Rząd USA pozywa do sądu banki za oferowanie toksycznych instrumentów i doprowadzenie do światowego kryzysu. Z kolei w Islandii zaczyna się proces byłego premiera Geira Haardego, oskarżonego o krach systemu finansowego. Czyżby wreszcie skończył się czas powszechnego braku odpowiedzialności za błędy i szkodnictwo gospodarcze? Niestety, co najwyżej nastał czas szukania kozłów ofiarnych.

Straty spowodowane przez ostatnie załamanie niełatwo policzyć. Wiosną 2008 r. MFW szacował, że kryzys, wówczas określany jako kredytowy, może kosztować 945 mld dol. Latem 2009 r. Commerzbank oceniał straty globalnego kryzysu finansowego na 10,5 bln dol. Teraz wiemy, że to dziesiątki bilionów dolarów m.in. w postaci pieniędzy podatników wydanych na ratowanie gospodarek i sum, które wyparowały z giełd. Elementarne poczucie sprawiedliwości domaga się wskazania winnych, choćby symbolicznego ich ukarania i wyciągnięcia wniosków.

Rządowa agencja Federal Housing Finance Agency ma wnieść pozwy m.in. przeciw Bank of America, JPMorgan Chase, Goldman Sachs, ale i instytucjom europejskim: Deutsche Bank czy Royal Bank of Scotland. Banki, a raczej ich szefowie, w pogoni za bonusami zatracili instynkt samozachowawczy. Dawali kredyty wszystkim, którym bije puls, na prawo i lewo oferowali toksyczne aktywa, często z pełną świadomością, że nie mają one wartości. Czy komuś spadł włos z głowy – poza kilkoma dymisjami oraz procesami nieostrożnych menedżerów, którzy w mailach chwalili się, jaki to szmelc wciskają głupim klientom? Nie bardzo.

Problem w tym, że adresatów pozwów powinno być więcej, w tym sam skarżący, amerykańska administracja. Horrendalne długi zaciągali w sposób nieodpowiedzialny i Barack Obama, i jego poprzednik George W. Bush. Ten ostatni, gdy zaczynał drugą kadencję, miał na koncie 7,7 bln dol. długu, oddawał władzę z ponad 10 bln dol. Za Obamy doszły kolejne 4 bln dol. i końca nie widać. A agencje ratingowe, które wystawiały wysokie oceny takim trefnym aktywom czy takiej wydmuszce jak Lehman Brothers? Też mają się dobrze. Jednak w rywalizacji o mało zaszczytny tytuł największego szkodnika zwycięstwo mogłaby odnieść Rezerwa Federalna z jej byłym szefem Allanem Greenspanem. Teraz Greenspan trochę ubolewa, pisze pamiętniki, ale „przepraszam” powiedzieć nie zamierza. A przecież to jego polityka bardzo niskich stóp (w latach 2000 – 2003 spadły z 6,5 do 1 proc.) napompowała gigantyczną bańkę na rynku nieruchomości i dała paliwo do ekscesów bankierów.

Równie szkodliwe co błędne decyzje mogą być zaniechania. „Złą rzeczą, którą zrobił, było to, że nic nie zrobił” – tak tłumaczy akt oskarżenia przeciw premierowi Islandii przewodniczący specjalnej komisji Atli Gislason. Tymczasem zwykle politycy mają się dobrze, zawsze ktoś po nich pozamiata. Co najwyżej przegrają wybory. Poprzedni socjalistyczny rząd Węgier („kłamaliśmy rano, wieczorem i w nocy”), czy mistrz kreatywnej księgowości, poprzedni rząd Grecji, nie zostały rozliczone. Jeśli zabrać się za ten ostatni, należałoby to samo zrobić z jeszcze wcześniejszym, czyli obecnym.

Podobnie w Polsce odpowiedzialność się rozmywa. Kryzys nas nie dotknął, ale błędów czy zaniechań znaleźlibyśmy aż nadto. Weźmy ostatnie 10 lat. Rząd AWS to nieodpowiedzialność w postaci socjalnych pomysłów i przyczynienie się do spowolnienia gospodarki w latach 2000 – 2002 (to ostatnie do spółki z podnoszącą stopy RPP). Rząd SLD-PSL przegrał niemal wszystkie duże inwestycje motoryzacyjne na rzecz naszych południowych sąsiadów i nie miał determinacji, by wprowadzić reformatorski pakiet Hausnera. Potem był PiS z przystawkami blokujący prywatyzację z przyczyn ideologicznych w czasie świetnej koniunktury. To oznaczało zredukowanie wpływów państwa z każdej obecnej sprzedaży z grubsza o połowę. Dorzućmy polityczny zakup rafinerii w Możejkach, za który dotąd płacą polscy kierowcy. Z kolei rząd PO-PSL to opieszałość we wprowadzaniu reform, likwidowaniu barier dla przedsiębiorczości, potężne zwiększenie zadłużenia i deficytu.

Tymczasem zamiast rozliczeń mamy farsy w postaci wniosków do Trybunału Stanu nie tych osób, co trzeba, i nie za to, co trzeba. Jakby tego było mało, niejeden szkodnik wciąż lansuje się w telewizji, opowiadając, jak za jego czasów było świetnie i raczy nas błyskotliwymi radami na przyszłość.