Rynki finansowe reagują nerwowo zarówno na twarde dane – o poziomie produkcji czy wzroście PKB – jak i na słowa. Jednak nie każdego. Frazy wypowiadane przez sześć osób mogą wstrząsnąć kursami walut, doprowadzić do gwałtownych spadków lub wzrostów na giełdach. Ta szóstka ma posłuch wśród globalnych inwestorów, choć utrzymuje go za cenę pomijania demokratycznych procedur, przekraczania uprawnień, a nawet łamania prawa.

>>> Czytaj też: Miliardy euro nie pomagają. Grecja stacza się na dno

Dlatego podjęta samodzielnie przez prezesa Europejskiego Banku Centralnego decyzja o zakupie obligacji Hiszpanii i Włoch, choć gwałci fundamentalne zapisy traktatu z Maastricht, nie tylko nie wywołała oburzenia, ale została przyjęta z ulgą. Okazało się, że Jean-Claude Trichet może uspokoić sytuację w strefie euro. Oprócz niego do wielkiej szóstki należą: szef Fed Ben Bernanke, prezydent USA Barack Obama, kanclerz Niemiec Angela Merkel, prezydent Francji Nicolas Sarkozy i prezydent Chin Hu Jintao.

– Każdy kraj musi być odpowiedzialny za swoje finanse. Inaczej straci zaufanie partnerów – to ostrzeżenie wypowiedziane w Pekinie przez chińskiego przywódcę podczas wizyty wiceprezydenta USA Joe Bidena 16 sierpnia wywołało panikę wśród inwestorów. Hu Jintao, który zyskał przydomek „uładzonego szczekacza”, mógł bowiem mieć na myśli najgorsze: kraj, który zgromadził rezerwy walutowe w wysokości 3 bln dol., przestanie kupować amerykańskie obligacje, spychając tym samym gospodarkę USA na skraj przepaści.

Ben Bernanke zwykle tak bezpośredni nie jest. – Większość instrumentów, które mogłyby zapobiec recesji w USA, znajduje się poza zasięgiem Fed – oświadczył w ubiegłym tygodniu. I natychmiast uruchomił falę spekulacji: czy w takim razie bank centralny szykuje się do wpompowania kolejnych setek miliardów dolarów pustego pieniądza czy przeciwnie, nadchodzi czas na zaciskanie pasa. Ten, którego określa się przydomkiem „amerykańskiej Pytii” i tym razem wolał poprzez dwuznaczność zachować dla siebie spore pole manewru.

Trichet, człowiek taran, z każdym miesiącem staje się natomiast coraz bardziej bezpośredni. – To, że rynki finansowe nie działają prawidłowo, wynika z winy rządów – powiedział w minioną sobotę w Brukseli, odrzucając tym samym zarzuty, że EBC wbrew prawu skupuje skalę obligacje Grecji i Włoch.

Stanowcza zdaje się też kanclerz Angela Merkel. – Nie można ulegać pokusie łatwych rozwiązań. Pomysł emisji euroobligacji nie wchodzi w grę – stwierdziła po ostatnim szczycie w Paryżu, podczas gdy prezydent Francji Nicolas Sarkozy kiwał z aprobatą głową. Determinacja „zastraszonego duetu” jest jednak pozorna. Od wybuchu kryzysu w 2008 roku ta dwójka zmieniała zdanie jak rękawiczki, choćby w sprawie tego, czy bogatsze kraje strefy euro powinny ratować biedniejsze. Dlatego część analityków podejrzewa, że im słowa Merkel i Sarkozy'ego są twardsze, tym ich rzeczywiste wahania większe.

Mistrzem frazy jest natomiast bez wątpienia Barack Obama. Autor słynnego „yes, we can” ostatnio wymyślił nową figurę retoryczną. – Amerykańska gospodarka jest jak człowiek, który przeżył zawał. Żyje nadal, ale już nie tak samo jak przedtem – powiedział w zeszłym tygodniu. To słowa „optymisty na rozdrożu”: przywódcy, który nie wie, czy priorytetem powinna być dziś walka z biedą i bezrobociem, jak podpowiada mu serce, czy raczej uzdrowienie finansów publicznych, jak doradza rozum.

Czyny ważniejsze od prawa

Dyktatorski charakter reżimu w Pekinie nie ulega wątpliwości. Jednak zdaniem ekspertów także pozostała piątka postaci kluczowych dla rynków finansowych coraz częściej przekracza swoje uprawnienia. – Mechanizmy podejmowania decyzji w Unii Europejskiej, ale także w Stanach Zjednoczonych, zostały pomyślane na spokojne czasy. Nie sprawdzają się w walce z największym kryzysem gospodarczym od trzech pokoleń, będącym zarazem pierwszym, w którym rynki finansowe działają w ramach globalnej gospodarki – wskazuje w rozmowie z „DGP” Fabian Zuleeg, ekspert brukselskiego European Policy Center.

Gdy idzie o Amerykę, wątpliwości dotyczą prawa prezydenta i szefa Fed do obciążenia wchodzącego obecnie na rynek pracy pokolenia Amerykanów największym do zakończenia II wojny światowej długiem. Każdy mieszkaniec USA, łącznie z niemowlakami i starcami, musi spłacić 47 tys. dol. zobowiązań publicznych i kwota ta każdego roku rośnie o kolejne 5 tys. dol. O ile przed 70 laty tak poważne zobowiązania zostały zaakceptowane przez Kongres jako konsekwencja wojny z Japonią i III Rzeszy, dziś uzasadnienie gigantycznego długu budzi wątpliwości, tym bardziej że kraj zmierza do ponownej recesji.

Polecamy: Rompuy: Rządy nie muszą zmieniać konstytucji, aby ustabilizować finanse

Zuleeg broni jednoosobowej decyzji prezydenta. – To konsekwencja przyjęcia przez George'a W. Busha w październiku 2008 roku wartego 700 mld dol. planu ratowania banków przed bankructwem. W ciągu kilku godzin zmienił on o 180 stopni przekonania polityczne i nie tylko uznał, że polityka nieingerowania przez państwo w gospodarkę nie jest dłużej możliwa, ale zdecydował, iż władze federalne zrekompensują bankom całość niespłacalnych kredytów hipotecznych – tłumaczy ekspert EPC.

Natomiast na Starym Kontynencie o tym, że strategiczne decyzje gospodarcze zostały przejęte przez nieformalny triumwirat Trichet – Sarkozy – Merkel, zdecydowały cztery czynniki: niewydolność instytucji Brukseli, brak czasu na debatę, zawężenie pola manewru demokratycznie wybranych rządów przez ogromne zadłużenie oraz brak woli politycznej budowy prawdziwe federalnych struktur władz Unii.

Najdalej poza swoje kompetencje wykroczył Jean-Claude Trichet. – Wynegocjowany na początku lat 90. traktat z Maastricht uczynił z banku centralnego przyszłej unii walutowej następcę Bundesbanku. Tak jak jego niemiecki pierwowzór EBC miał koncentrować się na jednym: utrzymaniu stabilność cen. I unikać ulegania naciskom polityków – mówi „DGP” Andre Sapir, ekspert brukselskiego Instytutu Breugla. Jego zdaniem akcja zakupu obligacji Grecji, Irlandii, Portugalii, Hiszpanii i Włoch oznacza dokładnie coś odwrotnego: przejęcie przez bank centralny czysto politycznej roli, jaką jest próba ratowania tych państw przed bankructwem.

Trichet zresztą zupełnie się z tym nie kryje: w wysłanym na początku sierpnia liście do Silvio Berlusconiego, podpisanym wspólnie ze swoim następcą na stanowisku szefa EBC Mario Draghim, precyzyjnie wymienia cięcia budżetowe i transakcje prywatyzacyjne, które ma przeprowadzić włoski premier.

Tak radykalna zmiana charakteru działania Europejskiego Banku Centralnego wymaga debaty i jednomyślnego zatwierdzenia przez parlamenty wszystkich krajów Unii. Ale nie ma na to czasu. – Od momentu rozpoczęcia negocjacji w sprawie powołania unii walutowej do ostatecznego wejścia jej w życie minęło osiem długich lat. Tyle zajęło 12 państwom ówczesnej Wspólnoty wynegocjowanie i ratyfikacja fundamentalnej dla nich decyzji: oddanie suwerenności w kwestiach walutowych, w zamian za utrzymanie jedności europejskiej – przypomina Sapir.

Spekulanci górą

Rynki finansowe działają jednak nie w skali lat, miesięcy czy tygodni, ale co najwyżej dni, o ile nie godzin. Gdy pod koniec lipca w wywiadzie dla dziennika „La Repubblica” Berlusconi ostro skrytykował swojego ministra finansów Giulio Tremontiego z powodu, jego zdaniem, zbyt ostrych cięć budżetowych, rynki finansowe wyciągnęły z tego prosty wniosek: drugi (po Grecji) najbardziej zadłużony kraj strefy euro wkrótce także może okazać się niewypłacalny. Tyle że ze względu na skalę włoskiej gospodarki (2 bln dol. wobec 300 mld dol. Grecji) jej upadek pociągnąłby za sobą rozpad całej strefy euro.

>>> Czytaj też: S&P: Papiery oparte na kredytach subprime oceniane wyżej, niż wiarygodność USA

– W niedzielny wieczór 16 sierpnia Trichet w zaciszu gabinetu w wieżowcu Eurotower we Frankfurcie nad Menem sam stanął w obliczu egzystencjalnej decyzji: pozostać wierny zapisom traktatu z Maastricht i pozwolić na rozpad unii walutowej, czy złamać prawo i ratować euro. Zdecydował się na do drugie – mówi „DGP” Neil Shearing, ekspert w londyńskiej agencji analitycznej Capital Economics. Jego zdaniem gdyby Trichet czekał na przeprowadzenie debaty w sprawie zmiany polityki EBC, rentowność włoskich obligacji w ciągu kilku dni wzrosłaby do takiego poziomu, że kraj nie byłby w stanie pożyczyć świeżego kapitału na rynkach finansowych i po prostu przestałby funkcjonować.

Trzymając się demokratycznych procedur w zwarciu w rynkami finansowymi, politycy z góry stoją na straconej pozycji. Wielkie fundusze inwestycyjne są w stanie w ciągu ułamka sekundy zmobilizować kapitał, którego wypracowanie przez największe gospodarki świata zajmuje rok. Pouczające jest zestawienie przygotowane przez OECD. Wynika z niego, że w zeszłym roku transakcje przeprowadzone na międzynarodowych rynkach walutowych osiągnęły wartość 955 bln dol. Rynek derywatów (instrumentów pochodnych) w tym samym czasie to 601 bln dol. Wymiana akcji przedsiębiorstw sprowadza się do znacznie skromniejszej kwoty 87 mld dol. Ale wartość dochodu narodowego wytworzonego w tym czasie przez wszystkie kraje świata to już zaledwie 63 bln dol.

– Wobec tego wielkiego rozdźwięku między środkami finansowymi, jakimi dysponują obie strony, jedyną skuteczną bronią polityków pozostaje psychologia. Rynki muszą mieć przekonanie, że ci, którzy posiadają realną władzę, są zdeterminowani i nie wahają się. Tylko wtedy fundusze finansowe nie rzucą ogromnych środków do ataku spekulacyjnego w obawie, że poniosą kolosalne straty – tłumaczy Shearing.

Czas nie jest jednak jedynym powodem, dla którego nie ma już miejsca na demokratyczną debatę. Równie istotne jest całkowite niedostosowanie dzisiejszych procedur do realiów globalnego rynku finansowego. Nigdzie nie widać tego lepiej niż w Brukseli.

Unia sama sobie winna

W obawie przed konkurencją ze strony któregoś z wybijających się eurokratów od wielu lat przywódcy Unii mianowali na kluczowe stanowiska w instytucjach europejskich przeciętnych, często nikomu nieznanych polityków. Dlatego Tony Blair przegrał batalię o stanowisko przewodniczącego Rady Europejskiej z Hermanem Van Rompuyem, a Carl Bildt z Catherine Ashton walkę o fotel szefa unijnego MSZ. Równocześnie jednak coraz bardziej liberalne przepisy regulujące rynki finansowe, najpierw w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii, a potem strefie euro i reszcie świata, dały inwestorom niespotykane narzędzie działania. – Dziś przychodzi nam za to zapłacić. Ani Komisja Europejska, ani Parlament Europejski w trakcie trwającego już trzy lata kryzysu nie wystąpiły z żadnym znaczącym pomysłem przełamania go, a tym bardziej inicjatywą polityczną, do której przyłączyłyby się kraje Unii. Tę pustkę ktoś musiał wypełnić – tłumaczy Andre Sapir.

Stałe miejsce wśród osób, które mają taki posłuch na rynkach finansowych, wcale nie jest jednak gwarantowane. – Trichet igra z ogniem. W ciągu ostatniego roku na kontach EBC znalazły się warte ponad 2 bln euro obligacje tak niepewnych krajów, jak Grecja, Portugalia i Irlandia. Bank nie może bez końca kupować takich papierów, bo w końcu straci wiarygodność – mówi „DGP” główny ekonomista brukselskiego Centrum Europejskich Analiz Politycznych (CEPS) Daniel Gros.

Nie tylko Trichet ma kłopoty. Pozycja Bernankego również słabnie. Prezes Fed jest zmuszony coraz częściej sięgać po niekonwencjonalne środki, aby zrobić wrażenie na inwestorach. Niecały tydzień temu nie ograniczył się do rutynowej oceny perspektyw inflacji i koniunktury gospodarczej, ale zapowiedział, że stopy procentowe w USA pozostaną na bliskim zera poziomie do końca 2013 roku. Związał sobie w ten sposób ręce w walce ze wzrostem cen, aby zachęcić banki do udzielania kredytów, by ożywić w ten sposób zamierającą amerykańską gospodarkę.

Do niedawna swojego wpływu na rynki finansowe mógł być pewien Barack Obama. Ale i jego pozycja słabnie, po tym jak okazało się, że nie jest on w stanie przekonać w Kongresie Republikanów i Demokratów do uzgodnienia wiarygodnego planu ograniczenia długu publicznego, a jego kolejne pakiety stymulacyjne nie zdołały postawić gospodarki USA na ścieżce szybkiego wzrostu. Ostrzeżeniem dla amerykańskiego prezydenta była obniżenie po raz pierwszy w historii przez agencję Standard & Poor's oceny wiarygodności kredytowej USA.

Zalążek samodestrukcji

Niespodziewanie mocną pozycję na rynkach finansowych zachowuje natomiast tandem Angela Merkel – Nicolas Sarkozy. Niekoniecznie z własnej woli. – Kanclerz bardzo długo wzdragała się przed przejęciem większej odpowiedzialności za kryzys finansowy w Europie, odmawiając w szczególności pomocy dla Grecji. Dopiero ryzyko rozpadu unii walutowej i katastrofy gospodarczej dla samych Niemiec zmusiło ją do działania. Jej strategia nie jest konsekwentna, ale nikt nie potrafi przedstawić alternatywnego modelu – mówi Andre Sapir. Jego zdaniem Sarkozy błyszczy natomiast już tylko odbitym światłem: jako konsekwentny sojusznik szefowej niemieckiego rządu sam zyskuje na wiarygodności.

To, jak bardzo rynki finansowe liczą się ze stanowiskiem obu przywódców, pokazał wieczór 16 sierpnia. Tego dnia po wielogodzinnym spotkaniu w Pałacu Elizejskim Merkel i Sarkozy przedstawili plan budowy „europejskiego rządu gospodarczego”, którego dwa najważniejsze założenia zakładały ustanowienie podatku od transakcji finansowych oraz zapisanie w konstytucjach krajów strefy euro limitu długu publicznego i deficytu budżetowego. – I nie miało znaczenia, że większość inicjatyw ogłoszonych przez Berlin i Paryż wykracza poza ich kompetencje i należy do suwerennych rządów państw członkowskich Unii. Rynki finansowe uspokoiły się, a ataki spekulacyjne na Włochy i Hiszpanię ustały – wskazuje Sapir.

>>> Czytaj też: Niemiecki rząd poparł wzmocnienie europejskiego funduszu ratunkowego

System zarządzania światem przez zespół sześciu kluczowych polityków Europy, Ameryki i Chin ma w sobie zalążki destrukcji. 27 września Angela Merkel będzie musiała zdobyć większość we własnej partii CDU/CSU dla pakietu pomocy dla Grecji, który sama skonstruowała podczas lipcowego szczytu w Brukseli. Bunt 23 deputowanych jej partii w tej sprawie pokazuje, że kanclerz zbliża się do ściany i wkrótce nie będzie mogła zobowiązać się do dalszego wspierania krajów południa Europy.

We Francji natomiast istnieje coraz większe ryzyko, że Nicolas Sarkozy przegra przyszłoroczne wybory. Największy rywal obecnego prezydenta, socjalista Francois Hollande, który w sondażach go deklasuje, nie ma ambicji wpływania na międzynarodowe rynki finansowe i woli skoncentrować się na sytuacji wewnętrznej kraju.

Jesienią ze stanowiska odchodzi Jean-Claude Trichet. Jego następca Mario Draghi co prawda podziela większość poglądów obecnego prezesa EBC, jednak w samej radzie banku przeprowadzenie kontrowersyjnych decyzji przychodzi z coraz większym trudem. Zdecydowanym przeciwnikiem Tricheta jest w szczególności szef Bundesbanku Jens Weidmann.

W Stanach Zjednoczonych pole manewru i autorytet zarówno prezydenta Obamy, jak i prezesa Rezerwy Federalnej coraz bardziej ogranicza groźba ponownej recesji. Ameryka przestaje być motorem światowej gospodarki, a międzynarodowi inwestorzy mają coraz większe wątpliwości, na ile pewna jest jej waluta.

Nawet prezydent Chin Hu Jintao nie może być pewny swego. W tym tygodniu agencja Fitch ostrzegła, że może obniżyć rating Państwa Środka z powodu kolosalnej kwoty (2,7 bln dol.) złych długów udzielonych przez państwowe banki. Coraz więcej wskazuje na to, że szybki wzrost chińskiej gospodarki w okresie kryzysu jest podtrzymywany sztucznymi sterydami.

W tej sytuacji dyrektoriat „sześciu wspaniałych” wydaje się tylko przejściowym sposobem na trzymanie w ryzach rynków finansowych. Takim, który da demokratycznym mechanizmom czas na otrząśnięcie się z kryzysowego szoku i dostosowanie do nowych realiów.