Najłagodniej, co wyda się paradoksalne, nowe porządki wprowadzano w zaborze rosyjskim, represjonowano tylko uczestników powstania kościuszkowskiego, resztę zostawiano w spokoju. W Austrii natomiast reformy wzmacniające państwo przeprowadzano z gorączkowym pośpiechem. Irytowały one szlachtę co niemiara, chociaż niektóre, jak np. zakaz stosowania wobec chłopów kar cielesnych oraz ograniczenie pańszczyzny, trudno uznać za szokujące. W królestwie Prus polityka była bardziej subtelna niż w Austrii. Samuel Bogumił Linde zostanie wysłany przez władze pruskie z Torunia do Warszawy, aby utworzyć tu liceum. Liceum Warszawskie uczy dobrze – ale po niemiecku, posyłać będą tu swoje dzieci m.in. pruscy urzędnicy państwowi. I trzeba naprawdę trafu, żeby właśnie dyrektor Linde stał się po latach autorem pierwszego w dziejach „Słownika języka polskiego”! Spolszczył się, jak wielu innych przybyszy: Francuz Chopin, Czech Matejko. Polkę pojął za żonę znany niemiecki pisarz i kompozytor E.T.A Hoffmann, a w „cywilu” urzędnik.

Rozbiory oznaczały ingerencję obcych państw w polskie życie. Patrząc jednak z innej perspektywy – państwa zaborcze oferowały, potencjalnie, wiele. Nowoczesna (Prusy, Austria) administracja cywilna, niewiele mniej rozbudowana administracja wojskowa oraz armia, powoli zwiększające się zapotrzebowanie na lekarzy, prawników, nauczycieli, wykładowców, redaktorów – wszystko to dawało możliwości awansu społecznego i materialnego w stopniu właściwie nieznanym poprzednim pokoleniom.

Używa się czasem – a właściwie nadużywa – frazy o czwartym rozbiorze Polski w odniesieniu do naszego chwalebnego wkroczenia do Unii Europejskiej. Weszliśmy, bo chcieliśmy, nikt nas przy tym nie dzielił, analogia z rozbiorami jest zatem nieuzasadniona. Chyba że właśnie traktować ją przewrotnie. Nawet rozbiory połączone z utratą niepodległości przynosiły społeczeństwu mocny impuls cywilizacyjny. Co prawda zaborcy dawali mniej pieniędzy, a więcej możliwości niż dzisiejsza Unia, ale żadna analogia historyczna nie jest doskonała.