U rodzony w Ghanie 31-letni, Kweku Adoboli dołączył niedawno do grona takich królów defraudacji jak Nick Leeson czy Jerome Kerviel, obciążając szwajcarski bank UBS stratami w wysokości ponad 2 mld dol. Choć politycy i nadzory finansowe od lat obiecują ukrócenie ryzykownych operacji, dalej są one możliwe. Mało tego, liczba traderów łajdaków i ich kosztownych wpadek będzie rosnąć, bowiem w czasie największych zawirowań na rynkach tolerowanie ostro grających pracowników leży w interesie banków.

>>> Czytaj też: BBC: Bank UBS nie orientował się w transakcjach swego maklera

Tuż przed aresztowaniem Kweku Adoboli napisał na Facebooku: „Need a miracle”. Cud się jednak nie wydarzył. O 3.30 w nocy wyprowadzono go w kajdankach z biura UBS na Finsbury Avenue w Londynie.

Adoboli był wschodzącą gwiazdą banku. Zarządzał działem ETF (exchange-traded funds) w departamencie obrotu akcjami. ETF-y to fundusze inwestycyjne, których jednostki odwzorowują indeksy giełdowe. Są nowymi, ale bardzo zyskownymi instrumentami, których wartość na świecie sięga już 300 mld dol.

Elegancko ubrany, pasjonujący się fotografią, muzyką, daleki od stereotypu zimnego i twardego finansisty Adoboli w ciągu sześciu lat przeszedł drogę od stażysty do kierownika działu z sześciocyfrową pensją i mieszkaniem w dobrej dzielnicy za 4 tys. funtów miesięcznie. Ojciec John Adoboli, emerytowany urzędnik ONZ, nie rozumie, dlaczego syna aresztowano, bo przecież wychował go „pobożnie i w duchu przyzwoitości”.

Sprawa Adoboliego to poważny cios w UBS, który w 2008 r. został uratowany przez państwo, gdy wyszło na jaw 50 mld dol. strat na toksycznych aktywach. Niedługo potem szwajcarski bank został zmuszony przez władze amerykańskie do zapłaty 780 mln dol. za pomoc w ukrywaniu oszustw podatkowych obywateli USA. Musiał ujawnić dane blisko 5 tys. osób. Teraz bank zamierza ograniczyć działalność inwestycyjną i zwolnić więcej pracowników, niż planował w ramach restrukturyzacji (z firmy miało odejść 3,5 tys. z 65 tys. zatrudnionych osób). – UBS należy do najbardziej zaawansowanych technologicznie banków świata. To, że właśnie w nim nie zdołano skutecznie kontrolować pracy brokerów, pokazuje, jak duże to wyzwanie – mówi Marc Stocker, główny ekonomista Konfederacji Europejskiego Biznesu „Business Europe” w Brukseli.

Poszkodowany bank ustalił już, że nieautoryzowane operacje miały miejsce od jesieni 2008 r. Wtedy trader poniósł straty i starał się odkuć, łamiąc procedury. Ostatnio obstawiał umocnienie się szwajcarskiego franka, ale pogrążyła go niespodziewana dewaluacja tej waluty połączona z powiązaniem jej z euro. Doszło do tego 6 września. Dziesięć dni później został zatrzymany.

Czarnoskórego pracownika banku oskarżono o defraudację 2,3 mld dol. i przekroczenie uprawnień. Przed sądem rozpłakał się. Tanio skóry jednak nie sprzeda. Wynajął renomowaną kancelarię prawną Kingsley Napley. Wybór nie był przypadkowy. Wcześniej broniła ona Nicka Leesona, prekursora traderów łajdaków (rogue traders), jak określa się prowadzących ryzykowne i nielegalne operacje cudzymi pieniędzmi.

Faks z przeprosinami

Nick Leeson, syn tynkarza z angielskiego Watford, był głównym maklerem Baringsa w Singapurze. W 1995 r. pogrążył 233-letni bank, handlując kontraktami opartymi na indeksie japońskiej giełdy Nikkei (rodzaj zakładów o jego wysokość). Dobiło go trzęsienie ziemi, które w styczniu 1995 r. zniszczyło miasto Kobe w Japonii. Nikkei zaczął gwałtownie spadać. „Nie patrzyłem na stan konta od miesiąca, ale wiedziałem, że sytuacja jest coraz gorsza. Próbowałem wyjść z rynku, lecz zostałem zmuszony do podtrzymywania go i powstrzymywania spadków. Traciłem coraz więcej pieniędzy” – wspomina w książce „Łajdak na giełdzie” („Rogue Trader”). Nieświadomy zarząd Barings na prośbę Leesona pompował pieniądze do oddziału w Singapurze. W efekcie trader roztrwonił 1,4 mld dol., doprowadzając do bankructwa najstarszego brytyjskiego banku inwestycyjnego, o którym w 1818 r. monarchistyczny premier Francji książę de Richelieu mówił, że jest jednym z sześciu mocarstw rządzących światem.

Kiedy 26 lutego 1995 r. bank upadł, Leesona nie było już w Singapurze. Pojechał na... spływ pontonowy na Borneo. Wysłał tylko swoim współpracownikom faks z przeprosinami. Żonie powiedział: „Posłuchaj. Trudno ci będzie w to uwierzyć. Zrobiłem w pracy kilka okropnych błędów”.

>>> Czytaj też: Banki chronią klientów przed informatykami

Leeson musiał trzy lata temu oddać palmę pierwszeństwa Jerome’owi Kervielowi, który przysporzył swojemu bankowi Societe Generale 7,2 mld dol. strat, czyli prawie sześć razy więcej. Kerviel ostro grał na zwyżkę europejskich indeksów, m.in. niemieckiego DAX, i kupował oparte na nich papiery wartościowe, czyli derywaty. Jednak w 2008 r. doszło do załamania na giełdach. Kiedy sprawa się wydała, okrzyknięto go oszustem stulecia.

Adoboliego, Kerviela czy Leesona łączą młody wiek (w momencie wpadki Kerviel miał – podobnie jak Adoboli – 31 lat), niepohamowana ambicja i przeświadczenie o własnej wyjątkowości. Kerviel już od dzieciństwa marzył, by zostać finansistą. Utwierdził się w tym przekonaniu po obejrzeniu filmu „Wall Street”. Gdy dobra passa minęła, wszyscy zachowywali się podobnie. Chcieli za wszelką cenę się odkuć i grali o coraz wyższe stawki, pogłębiając straty.

Traderów łajdaków łączy jeszcze jedna kluczowa rzecz. Potrafili świetnie ukrywać szkody. Wykorzystywali przy tym doświadczenie zdobyte podczas pracy w back office, gdzie kontroluje się i rozlicza operacje traderów. Najłatwiej było Leesonowi, który zdobył w banku taką pozycję, że w praktyce sam siebie rozliczał. Ukrywał straty na tajnym rachunku, któremu nadał numer 88888, bo ósemka to dla Chińczyków szczęśliwa liczba.

Adoboli wpisywał do systemu fikcyjne transakcje z klientami zewnętrznymi, które miały zabezpieczać te nieautoryzowane. Kerviel natomiast kupował aktywa na rachunek fikcyjnych firm, które założył. Włamał się też do systemu informatycznego i zwiększył sobie limity inwestycyjne. Jeszcze inaczej poradził sobie John Rusnak, trader amerykańskiej filii irlandzkiego Allied Irish Banks. Powołał do życia fikcyjną postać Davida Russella, z którym rzekomo handlował. Dowodem miała być fikcyjna korespondencja e-mailowa między nimi. W 2002 roku Rusnak wsławił się utratą 750 mln dol. m.in. w trakcie nieautoryzowanych operacji na rynku walutowym.

Najbardziej wyrafinowany sposób oszukiwania przełożonych wdrożył Joseph Jett, trader w firmie Kidder, Peabody & Company. Wprowadził do firmowego systemu komputerowego specjalny program, który zapisywał wszystkie jego transakcje jako zyskowne, nawet gdy nimi nie były. Pomysłowość ta kosztowała pracodawcę 350 mln dol.

Jednak rekordzistą w ukrywaniu swego procederu był Yasuo Hamanaka z Sumitomo Corporation, zwany „Panem Miedź” lub „Panem Pięć Procent”, gdyż chwalił się, że kontroluje pięć procent rynku handlu tym surowcem. Nielegalne operacje prowadził już od 1985 r., kiedy zmusiła go do tego utrata 30 mln dol. Potrafił ukrywać straty przez 12 lat. W tym czasie próbował je odrobić. Niestety, pogłębił je o kolejne 2,6 mld dol.

Wspomniani traderzy to wierzchołek góry lodowej. Tylko największe tego typu działania wychodzą na światło dzienne, gdyż instytucje finansowe wolą często po cichu przełknąć mniejszą stratę, niż narażać swoją reputację.

Łajdacy czy kozły ofiarne?

Praktyki Adoboliego nie zostały wykryte przez bank. Zdruzgotany pracownik UBS sam poinformował zwierzchników o stratach. To był szok dla rynków finansowych, ponieważ okazało się, że mimo kolejnych takich afer i nowych środków ostrożności banki dalej nie są w stanie kontrolować swoich pracowników.

Jerome Kerviel nie niepokojony przez nikogo obracał kwotą 50 mld euro, co jest równowartością dochodu narodowego Słowacji i kwotą większą niż kapitalizacja banku. Mógł więc ponieść daleko większe straty. Jeszcze bardziej szokujący jest przykład Stevena Perkinsa, maklera na rynku kontraktów terminowych na ropę, który wywindował jej kurs, gdy podczas suto zakrapianego spotkania w środku nocy postanowił trochę popracować. Za pomocą laptopa zawarł transakcje na 500 mln funtów.

Okazuje się, że żadne zabezpieczenia nie są w stanie powstrzymać pracownika, który chce je obejść. – Otwarte pozostaje pytanie, czy instytucje finansowe nie potrafią uszczelnić systemu monitoringu, czy też nie chcą – mówi Robert Gwiazdowski z Centrum im. Adama Smitha. – Teoretycznie należyte pilnowanie pracowników powinno być w ich interesie, bo ryzykują straty. Z drugiej jednak strony, przykręcając śrubę, utrudniłyby sobie zarobek. Gdyż aby dużo wygrać, trzeba ostro grać.

Podobnego zdania jest Marc Stocker. – W okresie gwałtownych zmian na rynku, z jakimi mamy do czynienia od 2008 r., brokerzy bankowi muszą podejmować decyzje inwestycyjne bardzo szybko, aby przegonić konkurencję. Nadmierne procedury kontrolne mogą zatem spowodować, że bank sam sobie strzeli w stopę – mówi. Jednak zdaniem Rolanda Paszkiewicza, jednego z szefów CDM Pekao, takie firmy jak Ernst & Young czy Deloitte pracują nad nowymi rozwiązaniami w dziedzinie zarządzania ryzykiem. Jak widać, na razie niewiele to daje.

Zwierzchnicy przymykają oczy na naruszanie procedur i ryzykowne działania, dopóki przynoszą one efekty. Wtedy rosną także ich premie. Do banków przyjmuje się ludzi niebojących się ryzyka, głodnych sukcesów i pieniędzy. Najlepsi są hołubieni, nagradzani gigantycznymi bonusami stanowiącymi wielokrotność pensji, kreuje się ich na bogów pieniądza. Leeson traktowany był jak cudowne dziecko. Wystarczyło, że wcześniej zarobił dla banku 10 mln funtów, jedną dziesiątą jego rocznego zysku. Rodzi to pokusę, by iść na skróty. Tym większą, że traderzy nie obracają przecież swoimi pieniędzmi.

Coraz łatwiej o przestępstwo, bo rynki finansowe się rozwijają i coraz mniejsze wrażenie robią duże kwoty, które kiedyś zwalały z nóg. – Może niedługo usłyszymy o zdefraudowanych sumach wyższych niż 10 mld dol. – dodaje Paszkiewicz.

Kryzys zachęca do ryzyka, zmienność rynków to idealny czas na spekulacje. Jeden Adoboli wpadnie, ale stu innych zarobi. I to dużo więcej niż w czasie stabilizacji czy nawet dobrej koniunktury. Ponieważ wciąż obowiązuje zasada „za duży, by upaść”, podatnicy w razie czego i tak zapłacą.

Banki nie przyznają się do pobłażliwości. Dyrekcja UBS twierdzi, że nic nie wiedziała o praktykach Adoboliego. Podobnie Societe Generale odżegnywało się od Kerviela. Jak wykazał raport wewnętrzny, francuski bank nie zareagował jednak na 74 ostrzeżenia wysłane przez system po nielegalnych operacjach. – Mam poczucie, że ktoś chciał, abym zapłacił za wszystkich i uratował od odpowiedzialności Societe Generale. Zabito żołnierza Kerviela – mówił on sam chwilę po ogłoszeniu wyroku. Aluzja do zwierzchników z SocGen była aż nazbyt wyraźna.

Sąd skazał go na 5 lat więzienia i wyrównanie strat. Zwłaszcza to ostatnie wzbudziło kontrowersje. Policzono, że przy obecnej pensji konsultanta IT w wysokości 2,3 tys. euro musiałby spłacać dług 177 tys. lat. Jeszcze nigdy nie zmuszono pojedynczej osoby do płacenia tak gigantycznego odszkodowania, równowartości 20 tys. samochodów marki Ferrari.

Podobnie Leeson uważa, że spotkała go kara niewspółmierna do winy, bo nic nie ukradł, a jedynie ukrywał straty. Również i jego prowadzący dochodzenie Bank of England obarczył całą winą. Tymczasem, zdaniem Leesona, do katastrofy przyczyniły się władze Baringsa, tolerując jego działalność, dopóki przynosiła zyski.

Sprawa Adoboliego to woda na młyn zwolenników przymusowego oddzielenia działalności inwestycyjnej od tradycyjnej bankowej. Chodzi o to, by straty na ryzykownych operacjach nie obciążały klientów biorących kredyt czy zakładających lokatę. A także państw zmuszanych potem do operacji ratunkowych. Najbliżej takiego rozwiązania są Brytyjczycy. Tamtejszy rząd zamierza je wdrożyć w 2019 r. Natomiast w USA lansuje je doradca prezydenta Baracka Obamy Paul Volcker, były prezes Fed. Stawia sprawę jasno. Wybierajcie: chcecie być bankiem czy inwestować na własny rachunek?

Byłoby to wracanie do korzeni, gdy w Ameryce obowiązywała słynna zasada 3-5-3. Lokaty przyjmujemy na 3 proc., kredytów udzielamy na 5 proc., a o godz. 3 po południu idziemy grać w golfa. Nie wszyscy uważają ten kierunek za słuszny. – Z powodu kryzysu klasyczna działalność kredytowa, jak choćby na rynku hipotecznym, została bardzo ograniczona. A bankom brakuje kapitału. Dlatego muszą szukać zysków gdzie indziej i przeprowadzają bardziej ryzykowne transakcje bezpośrednio na rynkach inwestycyjnych – dodaje Marc Stocker.

Ale to nie jest główny powód, dla którego reforma rynków finansowych idzie jak po grudzie. – Kiedyś mówiło się o lobby naftowym czy motoryzacyjnym, teraz najsilniejsze jest finansowe. W Wielkiej Brytanii udział londyńskiego City w PKB sięga 8 proc. – mówi Alfred Adamiec z Domu Maklerskiego Alfa.

To znaczy, że ogon zaczyna rządzić psem. Wicepremier Słowacji i minister finansów Ivan Miklosz podczas niedawnego Forum Ekonomicznego w Krynicy zwrócił uwagę na to, że w ubiegłym roku wartość transakcji kapitałowych na świecie wyniosła 995 bln dol., podczas gdy światowy PKB to tylko 63 bln dol. W dodatku rynki finansowe coraz bardziej przypominają kasyno. Tu się gra, a nie inwestuje, bo już dawno wyceny aktywów oderwały się od fundamentów.

W Polsce nie zaszalejesz

Na razie nie grozi nam wyhodowanie polskiego Kerviela czy Adoboliego. Nasze instytucje finansowe działają głównie na rynku lokalnym, mniejsze są więc transakcje i limity inwestycyjne, a co za tym idzie napędzające spekulację bonusy.

Łukasz Dajnowicz z Komisji Nadzoru Finansowego zwraca uwagę, że polskie banki są bardzo rentowne na podstawowej działalności, nie ma więc takiej presji na szukanie nowych źródeł dochodów i śrubowanie wyników, a co za tym idzie pożywki dla potencjalnych traderów łajdaków.

Istnieją też zabezpieczenia podobne do stosowanych za granicą. Zwykle transakcję w wysokości powyżej 10 mln zł musi autoryzować druga osoba. W przypadku inwestycji TFI i OFE musi być akceptacja wszystkich transakcji przez bank powiernika. Zwiększa to liczbę osób, które musiałyby być zamieszane w przestępczy proceder, co nie oznacza, iż takie sytuacje się nie zdarzają. Nieoficjalnie wiadomo, że jeden z menedżerów Pekao SA w połowie lat 90. naraził bank na stratę kilkunastu milionów, inwestując na własną rękę na rynku kapitałowym.

Na Zachodzie traderzy inwestują zwykle na rachunek banku, licząc na bonusy. W Polsce częściej zdarza się inne nadużycie – inwestowanie cudzych pieniędzy na własny rachunek. Tak robiła Marzena B., odpowiadająca za private banking w placówce Pekao SA w Sopocie. Środki z lokat i funduszy klientów inwestowała m.in. w akcje, licząc że je pomnoży, odda pieniądze, a całą nadwyżkę pozostawi sobie. Proceder kwitł w najlepsze, dopóki trwała hossa. Kiedy w 2007 r. się skończyła, Marzena B. straciła kilka milionów złotych. Aby ukryć straty, fałszowała dokumenty. Wpadła podczas wewnętrznej kontroli, a pracodawca poinformował policję i prokuraturę.

W podobny sposób pieniądze klientów inwestowała pracownica banku w Suwałkach Dorota S. Postawiono jej 140 zarzutów, w tym przywłaszczenie miliona złotych. Za takie przestępstwo kary są surowe – do 10 lat pozbawienia wolności. To jednak czysta teoria. Maklera BGŻ, który przywłaszczył sobie z kont klientów banku prawie milion złotych i grał nimi na giełdzie, sąd skazał na cztery lata więzienia w zawieszeniu na sześć lat i – podobnie jak w przypadku Kerviela – oddanie bankowi ukradzionej kwoty. Uznał, że więzienie uniemożliwi mu spłatę, bo makler zdążył się rozwieść i przepisać majątek na żonę.

Smarkacz, który zrujnował bank, to idealny kandydat na idola. Kerviel stał się popularny jak największe gwiazdy rocka, a Leesona wracającego z więzienia w Singapurze na lotnisku witały tłumy. Taka popularność, zwłaszcza wśród kolorowej ludności Wielkiej Brytanii, może się stać udziałem Adoboliego. Traderzy łajdacy to symbole walki z bezdusznymi korporacjami i chciwymi bankami.

„Kerviel jest moim chłopakiem”, „Brawo Jerome!” czy „Jerome Kerviel – 4 900 000 000 euro – szacun” – koszulki z takimi napisami kupowano masowo przez internet, a kobiety pisały listy miłosne do bohatera afery. Zwolnionego z aresztu i przebywającego pod nadzorem sądowym Kerviela zatrudniła jako konsultanta firma LCA, która specjalizuje się w doradztwie informatycznym. Zakaz opuszczania okolic Paryża i odwiedzania giełd jakoś przełknął. Wzorem Leesona napisał książkę „Trapped in a Spiral: Memoirs of a Trader”.

Toshihide Iguchi, nowojorski trader japońskiego banku Daiwa, czuł się gwiazdą już w więzieniu, gdzie wyraźnie imponował przestępcom odsiadującym długie wyroki. 1,1 mld dol., które zdefraudował, budziło szacunek. Niedawno wspominał swoją przyjaźń z szefem gangu Bractwo Aryjskie, który na wolności rabował banki, ale mógł się pochwalić ledwie kilkumilionowym urobkiem. – To bardzo podobna dziedzina do tradingu – wyznał Iguchi. – Najpierw musisz zrobić rozeznanie, przyjąć wykonalną strategię z jasnym planem ucieczki i wprowadzić ją w życie.

Iguchi osiadł na przedmieściach Kobe, gdzie założył szkołę angielskiego. Oczywiście napisał wspomnienia „The Confession”, które stały się w Japonii bestsellerem.

Z dala od giełdy

A kontrowersyjny specjalista od handlu kontraktami na ropę naftową Steven Perkins? Brytyjski regulator rynku finansowego FSA ukarał go grzywną w wysokości 72 tys. funtów i zakazał pracy w zawodzie w Wielkiej Brytanii przez 5 lat. Choć ostrzegł, że „pijany pan Perkins stanowi ekstremalne zagrożenie dla całego rynku”, nie przejął się tym największy na świecie broker na rynku biopaliw Starsupply i zatrudnił go jako trenera młodych kadr.

Jednak najlepiej potrafił wykorzystać swoje dokonania Nick Leeson, który choć miał na koncie znacznie mniejszą defraudację niż Kerviel, to jednak zatopił cały bank, a Francuz tylko zachwiał Societe Generale. Już w więzieniu Leeson napisał wspomnienia, przedstawiając się w nich jako ofiara okoliczności i głupoty przełożonych, którzy mogli go zdemaskować, gdyby tylko chcieli. Na podstawie książki nakręcono w 1998 r. film, w którym w główną rolę wcielił się Ewan McGregor. Honoraria autorskie czy zlicytowana za 40 tys. funtów kamizelka tradera poszły na opłacenie adwokatów, a sam Leeson dalej musi się tłumaczyć sędziemu z co większych wydatków.

Rozpoczął jednak nowe życie, ożenił się po raz drugi, skończył studia psychologiczne. Trzyma się z daleka od giełdy. Jest prezesem małego klubu piłkarskiego w Irlandii Galway United, ale zarabia głównie na odcinaniu kuponów od sławy. Występuje z odczytami na uczelniach, ale też jako mówca do wynajęcia – może dodać splendoru imprezie firmowej czy weselnemu przyjęciu (bierze 12 tys. dol. za 30 minut przemówienia). Opowie nie tylko o giełdowym szaleństwie, lecz także o swej walce z rakiem jelita. „Zagraj z człowiekiem, który przegrał 1,4 mld dol.” – tak promował się jeden z brytyjskich portali hazardowych. Doradza też bankom jako konsultant, jak uniknąć wyhodowania takich traderów łajdaków jak on. Ta oferta może się teraz cieszyć szczególnym wzięciem.