Europejski Bank Centralny zapowiedział właśnie, że wspólnie ze swoimi odpowiednikami z Ameryki, Wielkiej Brytanii, Szwajcarii i Japonii przeprowadzi do końca roku trzy operacje zasilania rynku w dolary. Chodziło o pokazanie światu, że banki centralne są zdolne do skoordynowanej akcji. Mają smoka i nie zawahają się go użyć.

Szczególnie EBC jest ostatnio bardzo aktywny i ochoczo wychodzi poza swoje kompetencje, bo ma dbać przede wszystkim o stabilność cen. Ostatnie miesiące to również desperackie próby banków centralnych w Szwajcarii i Japonii obrony kursów franka i jena przed nadmiernym umocnieniem. Szwajcarzy wprowadzili nawet sztywny kurs swojej waluty do euro.

A w Polsce cisza i spokój. Bank centralny nie znajduje się pod taką presją, ale i nasza sytuacja gospodarcza jest niezła. Oby to nie była cisza przed burzą.

>>> Czytaj też: Koniec ery pychy banków. Teraz biurokraci rządzą globalnymi finansami

NBP może być zmuszony do dalej idących działań, jeśli strefa euro znów zacznie mocno trzeszczeć i złoty nadmiernie się osłabi. Na razie otarł się o niewidzianą od 2,5 roku granicę 4,40 zł za euro. Powie ktoś, że w kontekście spodziewanego spowolnienia w II połowie roku niski kurs złotego jest korzystny. Zyskują polscy producenci, rentowność eksportu rośnie, a zagraniczne towary są wypierane z naszych półek. To prawda, ale równocześnie zagrożona jest konsumpcja i rośnie inflacja, o której niski poziom dba bank centralny.

Najważniejszym zagrożeniem może być jednak co innego – ryzyko przekroczenia progu zadłużenia w relacji do PKB w wysokości 55 proc. (jedna czwarta długu to kredyty zagraniczne, których wycena po osłabieniu naszej waluty automatycznie rośnie). Zmusiłoby to rząd do natychmiastowego zbilansowania budżetu, czyli ostrych cięć i podnoszenia podatków. Naturalnie, rząd nie może do tego dopuścić. Citi Handlowy ocenia, że ryzyko przekroczenia progu znacznie wzrośnie, gdy wartość euro sięgnie 4,60 – 4,80 zł. Gdyby złoty przekroczył ten poziom, mamy dwie możliwości: interwencję NBP lub Ministerstwa Finansów, które za pośrednictwem BGK sprzedawałoby na rynku euro z funduszy unijnych.

Przy określaniu, czy próg został przekroczony, czy nie, zadłużenie liczy się według kursu złotego z 31 grudnia. Dlatego w ubiegłym roku Ministerstwo Finansów po cichu wkroczyło do akcji w grudniu, umacniając naszą walutę o około 5 groszy.

Tym razem może być podobnie. Jednak sytuacja jest groźniejsza, bo zarówno kurs złotego jest znacznie słabszy niż w ubiegłym roku (wtedy oscylował wokół 4 zł), jak i otoczenie rynkowe niestabilne. W ostateczności do interwencji może przystąpić NBP, ale to ryzykowna gra. Spekulanci mogą zastawić pułapkę, wiedząc, że w interesie Polski jest utrzymanie się pod progiem 55 proc. i jak bardzo zależy na tym rządowi. Zwykle takim działaniom towarzyszy cała gama środków deprecjonujących dany kraj i jego walutę, z raportami instytucji finansowych na czele. Takie próby sił banki centralne często przegrywają. Nigdy nie wiedzą, czy za kilkoma lwami, które są na muszce, nie czają się całe watahy szakali czy hien, gotowe dołączyć do ataku. Rosjanie, bezskutecznie broniąc rubla, trzy lata temu stracili 200 mld dol., jedną trzecią rezerw walutowych. Łatwiej jest bronić się przed umocnieniem waluty, bo w ostateczności można drukować pieniądze i za nie kupować obcą walutę, zwiększając rezerwy.

>>> Czytaj też: Szczyt Ecofin bez przełomu. To tylko kolejny element biurokratycznej machiny

Na razie NBP zachowuje spokój. W ubiegłym tygodniu, gdy złoty szybko się osłabiał, prezes NBP Marek Belka mówił: „Ktoś chce zarobić na tym pieniądze, ale się przeliczy. Musimy zachować spokój. NBP nie będzie interweniował”. Nasz bank centralny w ciągu ostatniej dekady interweniował tylko raz, w kwietniu 2010 r., gdy uznał, że złoty zbyt szybko się umacnia. Było to bardziej pogrożenie palcem, bo użyta kwota nie przekraczała podobno 10 mln euro. Ale poskutkowało.

Najczęściej jednak banki centralne interweniują werbalnie. Wtedy słyszymy słynne formułki: „fundamenty naszej gospodarki pozostają silne” albo „sytuacja nie uzasadnia osłabienia naszej waluty”. W ten sposób działał w sierpniu NBP, ogłaszając też, że nie wyklucza interwencji na rynku walutowym, aby zapobiegać nadmiernym wahaniom kursu złotego.

Gorzej, gdy w pewnym momencie rynki powiedzą: „sprawdzam”.