W ciągu jednego dnia Niklas Zennstroem zarobił 1,19 mld dol. Współtwórca internetowego komunikatora Skype (posiadał w nim 14 proc. udziałów), który w maju odsprzedał produkt Microsoftowi, zarobionymi pieniędzmi zasilił swoją nową firmę o nazwie Atomico. To fundusz inwestycyjny mający zapisane w statucie technologiczne rozruszanie skostniałego Starego Kontynentu, któremu coraz szybciej uciekają Azja i Ameryka. Tak ryzykowne działanie nie dziwi: 45-letni Szwed, który w 2006 roku został przez magazyn „Time” umieszczony na liście 100 najbardziej wpływowych ludzi świata, pozostaje niespokojnym duchem branży.

Uruchamiając przed kilku laty Atomico, Zennstroem bazował na własnych doświadczeniach. Gdy z kolegą Janusem Friisem wpadł na pomysł stworzenia Skype’a, nie mieli gotówki. Chodzili od jednego funduszu inwestycyjnego do drugiego, ale żaden nie chciał zaryzykować wsparcia dwójki młodych ludzi. Dużo czasu minęło, zanim w końcu jak najbardziej dosłownie wychodzili niezbędną gotówkę. – Aż mnie zazdrość zżerała, gdy obserwowałem amerykański rynek. Tam nie masz kłopotu ze znalezieniem funduszy, jeśli twój pomysł jest rzeczywiście innowacyjny. Stało się dla mnie jasne, że jeśli Skype przyjmie się na rynku, stworzę w Europie firmę inwestycyjną nowego typu. Z założenia miała być przyjazna małym przedsięwzięciom technologicznym, dopiero zaczynającym swoją przygodę z biznesem – opowiada Zennstroem.

Skype okazał się wielkim sukcesem i już w 2006 roku powstał fundusz Atomico I, na którego konto przelał 165 mln dol. Dwa lata później uruchomił fundusz Atomico II – tym razem miał on do dyspozycji aż 266 mln dol. – Moja firma nie należy do gigantów, więc nie jest w stanie udźwignąć sponsorowania wyjątkowo kosztownych projektów związanych z opracowaniem nowym półprzewodników czy tworzeniem bazodanowego oprogramowania dla przedsiębiorstw. Skupiłem się na wspieraniu start-upów tworzących internetowe usługi dla konsumentów oraz aplikacji – dodaje Zennstroem.

Pierwsze efekty już widać, bo Atomico zainwestowało w ponad 30 firm. To m.in. brytyjski serwis muzyczny Last.fm (w 2007 roku przejęty przez CBS Interactive za 280 mln dol.), hiszpański Fon – który niespodziewanie wyrósł na największego na świecie operatora WiFi z ponad 3 mln punktów dostępowych, francuski Seesmic – umożliwiający jednoczesne zarządzanie kontami na różnych portalach społecznościowych, również francuski Jolicloud – pracujący nad działającym w chmurze systemem operacyjnym dla urządzeń przenośnych, czy fińskie studio Rovio – które stworzyło przebojowa grę „Angry Birds”. W ostatnich miesiącach Zeenstroem coraz aktywniej inwestuje w USA oraz w Chinach, ale tu także szuka okazji do promowania europejskiej myśli technologicznej.

– Takich funduszy jak Atomico potrzeba nam jak najwięcej. Ostatnia dekada dowodzi, że Europa przestała się liczyć w technologicznym wyścigu: na palcach jednej ręki można policzyć firmy, które odniosły sukces. Rzeczywiście staliśmy się Starym Kontynentem, a to przecież branża technologiczna stanowi obecnie jeden z największych motorów rozwoju gospodarek – mówi „DGP” George Douglas z London School of Economics.

Sprzedać dwa razy to samo

Po raz pierwszy branża usłyszała o urodzonym w Uppsali Zennstroemie w marcu 2001 roku, kiedy na rynku zadebiutował dopracowany przez niego program Kazaa, który wykorzystywał internetową technologię P2P (Peer-2-Peer) do wymiany plików (muzyka, gry, filmy, programy komputerowe) między jego użytkownikami. Błyskawicznie zyskał ogromną popularność – w 2003 roku był najczęściej pobieraną z sieci aplikacją – choć od ponad roku działała konkurencyjna aplikacja P2P o nazwie eDonkey. Bezsprzeczny sukces Kazaa stał się zarazem początkiem jego końca. Wielkie koncerny muzyczne i filmowe z USA oskarżyły firmę Zennstroema o promowanie piractwa. Groziły mu procesy sądowe oraz wypłata ogromnych odszkodowań, zdecydował się więc odprzedać Kazaa australijskiej firmie Sharman Networks, która próbowała uczynić z niego narzędzie do wymiany legalnych plików.

>>> Czytaj też: Krótka historia polskiego Internetu

Świat biznesu tak go wciągnął, że nawet nie myślał o powrocie do dawnego zajęcia. Zennstroem ukończył zarządzanie na uniwersytecie w Uppsali i przygotowywał się do pierwszej pracy w jednej z agencji doradczych, kiedy ojciec pokazał mu prasowe ogłoszenie. Koncern Kinnevik – znany producent papieru i zarazem firma wydobywcza – szukał pracowników, bo miał ambicję wejść na rynek telekomunikacyjny z usługą Tele2. Ambitny uppsalczyk dołączył do nowego projektu, który skutecznie rywalizował z państwowym monopolistą. Właśnie tam zdobył pierwsze doświadczenia biznesowe i przekonał się, że Dawid może wygrać z Goliatem.

Gdy więc Kazaa została przez niego sprzedana, postanowił spróbować sił z nowym produktem, który – jak się okazało – napsuł wiele krwi firmom telekomunikacyjnym i zrewolucjonizował rynek łączności. Jeszcze w 1983 roku, wraz z kolegą z Danii Janusem Friisem, rozpoczął pracę nad internetowym komunikatorem umożliwiającym prowadzenie rozmów. Do pracy zaangażował zespół estońskich programistów oraz koderów, którzy pomogli mu udoskonalić kod źródłowy Kazaa. Po kilku miesiącach projekt został uruchomiony. Głównym atutem Skype’a była i jest cena: rozmowy między użytkownikami programu są bezpłatne, zaś połączenia z telefonami stacjonarnymi i komórkowymi już nie – ale stawki są wielce konkurencyjne z taryfami telekomów. Internauci natychmiast kupili nowy produkt. Skype stał się tak popularny, że ochotę na jego przejęcie mieli najwięksi gracze rynku.

Ten wyścig wygrał eBay, dziś największy na świecie portal aukcyjny, który w 2005 roku zapłacił za Skype’a 2,6 mld dol. (choć w tym roku portal informacyjno-technologiczny Art Technica podał, że tak naprawdę suma transakcji była większa i wyniosła aż 3,1 mld dol.). O mały włos nie doszłoby do przejęcia. Gdy dyrektor zarządzająca eBay Meg Whitman przyleciała do Estonii, by podpisać umowę, okazało się, że Zennstroema – zapalonego żeglarza – nie ma na miejscu. Bawił właśnie w Londynie.

Skype miał być dla eBaya kurą znoszącą złote jajka, jednak nie potrafił nim zarządzać. Komunikator przestał się rozwijać, jego pozycję zaczęły nadgryzać konkurencyjne rozwiązania i w końcu zaczął tracić użytkowników. Wówczas Zennstroem przeprowadził jedną z najgenialniejszych biznesowych operacji: w listopadzie 2009 roku doprowadził do odkupienia swojej dawnej firmy od eBaya za jedne 1,9 mld dol. Zreformował ją, przywrócił dawny blask i ponownie wystawił na sprzedaż. W maju tego roku przejął ją Microsoft za 8,5 mld dol. Zennstroem w jednej chwili stał się miliarderem: jego 14 proc. udziałów okazało się warte 1,19 mld dol.

Czysty Bałtyk na sztandarach

45-letni Szwed nie ma dziś jednak wiele wolnego czasu: zarządza Atomico, zasiada też w radach nadzorczych kilku firm. Jednak każdą wolną chwilę stara się poświęcać nowej pasji: założył fundację, która stara się m.in. ocalić Bałtyk przed całkowitą degradacją.

Smutna prawda jest taka, że z roku na rok morze staje się coraz większym ściekiem. Zabijają je przemysł i turystyka dziewięciu leżących nad nim państw, statki często zrzucające wprost do wody zanieczyszczenia, rolnictwo używające w nadmiarze nawozów sztucznych oraz rybołówstwo trzebiące ławice ryb. Jednym z największych trucicieli jest Polska, która dopiero w ostatnich latach stara się budować oczyszczalnie ścieków. – Każde wakacje w dzieciństwie spędzałem nad Bałtykiem, więc wiem, jak bardzo pogorszyła się przez ostatnie lata sytuacja. W miejscach, w których dawniej się kąpano, dziś nikt nie chce pływać. Nie mogłem zwlekać z podjęciem działań – opowiada Zennstroem.

Jego fundacja sponsoruje programy mające poprawić ekologiczną świadomość osób mieszkających nad Bałtykiem, np. by nie używali proszków do prania zawierających fosforany. Są one jedną z głównych przyczyn kwitnięcia morza – czyli gwałtownego namnażania się alg. Pojawiają się one każdego ciepłego lata. Zielone glony nie tylko zniechęcają do kąpieli (powodują uczulenia skóry), ale przede wszystkim ograniczają ilość tlenu w wodzie, tym samym uśmiercając inne organizmy.

– Wiem, że zadanie, które przed sobą postawiłem – uratowanie Bałtyku, jest trudne do zrealizowania. Ale na własnej skórze przekonałem się, że można sobie poradzić z wyzwaniami, które z początku wydają się nie do pokonania – mówi Niklas Zennstroem.