W ubiegłym tygodniu zbiegły się dwa wydarzenia pozornie niemające wiele wspólnego, mówiące jednak sporo o stanie europejskich armii i budżetów obronnych. We wtorek Litwa straciła połowę potencjału bojowego sił powietrznych, w czwartek zaś światowi przywódcy zastanawiali się w Paryżu, co dalej z Libią wyzwoloną spod dyktatury Kaddafiego. Co ma jedno do drugiego? Wspólną cechą są pieniądze, a ściślej ich wyrzucanie w błoto kosztem skuteczności sił zbrojnych.

>>> Czytaj też: Niemcy odblokują miliardy dla Libii, wkrótce zrobią to też kolejne kraje

Współczesne armie mają wiele podobieństw do nowoczesnej medycyny, są niezbędne, ale coraz droższe. Tomograf komputerowy i myśliwiec czwartej generacji kosztują krocie, ale tak jak pacjentom trudno odmówić prawa do tomografii komputerowej czy rezonansu magnetycznego, tak armiom do posiadania nowoczesnego sprzętu. Bez niego stracą wszak funkcjonalność, chyba że potencjalny przeciwnik także zechce zrezygnować z dozbrajania się, co jest założeniem wielce naiwnym. Wydatki te jednak zbytnio obciążają budżety i są na dłuższą metę nie do udźwignięcia. Krytycy amerykańskiej dominacji nad światem mówią o rozciągnięciu imperialnym USA (imperial overstrech), czyli nadmiernych wydatkach na bezpieczeństwo i zbrojenia. W parze z nim idzie jednak również rozciągnięcie społeczne (social overstrech), czyli nadmierne koszty opieki zdrowotnej i pomocy socjalnej. Tomograf oraz myśliwiec idą więc łeb w łeb w wyścigu o drenowanie kasy państw, także tych mniejszych i biedniejszych od Ameryki. Nasza służba zdrowia zrozumiała już, że nie każdy szpital może mieć tomograf i rezonans, placówki muszą się specjalizować, inaczej państwo zbankrutuje. Nie inaczej jest w siłach zbrojnych.

Tak dochodzimy do lotnictwa Litwy. We wtorek litewski myśliwiec szkoleniowo-bojowy L-39 albatros zderzył się nieopodal bazy w Szawlach z francuskim mirage’em 2000 z eskadry NATO osłaniającej niebo naszego sąsiada. Maszyna runęła na ziemię. Wypadek, jakich wiele, można powiedzieć, ale litewskie lotnictwo miało tylko dwa uzbrojone samoloty, czyli straciło połowę siły bojowej. To dobra okazja, by zapytać, po co Litwie w ogóle lotnictwo? Przecież w razie rosyjskiego ataku dwa albatrosy nie byłyby w stanie obronić litewskiego nieba nawet przez godzinę, a kosztują podatnika niemało. Wątpliwości można mnożyć. Po co krajowi z 3,5-mln populacją osobne dowództwo sił specjalnych, a i same siły specjalne? Jaką moc bojową ma armia licząca 14 ttys. ludzi? Jak długo wytrzyma w wypadku wojny z Rosją? Jedyne rozsądne z militarnego punktu widzenia rozwiązanie dla malutkiej Litwy to budowa obrony terytorialnej, uzbrojonej w standardowy sprzęt, ale na tyle powszechnej, że wciągnie potencjalnego agresora w długotrwałą wojnę partyzancką. Tymczasem Wilno zbudowało armię zawodową i chce ją uzbroić niemal na wzór amerykańskich rangersów.

Nie chodzi tu zresztą o krytykę Litwy, jest ona tylko przykładem choroby, która dotyka większość państw europejskich. Każde z nich chce mieć pełnoprawną, samodzielną armię, ale ich na to nie stać. W efekcie mają siły za słabo uzbrojone, zbyt skromne liczbowo, nieskuteczne.

>>> Czytaj też: UE znosi częściowo sankcje gospodarcze nałożone na Libię

Wszystkie te bolączki aż biły po oczach podczas wojny z Libią stoczonej głównie przez siły europejskie. Wbrew głosom sceptyków Europejczycy bez strat własnych przy zastosowaniu skromnych środków potrafili rozgromić wojska Kaddafiego. Kombinacja precyzyjnych nalotów ze szkoleniem sił rebelianckich, użyciem oddziałów specjalnych i inteligentnym planowaniem przyniosła zwycięstwo. Europa wciąż potrafi walczyć. Na tym jednak optymizm się kończy. Ta sama wojna pokazała, że żaden kraj europejski, w tym Wielka Brytania i Francja wydające na obronę najwięcej na Starym Kontynencie, nie byłby w stanie prowadzić jej samodzielnie. Brakowało samolotów, w połowie operacji skończyły się zapasy amunicji precyzyjnej i trzeba ją było na gwałt dokupować (Polska też przyłożyła się do zwycięstwa, podrzucając siłom bombardującym Libię rakiety do F-16). Jeśli zaś chodzi o zwiad satelitarny, tankowanie samolotów w powietrzu, uderzenia bezzałogowców i namierzanie celów, Europejczycy nie poradziliby sobie bez pomocy Amerykanów.

Współczesne pole walki stało się tak drogie – nawet gdy przeciwnik jest zapóźniony technologicznie jak Libia – że w zachodniej sferze cywilizacyjnej tylko Stany Zjednoczone mogą prowadzić samodzielne operacje. Inni muszą działać w ramach koalicji. Nawet to nie zagwarantuje jednak sukcesów w przyszłości. Koszty nowoczesnego sprzętu będą bowiem rosły, a nie malały, główne państwa europejskie zaś nie zamierzają zwiększać budżetów obronnych, przeciwnie, tną wydatki na armie. Według danych Sztokholmskiego Instytutu Badań nad Pokojem (SIPRI) w momencie rozwiązania ZSRR w 1991 r. Europa pokrywała 34 proc. wydatków całego NATO, USA i Kanada – 66 proc. Obecnie stosunek ten wynosi 21 proc. do 79 proc. Dysproporcji nijak nie da się wytłumaczyć problemami ekonomicznymi, w tym czasie bowiem PKB europejskich członków Paktu wzrósł o 55 proc. Najwyraźniej im jesteśmy bogatsi, tym bardziej beztroscy.

Spośród światowych gigantów tylko Europa skąpi na obronę. Gwałtownie rosną wydatki zbrojeniowe wschodzących potęg, dla przykładu w Chinach o 300 proc. od 1991 roku, w Indiach – 59 proc. Ameryka także wprawdzie chce oszczędzać, ale nadal Pentagon wydaje niemal tyle, ile armie i ministerstwa obrony wszystkich pozostałych państw razem wzięte. Rozkład twardej siły na świecie zmienia się na niekorzyść Zachodu, Europejczycy jednak wolą udawać, że wszystko pozostaje po staremu.

Stary Kontynent nie dość, że skąpi, to jeszcze trwoni topniejące budżety obronne. Każde państwo, nawet tak małe jak Litwa, chce mieć pełnowymiarową armię, wojsko bowiem pozostaje jednym z nielicznych atrybutów suwerenności w dawnym rozumieniu. W efekcie w Europie nie tylko nie ma jednego dowodzenia, ale nawet jednego rynku broni. Większa część europejskich sił zbrojnych nie jest kompatybilna względem siebie. Amerykanie mają na przykład jeden typ czołgu ciężkiego, europejczycy – cztery. Podobnie z systemami artyleryjskimi czy amunicją. Skoordynowany, ogólnoeuropejski system zakupów militarnych dałby miliardowe oszczędności i zwiększył efektywność wojsk. Kolejne zyski połączone ze wzrostem skuteczności przyniosłaby specjalizacja. Lotnictwo Litwy to aberracja, ale już wspólne lotnictwo trzech państw bałtyckich plus Skandynawii tworzyłoby znaczącą siłę odstraszającą.

>>> Czytaj też: Belgia przekaże 3 mln euro na demokrację w Libii

Na szczęście są jaskółki nadziei, na przykład współpraca Wielkiej Brytanii i Francji w pracach badawczych, rozwoju broni nuklearnej i obsłudze lotniskowców, wspólny projekt transportowców Airbusa, a wcześniej europejski projekt myśliwca Eurofighter i śmigłowca Eurocopter. Optymizmem napawa przebudowa armii skandynawskich, które mają się stać kompatybilne względem siebie. To jednak wciąż mało, potrzebujemy szerokiego podziału kompetencji pomiędzy armiami NATO, do czego zresztą gorąco namawia sekretarz generalny Paktu Anders Fogh Rasmussen. Nie każdy może mieć silne związki pancerne, znakomite siły specjalne, transport strategiczny, zwiad satelitarny, lotnictwo bojowe. Na taki luksus nie stać już nawet Wielkiej Brytanii. Polityka utrzymywania pełnych armii narodowych to dziś marnotrawstwo środków, w jej efekcie są one coraz bardziej bezsilne.

>>> Polecamy:

Chiny za dekadę będą militarną potęgą na Pacyfiku