Jest pan jednym z najbardziej znanych i bezkompromisowych krytyków obowiązującej koncepcji praw autorskich. A czy sam ściąga pan z internetu darmową muzykę i filmy?

To prawda, jestem zdeklarowanym przeciwnikiem praw autorskich w obecnym kształcie, ale nielegalnego dzielenia się plikami nie popieram. Po pierwsze jako prawnik z zasady sprzeciwiam się każdemu łamaniu istniejącego prawa, nawet jeśli jest ono w moim przekonaniu nietrafne. Nie można przecież wybierać, których przepisów się przestrzega, a które odrzuca. Po drugie nielegalne ściąganie muzyki i filmów z sieci to woda na młyn i tak potężnego lobby fonograficznego, które od lat próbuje ustawić internet w roli zła wcielonego, czyli miejsca, gdzie bez żadnych skrupułów łamie się prawo. Moim zadaniem jest zmiana tego stanu rzeczy. Razem z Creative Commons (międzynarodową organizacją non profit założoną przez Lessiga – red.) próbujemy inspirować takie zmiany w prawie autorskim, które sprawią, że ściąganie filmów czy muzyki z internetu nie będzie piractwem, ale zupełnie legalną czynnością, przynoszącą korzyść całemu społeczeństwu.

>>> Czytaj też: Kto skorzysta na polskiej prezydencji? Zobacz, ile warta jest ta marka

Wasz cel wydaje się jednak wciąż bardzo odległy. Wiele krajów forsuje zaostrzenie regulacji, co umożliwi lepsze ściganie internetowych piratów.

Nie mam złudzeń, że moje argumenty oraz działalność ruchu Creative Commons dotychczas w niewielkim stopniu przełożyły się na reformę prawa autorskiego, a w niektórych krajach rzeczywiście mieliśmy do czynienia z zaostrzeniem kursu. Z drugiej jednak strony widzę, że ta aktywność nie trafia w próżnię. Powszechne zrozumienie budzi już choćby nasz podstawowy argument, który brzmi: obecna strategia konstruowania praw autorskich jest nie do utrzymania, ponieważ czyni kryminalistów z generacji młodych ludzi, dla których ściąganie muzyki czy filmów z internetu jest zupełnie naturalne. Jeśli wyjmujemy całe pokolenie spod prawa, musimy mieć naprawdę dobry powód, żeby tak postępować. Jest dla mnie w tym spostrzeżeniu coś głęboko ironicznego. Pamiętam, że gdy na początku lat 90. byłem dwudziestoletnim dzieciakiem, wybrałem się w podróż z plecakiem do krajów byłego bloku wschodniego. Byłem w Polsce, na Ukrainie i w Rosji. Zaprzyjaźniłem się wtedy z całą masą młodych ludzi, którzy trudnili się pokątnym handlem, sprzedając nielegalne podróbki dżinsów i koszulek. Z punktu widzenia prawa byli przestępcami. Ale dla mnie było jasne, że nie są to zdegenerowani rabusie i wyrzutki, wręcz przeciwnie, to najbardziej przedsiębiorczy przedstawiciele swojego pokolenia. Sytuację, że państwo stawiało ich poza prawem, składałem na karb trudnego okresu ustrojowej transformacji. Teraz jednak ten sam błąd popełniają wszystkie zachodnie kraje. Mówią młodym ludziom: jesteście przestępcami. To niebezpieczne zjawisko i niepokoi mnie bardzo, jak to wpłynie na ich stosunek do państwa i społeczeństwa na przykład za 20 lat. Dlatego uważam, że trzeba znaleźć inny sposób ochrony praw autorskich. Ten nie przystaje do nowych czasów.

Jak można go zmienić?

Jest wiele pomysłów. Na przykład niemiecka Partia Zielonych (która ma realną szansę na stworzenie po wyborach 2013 r. koalicji rządzącej Niemcami – red.) zaproponowała rozwiązanie pod nazwą „kulturowy flat rate”. Działa to tak: każdy płaci jakąś sumę, która posłuży do rekompensowania twórcom potencjalnych strat związanych z dzieleniem się ich filmami czy muzyką za pośrednictwem takich sieci jak torrent. W zamian file sharing zostanie zalegalizowany. Wygrają na tym wszyscy. Artyści dostaną pieniądze, których w dzisiejszym systemie i tak nie są w stanie od nikogo wyegzekwować, a odbiorcy będą mieli szerszy dostęp do piosenek i filmów bez obawy, że robią coś nielegalnego czy niemoralnego. Moim zdaniem to uczciwe rozwiązanie. Niewykluczone też, że rynek zreformuje się od środka.

>>> Czytaj też: Niklas Zennstroem, twórca Skype, wyrywa Europę z letargu

W jaki sposób?

Dziś w większości krajów działa następujący system: nie bardzo wiadomo, co należy do kogo, więc duże wyspecjalizowane agencje zbierające tantiemy są jednym wielkim workiem, do którego są wrzucane wszystkie zyski z copyrightu. Część z tych pieniędzy rzeczywiście trafia do artystów, członków związku. Ale w nowych czasach można też wyobrazić sobie działanie innego modelu. Twórcy – albo ich mniejsze zrzeszenia – sami podpisują umowy z biznesem wykorzystującym komercyjnie ich utwory. Na przykład barami, które puszczają muzykę pobieraną prosto ze strony internetowej twórcy. Pośrednik zostaje wyeliminowany, na czym korzystają obie strony. Bary płacą niższe stawki niż u monopolisty, a muzycy dostają więcej, bo ściągają tantiemy np. z muzyki nadawanej w technologii strumieniowej przez internet. To system bardziej wydajny i konkurencyjny, który będzie rósł w siłę.

W rzeczywistości jednak fonograficzne dinozaury i tradycyjne prawa autorskie trzymają się mocno. Również w Europie. Na początku września UE przyjęła dyrektywę przedłużającą czas obowiązywania praw autorskich o kolejne 20 lat.

To bezsensowne posunięcie, dla którego nie ma żadnego usprawiedliwienia. Poprzednie wydłużenie można jeszcze zrozumieć. Miało to miejsce w 1998 r. i sprawa nie budziła jeszcze takich kontrowersji – internet nie był rozwinięty, a szersza publika mało interesowała się kwestiami praw autorskich w sieci. Ale od tamtej pory dzielą nas przecież wieki. Dziś kwestia copyrightu w internecie to jedna z najbardziej fundamentalnych debat, która określi kształt naszej przyszłości: prawnej i gospodarczej. Mało tego, generalny konsensus wśród niezależnych ekspertów – czyli tych nieopłacanych przez wielką fonografię – brzmi: nie ma sensu, absolutnie żadnego sensu, by przedłużać istniejące już prawa autorskie.

Dlaczego?

Przyjmuję argumentację sir Cliffa Richarda (legendarny brytyjski muzyk, który najmocniej lobbował za nowym rozwiązaniem – red.), który cieszy się z prolongaty, bo będzie mógł czerpać zyski ze stworzonych przez siebie 50 lat temu utworów przez ostatnią część swojego życia. Pomińmy to, że i bez tej prolongaty świetnie zarobił na swoich nagraniach, więc to nic innego jak transfer pieniędzy w kierunku i tak bardzo bogatych artystów. Jest jednak jeszcze drugi punkt mojej krytyki. Do szału doprowadza mnie, że mimo toczącej się debaty legislatorzy nie zadali sobie nawet odrobiny trudu, by wyjść naprzeciw zmieniającym się czasom.

>>> Czytaj też: Facebook powołuje dyrektora ds. prywatności

A co mogli zrobić?

Mogli przynajmniej wpisać zastrzeżenie, że artyści muszą wystąpić o przedłużenie obowiązywania praw do ich dzieł – na przykład wypełnić formularz – i dopiero wtedy otrzymaliby dodatkowe 20 lat ochrony. 80 proc. z nich by tego nie zrobiła. Wtedy mielibyśmy czystą sytuację: 20 proc. dzieł ma przedłużone prawa autorskie, 80 proc. jest własnością publiczną. Zamiast tego znowu zamyka się w szafie utwory, które powinny inspirować i zapładniać młode pokolenia. W imię czego? W imię korzyści najbogatszej grupy artystów? Kompletny bezsens.

Nie może pan oczekiwać od twórców i reprezentujących ich firm fonograficznych, że pozwolą na naruszanie swoich interesów ekonomicznych i tak po prostu zrezygnują z tantiem.

Takie stawianie sprawy to punkt widzenia specyficznej grupy lobbingowej reprezentującej mniej więcej jeden – ale za to najbogatszy i przez to najbardziej wpływowy – procent twórców. Ale co z pozostałymi 99 procentami artystów i ich dzieł? A co z całym społeczeństwem, w którego interesie leży przecież jak najszerszy dostęp do kultury? Weźmy na przykład jakikolwiek film dokumentalny z lat 60. o amerykańskich konfliktach rasowych. Używa się w nich wielu fragmentów telewizyjnych wystąpień polityków. Twórcy tych dokumentów podpisywali np. z telewizją CBS standardową umowę na używanie wybranych fragmentów przez 5 lat w celach niekomercyjnych. Najczęściej po emisji filmy trafiały do archiwów. Powiedzmy, że ktoś próbuje je dziś odgrzebać i chce wyemitować albo zarchiwizować, przerzucając na DVD. Wtedy zgodnie z prawem należy poprosić CBS o ponowną zgodę na wykorzystanie krótkich telewizyjnych wstawek. A co, jeśli takich wstawek jest np. 50 i nie wiadomo już dziś nawet, która skąd pochodzi? W takich warunkach nie można mieć pewności, że film da się wypuścić na DVD w pełni legalnie, nie narażając się na jakiś nieoczekiwany pozew. Sytuacja zniechęca do wznawiania takich dzieł. Tkwią więc w pudłach, a gdy ktoś je wreszcie po kolejnych 20 latach wygrzebie, okaże się, że rozpadły się w pył. Dosłownie, bo większość filmów z lat 60. była robiona na taśmach, których żywotność to zaledwie kilka dziesięcioleci. To absurd, ale takiego problemu nie mamy z XIX czy XVIII wiekiem. Dlatego muzyka Mozarta czy zdjęcia Paryża z czasów Napoleona III zostały ocalone i mogą żyć w najlepsze. A sztuka XX wieku zabunkrowana w twierdzy praw autorskich będzie powoli ginęła, bo nikt nie przetłumaczy jej na współczesny język i nie przeniesie na nowe nośniki. Obawiam się, że kiedyś historycy będą z niedowierzaniem kręcili głowami, jak ludzie w XX wieku mogli być tak samolubni i krótkowzroczni.

Internet przyniósł nie tylko ognisty spór o prawa autorskie, zagrażając interesom filmowców czy piosenkarzy. Następne w kolejce są takie zawody jak na przykład fotograf. Dla wielu z przedstawicieli tej profesji program Flickr (w którym każdy może zamieścić zrobione przez siebie zdjęcie – red.) oznaczał utratę stabilnego źródła dochodów. Kto w erze Flickra kupi zdjęcie za tysiąc dolarów, skoro może mieć podobne za darmo?

Nie ma wątpliwości, że nowoczesne technologie zmieniają całe gałęzie przemysłu i ludzkiej aktywności. Miałem znajomego, który przez lata pracował w sekcji produkcji klisz w Kodaku. To smutne, ale musiał szukać innej pracy. Z dzieciństwa spędzonego w Pensylwanii pamiętam też świetnie sytuowanych pracowników przemysłu stalowego, którego dziś już właściwie w Ameryce nie ma. Każda zmiana wyłania zwycięzców i przegranych. Można oczywiście narzekać, że ludzie nie robią już 24 zdjęć analogowych i nie wywołują ich za 15 dolarów. Ale trzeba też dostrzec, że przywożą teraz tych zdjęć z wakacji nie 24, lecz 1000. Można widzieć stratę profesjonalistów, a także ogromny zysk po stronie amatorów, którzy nagle dostali szansę na uczestniczenie w kulturze i samorealizację na poziomie dotąd niedostępnym. Możesz dziś zrobić zdjęcie i pokazać je nie tylko żonie czy przyjacielowi, lecz także tysiącom ludzi w sieci. Oni z kolei mogą komentować, podrzucać ci pomysły i inspiracje. To w oczywisty sposób zwiększa ogólny poziom zadowolenia z życia.

Proszę to powiedzieć tym, którzy stracili pracę.

Zmiany są konieczne w każdej epoce. Zawsze obowiązuje ta sama zasada: jeśli skończyłeś pięćdziesiąt lat i nie masz ochoty adaptować się do zmieniającego świata, jesteś w tarapatach. Prawdopodobnie będziesz biedny przez resztę życia. Każda zmiana niesie też otwarcie wielu nowych możliwości. Moja żona jest fotografem amatorem wstawiającym swoje zdjęcia na Flickr. Niedawno zarobiła dzięki temu więcej niż przez rok pracy jako prawnik. Ktoś dostrzegł jej fotografie na Flickrze, zrobił z nich efektowną wystawę, która cieszyła się dużą popularnością, zaczęło się sprzedawanie kopii i albumów. Z takich powodów nie poparłbym żadnego rozwiązania blokującego tego typu aktywność jak Flickr. To byłby fundamentalny cios w innowacyjność.

A co z tradycyjnymi mediami? One też ucierpiały na rewolucji internetowej, bo ludzie przyzwyczaili się do panującej w sieci kultury darmowości. Nie chcą płacić za informacje, więc gazety nie mogą już wykonywać swojej społecznej roli – na przykład uprawiać drogiego dziennikarstwa śledczego – tak jak kiedyś.

Media są pionierami. To tutaj najszybciej zaszło zjawisko, które stopniowo stanie się udziałem całej gospodarki. Chodzi mi o ekonomię hybrydową, o której pisałem w książce „Remiks”.

Na czym ona polega?

Najlepszym przykładem jest najbardziej innowacyjna firma nowych mediów, czyli Huffington Post. Strona internetowa założona w 2005 roku przez Ariannę Huffington ostatnio została sprzedana AOL za 315 mln dolarów. W HuffPost są trzy poziomy tworzenia treści. Na pierwszym mamy masę blogerów, na drugim prawdziwych dziennikarzy, na trzecim zaś krótkie fragmenty tekstów z innych mediów znalezione w darmowym internecie.

Dlaczego ta hybryda jest pańskim zdaniem doskonała?

Blogerzy, często bardzo znani, piszą za darmo. Nagrodą jest dla nich możliwość publikowania swoich poglądów w widocznym miejscu w sieci. Huffington nic nie kosztuje również zupełnie legalne korzystanie z treści wyprodukowanej przez kogoś, czyli np. z pięciu linijek z nobliwego magazynu „Atlantic”. Mało tego, umieszczenie takiej zajawki cudzego artykułu jest grą korzystną dla wszystkich, bo generuje ruch zarówno na HuffPost, jak i na stronach „Atlanticu”. Dzięki tym dwóm sposobom Huffington Post ma całą masę treści, za którą nie zapłaciła jeszcze ani centa, choć już powodują one kliknięcia na ich stronach, a co za tym idzie pozwalają na sprzedawanie droższych reklam. Zarobione w ten sposób środki redakcja inwestuje w dziennikarzy, którzy mogą robić kosztochłonne dziennikarstwo, na przykład śledcze. Hybryda z mojego punktu widzenia idealna.

Taki model biznesowy nie wszystkim się jednak podoba. Niedawno jeden z blogerów zaskarżył przecież Huffington właśnie o to, że mu nie płaci, choć osiąga z jego pracy wymierne zyski.

To bardzo ciekawa sprawa, której przyglądam się z wielką uwagą. Może ona bowiem zdecydować o kształcie biznesowych hybryd w przyszłości. Autor pozwu to Jon Tasini, który nie jest pierwszym lepszym blogerem, ale jednym z najbardziej znanych amerykańskich dziennikarzy i prawników specjalizujących się w walce o prawa ludzi piszących. Bardzo szanuję Tasiniego, w tym wypadku jestem jednak po stronie Huffington.

Dlaczego?

Sam jestem blogerem HuffPost. Wcześniej miałem prywatny blog. Cieszył się on jednak taką popularnością, że hakerzy zaczęli atakować moją stronę, podłączając na niej różnego rodzaju przekierowania do witryn, np. hazardowych. Gdybym chciał się przed tym bronić, musiałbym zatrudnić informatyka, który za 500 dol. miesięcznie dbałby o bezpieczeństwo mojej witryny. Oczywiście mógłbym zarobić te 500 dol., umieszczając na blogu jakąś reklamę. Wtedy jednak strona stałaby się przedsięwzięciem komercyjnym. To znaczy, że musiałbym cały czas zastanawiać się, jakie posty mogą przyciągnąć czytelników. Mógłbym też publikować swoje felietony w normalnych magazynach – co robiłem z resztą w przeszłości – a wtedy oni płaciliby mi za to pieniądze. Redakcja wymagałaby jednak ode mnie konsultowania z nimi tematyki i negocjowania wydźwięku tekstów. To wszystko oznaczałoby dla mnie całą masę dodatkowego wysiłku. A ja przecież tylko chciałem blogować – pisać to, na co mam ochotę, bez żadnej politycznej czy komercyjnej cenzury. I miejscem, gdzie jest to możliwe, stała się dla mnie Huffington Post. Ja daję im nazwisko, które może przyciągnie kogoś na ich strony, a oni dają mi wolną kolumnę. Nie dostaję za to ani centa, ale mogę pisać, co mi się podoba. Prosty, uczciwy układ dla profesora prawa, którego hobby to wypowiadanie się publicznie na interesujące go tematy.

Wielu krytyków internetu twierdzi, że sieć zmienia nie tylko gospodarkę wokół nas, ale nawet mózg człowieka. Istnieją neurologiczne badania obrazujące, jak zmniejsza naszą zdolność do koncentracji. Niektórych przeraża też mnogość informacji płynących z sieci.

Od samego początku moja praca polega na tłumaczeniu, że internet to, owszem, wielka zmiana, ale niekoniecznie automatyczna zmiana na lepsze. Taka naiwna wiara w postęp cechowała zwłaszcza szczenięcy okres internetu, czyli lata 90. Dobrze pamiętam ówczesny klimat: większość entuzjastów cyberprzestrzeni święcie wierzyła, że oto na naszych oczach powstaje sfera kompletnie wolna od wszelkich nacisków, czy to ze strony rządów, czy wielkich grup interesu. To miał być triumf prywatności, wolności i samorealizacji. Już wtedy było dla mnie jasne, że takie stawianie sprawy jest mrzonką, i w zasadzie temu była poświęcona moja pierwsza książka „The Future of Ideas” (Przyszłość pomysłów). Pisałem w niej, że można sobie wyobrazić taką architekturę cyberprzestrzeni, w której internet służy rządom i biznesowi do większej kontroli i ingerowania w naszą prywatność. Kolejne lata przyniosły potwierdzenie tamtych obaw. Mam też bardzo podobny stosunek do tego, jak internet wpływa na ludzką psychikę. Nikt nie jest mi w stanie zagwarantować, że totalna internetyzacja życia nie będzie miała negatywnych skutków dla mnie czy moich dzieci.

Jakie to mogą być skutki?

Widzę je codziennie na własnym przykładzie. Sam muszę używać do pracy programu Freedom. To takie narzędzie, które zawczasu ustawione automatycznie odcina naszemu komputerowi dostęp do internetu na określony czas. Może to się wydać absurdalne, ale bez niego pewnie w ogóle nie byłbym w stanie pracować nad swoimi książkami. Robiłbym w tym czasie milion innych rzeczy: sprawdzał pocztę, korzystał z Facebooka, śledził ulubione blogi itd. A dzięki Freedom wiem, że przez kilka godzin będę mógł się skoncentrować. Mamy też dzieci i codziennie toczymy z nimi walkę o to, jak wielką rolę powinien odgrywać w ich życiu internet. Znam wielu rodziców, zwłaszcza tych bardziej zamożnych, którzy mają czas i pieniądze na to, by odciągać swoje pociechy od komputera. Wysyłają je na sport, ćwiczenia z gry na instrumencie, podtykają książki i zabierają do teatru. Słowem, starają im się odtworzyć stary dobry świat sprzed ery WWW. Znam też takich rodziców, którzy nie mogą sobie na to pozwolić, bo harują na dwóch etatach, a dzieci pozostawione same sobie robią, co chcą. Czyli siedzą przed ekranem i grają w trzydzieści gier online naraz. Często zadaję sobie pytanie, które z tych dzieciaków za 20 – 30 lat będą lepiej przystosowane do otaczającego świata, rynku pracy i specyfiki biznesu w XXI wieku. Czy te, których odciąga się od komputera, czy te, dla których gra w trzydzieści gier naraz nie stanowi najmniejszego problemu. I powiem szczerze: nie mam na to dobrej odpowiedzi.