulokowanie w innych aktywach. Pekin już zapowiedział utworzenie w tym celu specjalnego państwowego funduszu.