Młodzi psychologowie z Trójmiasta stworzyli urządzenie, które sprawdza, co naprawdę ogląda nasze oko. Lada moment ruszą z nim na podbój światowego rynku. Niebawem ruszy produkcja urządzenia i sprzedaż.

Eyetracking to coraz popularniejsza na świecie technika, które korzeniami sięga przełomu XIX i XX wieku – już wtedy próbowano zbadać, co naprawdę widzi człowiek, patrząc na obraz czy kartkę, co przykuwa uwagę i na jak długo, a co nasz wzrok ignoruje i dlaczego. Ówczesne okulografy, którymi mierzono ruchy gałki ocznej, to ogromne i skomplikowane urządzenia, sprzęt najnowszej generacji jest bardziej kompaktowy – zmieniło się również jego przeznaczenie. Wcześniej służył głównie naukowcom do badań, jak przebiega proces czytania oraz jaki związek istnieje między tym, co widzimy, a tym, co myślimy.

Współczesne eyetrackery robią furorę w przemyśle marketingowo-reklamowym. Pozwalają bowiem najbardziej obiektywnie ustalić nie tylko, jaka reklama (baner, billboard, logotyp, okładka itd.) przyciąga naszą uwagę bardziej niż inne, ale też który jej fragment szczególnie rzuca się w oczy. Wykorzystują to już agencje marketingowe i badawcze, także w Polsce, tyle że pracują one na urządzeniach produkowanych na świecie. Czwórka młodych psychologów z Gdyni postanowiła to zmienić.

Był rok 2009. Kilkoro znajomych ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej, gdzie studiowali psychologię marketingu i reklamy, umawia się na spotkanie, by pogadać o własnym biznesie. Marta Kwaśnik i Krzysztof Greliak już kończyli studia (i piszą doktorat), Jan Dobke i Arkadiusz Janeczko jeszcze studiowali (i dopiero teraz mają czas na obronę pracy magisterskiej). – Wszyscy wiedzieliśmy jedno, że nie chcemy pracować na etacie, tylko stworzyć coś własnego. Zastanawialiśmy się nad założeniem agencji badań marketingowych. Ale ktoś z nas zwrócił uwagę, że na rynku jest luka, bo jeszcze nikt nie zajmuje się na dobre eyetrackingiem. Uznaliśmy to za dobry pomysł – opowiada Jan Dobke.

Ale od początku wiedzieli, iż same badania za pomocą tej techniki to nie sztuka. Dużo większym wyzwaniem będzie stworzenie urządzenia do eyetrackingu i uruchomienie jego produkcji.

W polskiej Dolinie Krzemowej

Musiała to być wtedy odważna decyzja – żadne z nich nie miało doświadczeń w biznesie ani wielkich pieniędzy. Na szczęście rzecz działa się w Sopocie, a stąd niedaleko do Gdyni, która od lat buduje u siebie polską Dolinę Krzemową. Dla początkujacych w biznesie władze miasta organizują konkurs Gdyński Biznesplan. Kiedy młodzi psychologowie z SWPS zajęli w tym konkursie II miejsce, pokonując trzystu rywali, utwierdzili się w przekonaniu, że warto zaryzykować. Jan Dobke podsumowuje: – Ta wygrana dodała nam skrzydeł.

>>> Polecamy: Chińskie imperium absurdu, czyli jak Pekin odstrasza zagraniczne firmy

Gdyński konkurs, choć laureaci nie są zasypywani pieniędzmi, pomógł też te skrzydła rozwinąć. Co roku najlepsza trójka korzysta z udogodnień, które pomagają młodym przedsiębiorcom usuwać biurokratyczne przeszkody oraz pozwalają skupić się na rozwijaniu własnego biznesu – nie tylko dostają laptopy i miejsca na darmowych kursach językowych, lecz także mogą korzystać przez pierwszy rok z bezpłatnych usług księgowych, doradztwa patentowego i płacą niższy czynsz za wynajem lokalu w Pomorskim Parku Naukowo-Technologicznym.

Park to kolejna inicjatywa gdyńskich władz, by wspierać młodych przedsiębiorców – w nowoczesnym, rozbudowywanym dzięki unijnym dotacjom kompleksie (oddane w przyszłym roku biura, laboratoria i prototypownie będą w sumie zajmować powierzchnię prawie 80 tys. mkw.) mają siedziby młode, obiecujące spółki, które wchodzą na rynek albo już odnoszą na nim sukcesy (tu m.in. mieści się siedziba Ivony, producenta polskiego syntezatora mowy, który od lat pokonuje światowych gigantów IBM i Microsoft).

Wygrana w konkursie pozwoliła młodym psychologom zdobyć pierwsze pieniądze na budowę własnego eyetrackera (władze miasta poręczają laureatom pożyczki). Zarejestrowali spółkę Sakkada (na kapitał założycielski złożyli się głównie rodzice) i w Pomorskim Funduszu Pożyczkowym (nonprofitowej spółce finansowanej przez samorząd, budżet oraz UE, wspierającej mikro- i małe firmy nisko oprocentowanymi kredytami) wzięli kilkadziesiąt tysięcy pożyczki. Do tej sumy dorzucili jeszcze 18 tys. zł, znowu z UE (z programu „Bon na innowacje” dla przedsiębiorców, którzy współpracują z uczelniami oraz instytutami badawczymi). I zaczęli się rozglądać za szkołami wyższymi, które mogłyby napisać dla nich oprogramowanie.

Pierwsze doświadczenie

Pierwsze doświadczenia w świecie biznesu były dosyć bolesne. Biurokratyczna barykada ze strony Politechniki Gdańskiej zmusiła ich do szukania kontaktów z lokalną prywatną uczelnią. Tu z jednym z pracowników naukowych umówili się na bliską współpracę, ale – być może dlatego, że nie mieli doświadczenia i nie wszystkie ustalenia spisali wystarczająco wyraźne – nie była ona owocna. Naukowiec miał sporządzić raport na temat eyetrackingu i rozpocząć ze studentami prace nad urządzeniem. Ale powstał jedynie raport i na tym się skończyło. Protesty i przeprosiny ze strony władz uczelni niewiele dały, Sakkada straciła i czas, i część pieniędzy.

By mieć z czego żyć, zaczęli równolegle prowadzić standardowe badania marketingowe. – Mieliśmy apetyt na udział w przetargach publicznych, ale szybko się okazało, że są przeszkody – mówi Jan Dobke. Podaje przykład: wygrali przetarg rozpisany przez Zarząd Transportu Miejskiego w Gdańsku, ale umowy nie podpisali, bo okazało się, że muszą mieć większe doświadczenie i zrealizowane w przeszłości zlecenie warte kilkadziesiąt tysięcy złotych. – Jak mała młoda firma może taki wymóg spełnić? – pyta retorycznie Dobke. Zrażeni do publicznych konkursów postanowili poszukać szczęścia w przetargach niepublicznych i to pomogło im przetrwać trudne miesiące.

Po intensywnych poszukiwaniach udało się też znaleźć dwóch studentów informatyki Uniwersytetu Warszawskiego, którzy przez miniony rok pisali oprogramowanie i algorytmy dla zaprojektowanego dla nich eyetrackera. Prototyp jest już gotowy, przechodzi ostatnie testy i na październik Sakkada planuje zaoferowanie agencjom pierwszych badań z jego wykorzystaniem.

Produkt trójmiejskiej firmy ma formę przystawki, którą lokuje się poniżej monitora komputera. Wypełnione elektroniką pudełko zawiera kamerę wycelowaną w twarz badanej osoby. Po krótkiej kalibracji (uczestnik badania musi spojrzeć w odpowiedniej kolejności na dziesięć punktów na monitorze) można rozpocząć badanie. Kamera wyszukuje oko i analizując ruchy gałki ocznej, śledzi i rejestruje tor, jakim podąża wzrok widza. Te informacje trafiają do komputera i zostają naniesione na ekran, dzięki czemu widzimy, który element strony jako pierwszy przykuł naszą uwagę, gdzie nasz wzrok podążał w następnej kolejności, gdzie zatrzymał się dłużej, gdzie krócej, a które fragmenty całkowicie pominął. Wyniki badania ilustruje tzw. mapa cieplna – fragmenty strony, które w szczególny sposób przykuły uwagę naszego oka, są na niej oznaczone na czerwono, mniej widziane – na pomarańczowo, żółto, zielono (w zależności od natężenia). Czarne fragmenty to miejsca, na które nawet przez sekundę nie zwróciliśmy uwagi.

– Siła tego badania polega na tym, że jest ono całkowicie naturalne. Tu nie sposób przekłamać wyniku – mówi Jan Dobke. Na badania przeprowadzone polskim eyetrackerem czekają już pierwsi klienci – głównie agencje interaktywne, gdyż to jedno z najdoskonalszych narzędzi w ustalaniu skuteczności kampanii reklamowych (choć trzeba zastrzec, że takie badania dają tylko wiedzę o tym, czy zauważyło się kampanię; osobna kwestia, to czy się ją pozytywnie odebrało). Ale możliwości wykorzystania produktu Sakkady jest dużo więcej: np. testy projektów opakowań (eyetracker wskaże, które wyróżniają się na tle innych) czy weryfikacja właściwego rozmieszczenia produktów na sklepowych półkach. Młodzi psychologowie z Trójmiasta myślą również o dostosowaniu urządzenia dla osób niepełnosprawnych – przymierzają się do napisania specjalnego programu dla sparaliżowanych, który umożliwi im obsługę komputera (w takim wypadku odpowiedni punkt na ekranie przesuwany jest wzrokiem niczym kursor sterowany standardową myszą).

Zanosi się więc na strzał w dziesiątkę – na świecie jest zaledwie trzech producentów podobnych urządzeń, cena ich produktu sięga 100 tys. zł. Polskie urządzenie na pewno będzie konkurować ceną. Dobke zastrzega: – Szczegóły jeszcze przed nami. Najpierw musimy zobaczyć, jak zareaguje rynek, który dziś jest w powijakach. Ale nie mamy wątpliwości, że to, co robimy, ma przed sobą wielkie perspektywy.