Draghi na pewno nie przeprowadzi rewolucji w EBC, ale nawet niewielka zmiana akcentów może kosztować strefę euro sporo nerwów.

Europejski Bank Centralny pod rządami Jeana-Claude’a Tricheta wyrósł na potężną instytucję, która potrafiła narzucić swój punkt widzenia Francuzom i Niemcom. To Trichet przeforsował program obrony Grecji przed bankructwem. Pomysł skupowania przez EBC obligacji Włoch i Hiszpanii, by obniżyć ich rentowność, też był jego autorstwa. Dzięki Trichetowi bank centralny Eurolandu więcej znaczy na politycznej mapie Europy niż Bruksela ze swoimi imponującymi instytucjami.

EBC to teraz ostoja eurostrefy i europejska kuźnia pomysłów. Nikt lepiej od Tricheta nie wie, co tak naprawdę dzieje się w największych bankach i jakie jeszcze niespodzianki kryją ich sejfy. Na pewno swoją wiedzą chętnie dzieli się z Mario Draghim, a że obaj bankierzy idą ręka w rękę, najlepiej świadczy ich wspólny list do premiera Włoch Silvia Berlusconiego, w którym narzucali mu warunki cięć budżetowych.

Nie znaczy to jednak wcale, że Draghi będzie cieniem Tricheta i że bez mrugnięcia okiem powieli jego pomysły. Zwłaszcza że mają one zagorzałych krytyków. Takich jak były główny ekonomista EBC Juergen Stark czy były szef niemieckiego banku centralnego Axel Weber. Obaj krytykowali Tricheta za to, że idąc na ratunek Włochom i Hiszpanii, wszedł w nie swoje buty.

Draghi może myśleć podobnie. Na pewno nie potępi on w czambuł Tricheta, ale czy nie zmodyfikuje jego polityki? Po podaniu się Starka do dymisji powiedział, że mocno ograniczy zakup obligacji i powróci do bardziej ortodoksyjnej polityki pilnowania pieniądza. O tym, że nie jest to deklaracja bez pokrycia, mogą świadczyć jego opinie wygłoszone podczas czerwcowych przesłuchań w Komisji Spraw Gospodarczych PE, kiedy debatowano nad jego kandydaturą na szefa EBC. Draghi mówił wprost, że bank centralny nie może odejść od realizacji swojego podstawowego celu, jakim jest zapewnienie stabilności cen. Obiecał, że skupi się na walce z inflacją.

To wystarczy, by inwestorzy, którzy mają w swoich portfelach włoskie, hiszpańskie czy portugalskie obligacje, poczuli się mniej bezpiecznie. Całkiem możliwe, że pod rządami Draghiego EBC przestanie być zsypem, do którego trafiają wszystkie finansowe śmieci Europy.