Emitowane w tym celu obligacje państw południowej Europy były traktowane jako walory nie mniej bezpieczne niż obligacje niemieckie. Do Grecji napłynęła znaczna ilość pieniędzy, a Hiszpania i Irlandia odnotowały boom na rynku papierów finansujących kredyty hipoteczne.

Gwałtowne obniżenie się kursu tych papierów (zwane emfatycznie "pęknięciem bańki nieruchomościowej") pod koniec 2007 roku zadało pierwszy cios pozycji euro. Gdy ponadto pod koniec 2009 roku nowy rząd Grecji ujawnił, że poprzedni gabinet kłamał w sprawie zaciągniętych przez siebie pożyczek i nagromadził potężną pulę długów, wiadomość ta wywołała drastyczny spadek zaufania inwestorów, co rozszerzyło się na całą strefę euro.

Politycy państw eurogrupy reagowali na to z ociąganiem, wzywając raczej do zbadania nieuczciwych praktyk Grecji niż do przedsięwzięć ukierunkowanych na łagodzenie rozterek inwestorów, którzy zaczęli wycofywać z tego kraju pieniądze i domagać się karnego wysokiego oprocentowania jego długów.

W maju 2010 roku najsilniejsze ekonomicznie państwa strefy euro i Międzynarodowy Fundusz Walutowy rozszerzyły Grecji dostęp do kredytów ratunkowych, ale już wtedy stan greckich finansów rozwiał złudzenia, że wszyscy członkowie eurogrupy są równi. Inwestorzy szybko też rozpoznali słabość gospodarek Portugalii i Hiszpanii, windując tam koszty zaciągania kredytów.

Znaczne straty, jakich doświadczyły banki irlandzkie z tytułu "bańki nieruchomościowej", zmusiły Irlandię do sięgnięcia po pomoc z zewnątrz w sześć miesięcy po Grecji - a Portugalia poszła ich śladem w maju bieżącego roku.

Przywódcy polityczni strefy euro nie skorzystali jednak z innej szansy pozytywnego wpłynięcia na nastroje inwestorów. Niechęć Niemiec do pełnego zaangażowania się w pomoc dla kulejących państw eurogrupy oznaczała, że budowana ochrona nie mogła być całkowicie skuteczna - problemy przeżywają też Hiszpania i Włochy, które wspólnie nagromadziły około 2,5 biliona euro długów.

Tymczasem surowe przedsięwzięcia oszczędnościowe, zarządzone wobec Grecji w zamian za udzieloną jej pomoc, dały w rezultacie załamanie wzrostu gospodarczego, a dalsze obezwładniające cięcia wydatków i podwyżki podatków dodatkowo osłabiły zaufanie rynku wobec Aten. Co więcej, wydaje się, że grecki program prywatyzacji i innych reform utknął w miejscu, co stawia pod znakiem zapytania wypłacenie kolejnej transzy pomocy, co z kolei mogłoby w przyszłym miesiącu pozostawić rząd bez środków na wypłaty pensji i emerytur.

Hiperinflacja, run na greckie banki, przemoc, kryzys gospodarczy, międzynarodowa izolacja i panika inwestorów rozszerzająca się na Włochy oraz Hiszpanię to elementy składowe najgorszego scenariusza na wypadek, gdyby Grecja nie była w stanie spłacać swego opiewającego na 270 mld euro zadłużenia.

Grecka niewypłacalność wywołałaby prawdopodobnie również efekt domina. Ponieważ inwestorzy przestaliby wierzyć, że eurogrupa chroni swych członków, podjęliby sprzedaż swych papierów hiszpańskich i włoskich, co potencjalnie groziłoby dalszymi deklaracjami niewypłacalności. Będące właścicielami lokat w euro banki i państwa na całym świecie doznałyby znacznych strat.

Dlatego przywódcy strefy euro nieugięcie deklarują, iż Grecja nie popadnie w niewypłacalność. Niektórzy z nich lubią prywatnie mówić o "uporządkowanej" greckiej niewypłacalności - z ochroną wkładów bankowych, utrzymywaniem zbankrutowanych banków dla podtrzymania życia gospodarczego i chronieniem obligacji innych państw strefy euro przed podobnym losem.

Niewypłacalność mogłaby pozwolić Grecji na restrukturyzację jej zadłużenia i zmusić wierzycieli do pogodzenia się z obniżką wartości posiadanych przez nich obligacji o 60 do 80 procent - co być może dałoby szansę na przyspieszenie powrotu do gospodarczego wzrostu, choć pewne reformy byłyby zapewne nadal potrzebne.

Jeśli jednak niewypłacalność Argentyny sprzed 10 lat ma być jakimś wzorem, to Grecja zostałaby prawdopodobnie zmuszona od dewaluacji poprzez opuszczenie strefy euro i przywrócenie drachmy, co nałożyłoby hamulce na import. Wyschłyby źródła kredytowania, popyt skurczyłby się, a kraj pogrążyłby się w przedłużonej depresji.

Gdyby następnie do wyjścia ze strefy euro zostały zmuszone Hiszpania i Włochy, to - jak szacują niektórzy ekonomiści - opłaciłyby to spadkiem swego produktu krajowego brutto o 25 do 50 procent, a rozpad unii walutowej mógłby kosztować biliony euro.

Niektórzy europejscy politycy i ekonomiści twierdzą, że państwa strefy euro powinny rozważyć wyemitowanie obligacji firmowanych przez wszystkie kraje bloku - tak zwanych euroobligacji. Miałyby one jednolite stopy oprocentowania i umożliwiłyby słabszym państwom dostęp do rynku kredytowego na rozsądnych warunkach. Jednak realizacja takiego projektu mogłaby potrwać lata, a obecnie jest on ostro krytykowany w Niemczech.

USA sugerowały, że strefa euro powinna powiększyć swój fundusz ratunkowy ponad obecne 440 mld euro, co w razie potrzeby zapewni konieczne środki Hiszpanii i Włochom. Europejski Bank Centralny mógłby także rozszerzyć swój program skupowania włoskiego długu, niwelując skutki znacznego wzrostu oprocentowania włoskich obligacji w stosunku do papierów niemieckich - ale EBC jest w tej kwestii podzielony, a cały pomysł spowodował podanie się do dymisji jego głównego ekonomisty Juergena Starka.

Jednak by ostatecznie zapobiec panice inwestorów, europejscy politycy muszą przekonać rynki, że w pełni gwarantują wypłacalność państw strefy euro.